Ukraina, czyli to skomplikowane

Sytuacja na Ukrainie od dawna wyglądała źle. Protesty ludzi przeciwko rządzącym przeciągały się, przemoc się nasilała. Świat nie reagował. Skończyło się trwającą parę dni i także nasilającą strzelaniną regularnych oddziałów z tłumem. Nie do końca nieuzbrojonym, ale też nie całkiem nieuzbrojonym. Świat nie reagował. Znaczy przepraszam, dzielni i skuteczni politycy pojechali na mediacje, czyli pogadać.

W końcu ludowi udało się osiągnąć to, o co walczył, czyli odsunięcie prezydenta od władzy. I zaczęła się awantura wewnętrzna, tym razem między ukraińskimi nacjonalistami i mniejszością rosyjską w Ukrainie, skupioną głównie na Krymie. Wróć, w Republice Autonomicznej Krymu. Znowu zaczęła nasilać się przemoc.

Tym razem zareagowała Rosja, która wysłała swoje wojsko. Decyzja co najmniej kontrowersyjna, ale nie budząca mojego zdziwienia. Po pierwsze, Krym ma dla nich znaczenie militarne (rosyjskie bazy wojskowe na mocy porozumień), po drugie, większość ludności na Krymie to Rosjanie. Faktem jest też, że – patrząc z perspektywy czasu – wkroczenie wojsk rosyjskich powstrzymało rozlew krwi na minimum kilkanaście dni. Czyli Rosja momentalnie osiągnęła coś, co wcześniej przez długie tygodnie nie udało się światu.

Pewnie ten wariant (weszliśmy chronić ludność rosyjską i bazy, bo trzeba było szybko reagować, teraz możecie wprowadzić misję pokojową ONZ do zapewnienia spokoju, a wojska rosyjskie się wycofają) dałby się obronić, ale… stało się inaczej. Najpierw zaprzeczanie, że to wojska rosyjskie, potem, że interwencja na prośbę obalonego prezydenta. Z drugiej strony dość agresywna postawa świata, nie dająca zbytnio Rosji możliwości wycofania się w taki sposób, czyli z twarzą.

Sytuacja jest śliska. Z jednej strony, Krym to Ukraina. Z drugiej strony – nie do końca, bo mają autonomię. W międzyczasie na Krymie przeprowadzają referendum (niech żyje demokracja![1]), w którym ludność opowiada się za przyłączeniem Krymu do Rosji. W tym czasie świat  debatuje, co zrobić. USA przysyła do Polski garstkę samolotów, a wobec dwudziestu jeden (sic!) osób świat wyciąga sankcje finansowe i wizowe.

Momentalnie przypomniał mi się wpis Iluzja. Scenariusz dokładnie się sprawdza. Skoro w przypadku inwazji na Ukrainę sankcjami objętych jest dwadzieścia jeden osób, to w przypadku ataku na Polskę czy Estonię nasi sojusznicy gotowi są pewnie nawet dodatkowo rozmawiać z Putinem podniesionym głosem!

Nasi politycy skwapliwie wykorzystują sytuację do zaistnienia. A to wzmocnienie polskiego wojska, a to nawoływanie wobec sankcji w stosunku do Rosji. Piękny pokaz zaistnienia. Szkoda, że absurdalnie niedorzeczny (polska armia militarnie najzwyczajniej nie ma szans w regularnej wojnie z armią rosyjską, poza tym, zmiany w tym momencie niczego nie zmieniają, na to trzeba lat; gospodarczo od Rosji jesteśmy mocno zależni, oni od nas niezbyt) i za moje pieniądze. Same old story.

Tymczasem Ukraina, i tak najbiedniejszy kraj w regionie (patrz PKB, i PKB na osobę) zalicza chyba najgorszy ekonomicznie wariant: podział na biedny zachód i bogaty wschód (odłączony).

Ogólnie przypomina mi się sytuacja sprzed II WŚ – autonomiczne Wolne Miasto Gdańsk, demokratyczne dojście Hitlera do władzy, żądania Niemiec dotyczące WMG jako pretekst do inwazji na Polskę, słabi politycy, bezwartościowe sojusze i marazm świata.

tl;dr: Demokracja w praktyce nie robi różnicy, sojusze międzynarodowe i militarne można OKDR, politycy umieją tylko doić (moją/naszą) kasę.

