Certstream HOWTO

Do czego można wykorzystać dane pochodzące z certstream można zobaczyć choćby na prezentacji z konferencji z BSides Warsaw z 2019 roku. Ponieważ każdy ma certstream, mam i ja. Nie jest to zbyt zasobożerne, a można popatrzeć pod kątem security i phishingu, co w sieci piszczy.

Problem

Niestety, zauważyłem korzystanie z certstream jak w przykładach, z użyciem biblioteki Pythona nie jest idealne. Problem objawia się tym, że co jakiś czas następuje zerwanie połączenia z serwerem widoczne jako:

[ERROR:certstream] 2021-11-22 17:18:01,171 - Error connecting to CertStream - Connection to remote host was lost. - Sleeping for a few seconds and trying again…
[INFO:certstream] 2021-11-22 17:18:06,564 - Connection established to CertStream! Listening for events…
[ERROR:certstream] 2021-11-22 17:18:51,893 - Error connecting to CertStream - Connection to remote host was lost. - Sleeping for a few seconds and trying again…
[INFO:certstream] 2021-11-22 17:18:57,213 - Connection established to CertStream! Listening for events…

Początkowo nie wydawało się to dramatem. Kilka sekund przerwy, co parę minut nie powinno mocno wpływać na wyniki. Niestety, pominięte certyfikaty okazały się zauważalne, więc zacząłem szukać przyczyny i rozwiązania tego problemu.

Debug

Na pierwszy ogień poszła wyszukiwarka. Okazało się, że ludzie mają ten problem w różnych warunkach. Jedni sugerowali, że zależne jest to od wersji Pythona. Inni nie potwierdzali i sugerowali problem z serwerem certstream.calidog.io. Podejrzewałem także zbyt niską wydajność serwera VPS na którym działa skrypt, ale ten pomysł szybko odrzuciłem – na mocniejszym VPS nie było wielkiej różnicy. Problem nie był palący i przeleżał trochę czasu. Dopiero na którejś konferencji zaczepiłem Adama L., który również korzysta z certstream i zdarza mu się wspominać w prezentacjach o tym. Zasugerował problem z biblioteką, jej debug i zrobienie po swojemu, na wzór.

Zainspirowało mnie to do bliższych oględzin. Nie jest to trudne – biblioteka jest niewielka i prosta. Na pierwszy ogień poszła złożoność operacji wykonywanych w skrypcie podczas sprawdzania domen. Szybko jednak okazało się, że nawet nie wykonując jakichkolwiek operacji, nawet nie wyświetlając domen, nadal obserwuję rozłączenia. Postanowiłem spróbować skorzystać z innego serwera certstream, tym bardziej, że biblioteka wprost przewiduje zmianę URLa. Tyle, że miałem problem ze znalezieniem takowego.

Na szczęście CaliDog udostępnia także kod źródłowy serwera napisany w… Eliksirze. Nie ukrywam, że była to dla mnie nowość. Instalacja na Debianie była pewnym wyzwaniem. Dla leniwych jest dostępny obraz dockera, ale z pewnych względów stwierdziłem, że wolę zainstalować w systemie.

Instalacja serwera certstream na Debianie

Instalacja na Debianie Bullseye jest w zasadzie zgodna z tym, co napisano w instrukcji repo i na stronie Elixir. Czyli nie jest zgodna. Pierwsza sprawa, to brak pakietów dla Bullseye. Bez problemu można jednak skorzystać z pakietów przygotowanych dla starszej wersji, czyli Buster. W pliku /etc/apt/sources.list.d/erlang-solutions.list powinno pojawić się zatem:

deb http://binaries.erlang-solutions.com/debian buster contrib

Kolejna rzecz powodująca problemy z uruchomieniem serwera certstream to konieczność doinstalowania pakietu erlang-dev:

apt-get install erlang-dev

Po tych zabiegach serwer powinien się bez problemu uruchomić. Domyślnie działa bez szyfrowania na porcie 4000, więc jeśli nie postawimy frontu z certyfikatem SSL, to URL serwera certstream zmieni się z domyślnego wss://certstream.calidog.io na ws://NASZ.ADRES:4000 – trzeba podać port i usunąć jedno s.

Po uruchomieniu własnego serwera i podłączeniu tego samego skryptu, z tego samego VPSa, okazało się, że rozłączenia prawie nie występują. Zaś porównując ilość zgubionych domen okazało się, że jest ich znacznie więcej, niż przypuszczałem. Nawet średnie kilkadziesiąt procent.

Bullseye

Zakończyłem aktualizację ostatniej[1] maszyny do Debiana 11 czyli Bullseye, pora na tradycyjne podsumowanie.

Najpierw zaktualizowałem kontenery. Operacja totalnie bezproblemowa przy pomocy apt. Czyli wariant zalecany. Z większych zmian warto jedynie odnotować zmianę wpisu dla repozytorium security w sources.list.

Główny host jedynie odrobinę gorzej. Coś mu nie poszło przy zależnościach i odinstalował mariadb. Konfiguracje i dane zostały, więc przywrócenie trwało moment. Niemniej miał prawo się pogubić, korzystam z dodatkowych repozytoriów w tym systemie.

Desktopy również niemal bezproblemowo, w tym przejście z unstable na stable przy okazji upgrade. Jedyne z czym był problem to WiFi i wicd. Z uwagi na zależność od Pythona 2.x pakiet jest usuwany i… skończyłem bez sieci na pierwszym systemie. Rozwiązanie jest proste: wystarczy przeprosić się z network managerem i zainstalować go zamiast wicd przed aktualizacją. Po takim zabiegu aktualizacja bezproblemowa.