[1] Latał mem o frekwencji ponad 100% – jakby ktoś myślał, że u nas jest inaczej to niech poczyta o kontrowersjach w sprawie sposobu przeliczania liczby głosów na liczbę mandatów, albo poszpera nt. głosowań w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat. W swoim czasie byłem regularnie członkiem komisji wyborczych i były takie wybory, że w specyficznych okolicznościach niektórzy mogli głosować wielokrotnie. Zupełnie legalnie. IIRC osoby z polskim obywatelstwem, bez dowodu i stałego meldunku na terenie RP, ale szukać mi się nie chce. Potem zdaje się zmienili na papier, który uprawnia do głosowania i który trzeba zostawić w komisji w której się głosuje.

Jakie wady ma Bitcoin?

Tak się składa, że hype związany z Bitcoin czy Litecoin nadal trwa i w ostatnich dniach przeprowadziłem minimum dwie rozmowy o kryptowalutach. Konkretnie o popularniejszej z nich, czyli Bitcoin. Nie ukrywam, że zainteresowałem się nim wcześnie, ale wrodzony sceptycyzm nie przerodził się w uruchomienie kopalni. Z perspektywy czasu żałuję, bo były to czasy (okolice marca 2011 jak widzę), gdy kopanie BTC na karcie graficznej zwracało sprzęt po 4-5 m-cach, wg ówczesnych cen. Jakbym nie wydał tylko trzymał do dziś, to pewnie byłoby minimum niezłe auto…

Bitcoin logo

Źródło: Bitcoin Wikipedia

Było, minęło. Sceptykiem pozostałem, szczególnie gdy zestawię moje podejście z zachwytem niektórych osób, że to takie krypto, pozapaństwowe, anonimowe i w ogóle przyszłość i cudowna alternatywa dla istniejących walut.

Żeby nie rozpisywać się od nowa przy każdej tego typu okazji, poniżej krótkie zestawienie wad, jakie widzę w Bitcoin (ale nie tylko, sporo odnosi się także do innych kryptowalut, np. Litecoin).

Podatność na spekulację

Niby oczywista sprawa, ale nie dla wszystkich. Ja rozumiem, że kurs (póki co) generalnie rośnie w długim okresie, ale to mały rynek, przez co podatny na spekulację. Zmiany kursu o kilkadziesiąt procent w krótkim okresie nie są niczym niezwykłym. W przypadku happeningu sprawa pomijalna, w przypadku podstawowego środka płatniczego – a tak niektórzy zdają się widzieć BTC – nie można tego nie zauważać.

Totalna kontrola przeprowadzanych transakcji

Brak znajomości tego zjawiska dziwi mniej. W końcu krypto w nazwie sugeruje, że coś jest szyfrowane i/lub anonimowe. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Historię każdego BTC można prześledzić do samego początku. Implikacje z punktu widzenia anonimowości czy prywatności są nie do zignorowania. Wielu ludzi kręci nosem, że bank wie o nich wszystko z historii rachunku. To teraz wyobraźmy sobie, że każdy przelew między kontami wiązałby się z ujawnieniem wszystkich transakcji przeprowadzonych przez obie strony przy użyciu danych rachunków. W przeszłości i przyszłości.

Dokładniej nie tyle ujawnienie wszystkich kwot transakcji i rachunków (bo to można zrobić nie będąc stroną), ale powiązanie ich z konkretnym płatnikiem. Gdyby Bitcoin był w powszechnym użyciu, pozwalałoby to określić, gdzie dana osoba mieszka, co ostatnio kupiła itd. itp. Dla stalkerów i marketingowców raj. Chociaż podobno marketingowcy nie umieją korzystać z danych. Ale implikacje są poważniejsze, chociażby w przypadku wglądu ubezpieczalni w zakupy np. leku czy alkoholu. Albo płatności za mandaty. Sky is the limit.

Oczywiście można się przed tym zabezpieczać. Np. często zmieniać konta. Tylko to średnio wygodne. No i trzeba jakoś przetransferować BTC między kontami. A znana jest cała historia… Są nawet serwisy typu blockchain.info czy sharedcoin.com, pomagające anonimizować transfery przy użyciu BTC. Co dają? Znajomy, z którym dyskutowałem przytoczył cytat:

How can you guarantee that the transaction chain will be broken?
There is no guess work involved, each shared transaction analyzes up to 50,000 outputs or 250 levels deep in the blockchain to ensure the coins sent to the destination  address are 100% untainted with the original coins.

Faktycznie sporo. Zakładając, że ktoś chciałby to analizować ręcznie, rzecz jasna. Komputer poradzi sobie z analizą takiej transakcji w ciągu ułamków sekund. Identyfikacja kont używanych przez taki serwis też nie jest specjalnie trudna. Może nie ze 100% pewnością, ale przy dobrym algorytmie kilkadziesiąt procent pewności nie powinno być trudne do uzyskania.

IMO w kwestii anonimowości nic nie przebije gotówki. Dlatego banki i państwa powoli, ale systematycznie dążą do jej marginalizacji.

Brak organów kontrolnych

Dla jednych wada, dla drugich zaleta. Pamiętam, że w podstawówce wymyśliliśmy sobie własną walutę. Produkowaliśmy banknoty z pociętych kartek. Każdy swoją. Ręcznie (tylko!). Z podpisem. Nawet jakieś kursy wymiany były. Nie dam głowy, czy nie udało się kupić np. lizaka od kumpla za to. Zaliczyliśmy i inflację (najpierw IIRC były odpowiedniki istniejących nominałów, potem i milion dolarów był, chociaż przyznam, że te miliony ratowały się wartością artystyczną) i totalną utratę wartości. Pamiętam, że znalazłem trochę tej waluty w jakimś zapomnianym pudełku sporo po podstawówce. Chyba tylko dlatego zapamiętałem, że takie coś miało miejsce.

Z Bitcoin jest podobnie. Działa, bo ludzie umówili się, że ma wartość, ale nikt tej wartości nie gwarantuje. Dziś można przy jego pomocy kupić, jutro – niekoniecznie. W przypadku zwykłych walut były gwarancje wymiany na np. złoto (OK, też umowne…). Piszę były, bo AFAIK gwaranci od tego odeszli. Niemniej państwo – jakie by nie było – jest postrzegane jako lepszy gwarant, niż grupka ludzi, którzy tak się umówili.

Brak organów kontrolujących rynek sprzyja też poruszonej na początku spekulacji. Jak pokazują ostatnie wydarzenia, które doprowadziły jeden z kantorów BTC do zawieszenia sprzedaży, brak nadzoru i audytu powoduje ryzyko błędnych implementacji. Podobnie sytuacja miała się z włamaniami do kantorów i kopalń BTC. Ogólnie sam algorytm, oprogramowanie i protokoły posiadają ryzyko błędów. Nawet jeśli sam algorytm Bitcoin jest OK, pozostaje ryzyko błędów w oprogramowaniu i protokole. Ostatnie zamieszanie związane z Mt. Gox jest takim przykładem błędów w implementacji.

Ryzyko delegalizacji

O ile państwa nie nauczą się kontrolować transakcji wykonywanych przy pomocy Bitcoin, może im wpaść do głowy pomysł delegalizacji tej kryptowaluty. Szczególnie, jeśli – mimo wyżej opisanych wad – zacznie zdobywać większą popularność. Szansa na to jest niewielka i oczywiście delegalizacja BTC nie spowoduje zupełnego zaprzestania jego używania, ale skutecznie ograniczy zakres dostępnych dóbr.

Wymaga wiedzy i technologii

Nie ma co ukrywać, że obecnie kryptowaluty to domena ludzi związanych z kryptografią i/lub komputerami. Albo osób, które z konieczności szukają środków płatniczych w cieniu (głównie nielegalna działalność). Ogólnie: wąska grupa geeków. Od pozostałych ludzi wymaga nauczenia się, jak to działa, instalacji dodatkowego oprogramowania i ogólnie przełamania nieufności. Dodatkowo, wymaga posiadania komputera (smartfona) i połączenia z siecią. Paradoksalnie, niekoniecznie jest to taki wielki problem – w końcu płatności przy pomocy telefonów są wprowadzane przez tradycyjne banki, a ludziom nie przeszkadza brak zrozumienia stojących za płatnościami tego typu zagrożeń.