Ostatnie było Raspberry Pi robiące za router GSM. Tam co prawda jest Raspbian, nie Debian, ale można powiedzieć, że także była to aktualizacja do Bustera z uwagi na zmiany wpisów w sources.list. Nieco się pospieszyłem i instalowałem jako wersję niestabilną. Niemniej – bez problemu. Choć przygotowałem się na reinstalację systemu i operację przeprowadzałem nie zdalnie, a z fizycznym dostępem do sprzętu.

Ogólnie wygląda na brak większych zmian i chyba najbardziej bezproblemową aktualizację w historii. Jedyne co zauważyłem, to nieco większe zużycie miejsca na dysku. Generalnie tak to już bywa, że nowszy soft jest większy niż stary, ale w przypadku maszyny z kontenerami lxc zabolało to nieco bardziej. Dobiłem do granicy wolnego miejsca na dysku przy wykonywaniu się backupów. IIRC nie skończyło się zupełnie, ale było dosłownie na styk.

Zrobiłem porządki zarówno w logach, zbędnych rzeczach, jak i pakietach. Okazało się bowiem, że w kontenerach mam trochę nadmiarowych rzeczy. Przy tej ostatniej operacji okazało się, że na jednym z kontenerów apt działa wolno. Pobieranie działało normalnie, przeliczanie zależności także. Natomiast każde dodanie lub usunięcie pakietu zaczynało się od przestoju, podczas którego nic się na oko nie działo. Szybki strace ujawnił, że chodzi o okolice dbus. Usunięcie pakietu – kolejnego zbędnego, zresztą – rozwiązało problem.

[1] Tak naprawdę jeden kontener został na Buster i póki co zostanie – soft do generowania Planety Joggera zniknął z Bullseye. I raczej nie wróci, więc trzeba pomyśleć nad przesiadką na inny soft. Niemniej, nic związanego z samym systemem.

Automatyczne aktualizacje Debiana – HOWTO

Utrzymywanie aktualnych wersji oprogramowania to podstawa bezpieczeństwa. Nawet w przypadku zwykłego desktopa ma to znaczenie, szczególnie jeśli chodzi o przeglądarki internetowe. Pomóc w tym mogą automatyczne aktualizacje pakietów.

Tradycyjna, ręczna aktualizacja oprogramowania w Linuksie sprowadza się w większości dystrybucji do odświeżenia listy dostępnych pakietów i zainstalowania nowych wersji. Dla dystrybucji opartych o pakiety deb będzie to
apt-get update; apt-get dist-upgrade[1]

W dystrybucjach Linuksa takich jak Debian czy Ubuntu do dyspozycji mamy unattended upgrades, czyli mechanizm pozwalający na automatyczne aktualizacje pakietów. Pozwala on aktualizować wskazane pakiety bez ingerencji zarówno użytkownika, jak i administratora systemu. Poza samą aktualizacją umożliwia skonfigurowanie dodatkowych warunków, jak praca tylko przy podłączonym zasilaczu, wymuszenie rebootu systemu po aktualizacji pakietów, ograniczenie pasma przeznaczonego na pobieranie aktualizacji czy sprzątanie starych wersji kernela.

Aby włączyć mechanizm automatycznych aktualizacji, trzeba zainstalować pakiet unattended-upgrades. Dodatkowo należy wyedytować plik konfiguracyjny:
cat /etc/apt/apt.conf.d/20auto-upgrades
APT::Periodic::Update-Package-Lists "1";
APT::Periodic::Unattended-Upgrade "1";

Samą konfiguracją działania automatycznych aktulizacji sterujemy przy pomocy zawartości pliku
/etc/apt/apt.conf.d/50unattended-upgrades.

Opcji jest wiele, od tego, które pakiety wykluczyć z aktualizacji, przez raportowanie mailem, czy wspomniane wcześniej limitowanie szybkości pobierania aktualizacji czy reboot systemu. Domyślna zawartość powinna być OK, jeśli korzystamy wyłącznie z podstawowych repozytoriów. W przypadku posiadania dodatkowych źródeł pakietów, warto sprawdzić czy będą one także aktualizowane i w razie potrzeby dostosować plik.

Przetestować działanie wprowadzonych zmian i ogólnie zachowanie możemy poprzez wydanie polecenia
unattended-upgrades -d

Pokaże ono, które pakiety zostałyby zaktualizowane w naszym systemie.

Trzeba pamiętać, że tego typu nienadzorowana aktualizacja zawsze niesie jakieś ryzyko niepowodzenia. Osobiście korzystam od lat na paru desktopach i nie napotkałem problemów. Jest tam jednak Debian w wersji stabilnej, przeważają repozytoria standardowe, a z dodatkowego oprogramowania są jedynie przeglądarki.

Na koniec polecam lekturę tego opisu automatycznych aktualizacji. Znajdziecie tam wiele dodatkowych szczegółowych informacji i przykładów.

[1] Dostępna jest też mniej inwazyjna wersja polecenia czyli apt-get update. Próbuje ona aktualizować tylko te pakiety, których aktualizacja nie wiąże się z usuwaniem ani doinstalowaniem innych pakietów. Ceną jest pozostawienie w dotychczasowej wersji pakietów, których nie da się zainstalować bez tej operacji. Więcej w manualu apt. Interesującym narzędziem do zarządzania pakietami jest opisywany kiedyś wajig.