Liczna konkurencja

Bitcoin, który jest obecnie najbardziej znaną kryptowalutą i o największej wartości rynku, nie jest jednak jedyny. Co chwila powstają nowe alternatywy, każda wyróżniająca się albo bardziej odpornym na wydobycie nie na CPU, czyli bardziej sprawiedliwym algorytmem (np. scrypt w przypadku Litecoin), albo – jak ostatnio powstały Riecoin – podstawami naukowymi (liczby pierwsze, szczegóły na stronie projektu). Bałkanizacja rynku kryptowalut z pewnością nie pomoże im na przebicie się do mainstreamu – obok pytania czy implementować obsługę, dochodzi pytanie, którą lub które kryptowaluty wybrać.

Podsumowując, w żadnym razie nie jest tak, że Bitcoin do niczego się nie nadaje. Nawet chyba poszukam portfeli (ciekawe, czy pustych?) i uruchomię możliwość postawienia mi piwa w ten sposób. Już znalazłem w poolu, w którym kopałem testowo (na CPU!), BTC warte obecnie jakieś 7 dolarów. Natomiast nie wierzę, że kiedykolwiek zapłacę BTC za pizzę, hotel czy w supermarkecie. Po prostu się nie przyjmie i nie będzie liczącą się alternatywą dla tradycyjnego (w tym elektronicznego) pieniądza.

Bitcoin to nie waluta

Niedawno rząd USA uznał Bitcoin nie za walutę, a za własność. Na potrzeby podatków, oczywiście. Coś jak akcje. Czyli jeśli ktoś kupuje pewną ilość BTC za jednego dolara, wartość zakupionych BTC rośnie do dwóch dolarów na skutek zmiany kursu, a następnie ktoś kupuje za tę ilość BTC kawę (wartą dwa dolary), to kupujący powinien zapłacić podatek od 1 dolara (różnica wartości kupna i sprzedaży BTC), a sklep podatek dochodowy od dwóch dolarów.

UPDATE Dodany akapit o konkurencji. Mt. Gox ostatecznie upadł i wpływ na BTC miało to niemały – spadek cen z ponad 800 dolarów do 400 dolarów (połączony ze znacznym wzrostem wolumenu wymienianych BTC, co ładnie pokazuje spekulacyjny charakter rynku).

11 listopada w Poznaniu a flagi

Poniżej dwa zdjęcia, zrobione przeze mnie dziś około południa w Poznaniu, nieopodal Zamku, trasa orszaku i ogólnie reprezentacyjna strona. Po kliknięciu w zdjęcie otwiera się pełna wersja (dostępne wkrótce, na razie Blox się zbiesił i nie pozwala na wczytanie większych plików). Zadanie: policz flagi (polskie).

Poznań flagi św. Marcin 1

Źródło: fot. własna

Poznań flagi św. Marcin 2

Źródło: fot. własna

Tymczasem (źródło: poznan.pl):

W poniedziałek, 11 listopada 2013 r., obchodzić będziemy 95. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Zwracam się z apelem do mieszkańców Poznania i instytucji o udekorowanie budynków flagami państwowymi i czynny udział w uroczystych obchodach Narodowego Święta Niepodległości.
Ryszard Grobelny
Prezydent Miasta Poznania

Zastanawiam się, czy mieszkańcy Poznania mają tak w poważaniu Prezydenta AKA władzę, święto AKA uroczystości państwowe, czy może wolą  świętować imieniny ulicy, a od zadym typu warszawskiego się odciąć?

UPDATE Tak, to tylko jedno miejsce. I było tam wyjątkowo mało, ale nadal – na pozostałych ulicach wyglądało to bardzo podobnie. A kojarzę (patrz komentarz), że inne święta wyglądają w Poznaniu zupełnie inaczej.