Waze jako nawigacja

Jakiś czas temu wyrzuciłem Yanosika z telefonu, z powodu fatalnej nawigacji. Zgodnie z zapowiedziami szansę dostało Waze.

Podobnie jak Google Maps, nawigacja Waze należy do Google, jednak jest rozwijana odrębnie i ma zupełnie inną filozofię. O ile Google Maps to sucha, dość sprawna nawigacja, o tyle Waze bardziej przypomina ficzerami Yanosika – personalizacja i gamifikacja jak najbardziej obecne. Jest możliwość zgłaszania przez użytkowników utrudnień na drodze, czy to patroli policyjnych, czy radarów, czy zamkniętych ulic, czy zwykłych prac drogowych. Jest też zbieranie punktów za aktywność.

Logo WazeŹródło: https://www.waze.com/about/press_resources

Pierwszą recenzję Yanosika pisałem po przejechaniu raptem 300 km, czyli – jak patrzę z perspektywy – o wiele za wcześnie. W przypadku Waze testowałem nieco dłużej – przejechałem ok. 1000 km na zalogowanym koncie, głównie w mieście. Nadal mało jak na pełny test, ale od czegoś trzeba zacząć. Tak naprawdę z Waze przejechałem ze dwa albo trzy razy tyle – dość długo korzystałem bez założonego konta i logowania. Można i tak, bez specjalnego uszczerbku dla funkcjonalności. Oczywiście gamifikacja leży wtedy, nie działa też zapamiętywanie ustawień, przynajmniej między upgrade/reinstalacją. W każdym razie z kontem jest lepiej i na tej wersji się skupię.

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy po uruchomieniu Waze, to ekspozycja funkcji związanych z nawigacją i ukrycie całej reszty. Zaleta jest taka, że nawigacja jest na wierzchu, wada zaś taka, że dobrnięcie do jakichś bardziej zaawansowanych ustawień chwilę mi zajęło. Części rzeczy w ogóle w aplikacji nie ma (albo nie umiem ich znaleźć), przykładem może być ilość przejechanych kilometrów, którą sprawdzam przez WWW. Trudno mi jednoznacznie orzec, czy to zaleta, czy wada. Ustawienia domyślne są bardzo dobre.

Aplikacja potrzebuje dłuższego czasu od włączenia do gotowości do działania. Nie wiem, czy jest to kwestia słabszego telefonu, czy tak jest ogólnie ale… tak jest i jest to wada. Dodam, że podobnie ma Strava. Za to po włączeniu jest już bardzo przyjemnie. Nawigacja jest pewna (sorry, Yanosik), komunikaty przekazywane z sensownym wyprzedzeniem (sorry, Yanosik), adaptacja do zmian trasy szybka (sorry, Yanosik, „zawróć. zawróć. zawróć.”). Bardzo ładnie mówi po polsku (jest wybór lektora) i posiada rewelacyjną IMO funkcjonalność podawania nazw ulic, w które należy skręcić – podaje nie tylko kierunek skrętu, ale też nazwę.

Trasy wybiera sensownie (sorry Yanosik), orientacyjne czasy dojazdu bardzo zbliżone do rzeczywistych. Potrafi też pokazywać informacje o natężeniu ruchu na sąsiednich ulicach czy zaproponować alternatywne trasy do właśnie wybranej. Taki powiew Google Maps. Akurat średnio korzystam, ale ktoś ze znajomych szukał nawigacji pokazującej natężenie ruchu.

Największą wadą nawigacji, którą zauważyłem, jest dość częste gubienie się na skrzyżowaniach po zatrzymaniu. Potrafi stwierdzić, że jesteśmy na ulicy prostopadłej i kazać skręcać. Chwilę po ruszeniu i chwilę przed dojazdem do skrzyżowania jest OK. Nie wiem, czy kwestia aplikacji, czy telefonu i… nie jest to tak upierdliwe na jakie wygląda z opisu – informacja o skręcie jest podawana za późno, by wykonać manewr.

Zgłaszanie zdarzeń na drogach jest znacznie bardziej szczegółowe niż w Yanosiku, ale przez to bardziej skomplikowane. Nie jest to jedno kliknięcie, tylko kolejne wybory (polecam lekturę opisu w FAQ). Być może kwestia przyzwyczajenia, na pewno większa bariera wejścia i trudniejsze, wymagające więcej uwagi zgłaszanie zdarzeń. Liczę jako wadę, pewnie dobrą sprawą byłby wybór wersji pełnej i uproszczonej.

Kolejny ficzer Waze to wyszukiwanie stacji benzynowych i porównywanie cen. W przeciwieństwie do Yanosika, Waze nie współpracuje z jednym koncernem, więc jest wybór. I jakiś pożytek dla tych, którzy raczej omijają rządowe stacje. Samo porównywanie jest oparte o aktualizacje cen przez użytkowników, więc traktować należy raczej orientacyjnie, bo stacje dość często zmieniają ceny. Na szczęście przy wyszukiwaniu jest podawany czas ostatniej aktualizacji.

Inny miły ficzer to proponowanie miejsc docelowych. Czyli uruchamiamy nawigację i dostajemy – na podstawie czasu (i miejsca?) – propozycję, żeby ustawić jako miejsce docelowe pracę, bez konieczności wyboru ręcznie. Dość przyjemne, działa nieźle. Oczywiście gdyby ktoś czuł się śledzony, to można tę opcję wyłączyć. Raczej ku poprawie samopoczucia, bo śledzi nas każda nawigacja. 😉 Wyłączyć można też widoczność naszego pojazdu na mapach.

Jeszcze inne usprawnienia to zapamiętywanie miejsca pozostawienia pojazdu (można też zrobić zdjęcie, przydatne, jeśli z auta korzysta kilka osób) czy przesłanie orientacyjnego czasu dojazdu.

Pominąłem inne ficzery Waze, niezwiązane z samą aplikacją, typu live map czy carpooling. Raz, ze wykraczają poza badane zagadnienie, dwa, że nie używam. Podsumowując, uważam, że aplikacja jest zdecydowanie godna uwagi i warto dać jej szansę. W mieście jako nawigacja sprawdza się bardzo dobrze, kiedyś pewnie uzupełnię wpis o wrażenia z trasy.

UPDATE Przejechałem 2300 km, parę razy poza miastem (choć na znanej drodze) – nadal OK, stacjonarne radary zgłasza, na nic innego nie było okazji. Nadal nie mam powodu do narzekania.

Legimi

W okresie przedświątecznym Inpost zrobił promocję[1] dotyczącą Paczkomatów. Wystarczyło odebrać paczkę w ciągu dziewięciu godzin od powiadomienia o dostarczeniu i dostawało się[2] książkę w Legimi. Ze względu na okoliczności stwierdziłem, że będę miał czas to… posłucham. Bo główna zaleta jest taka, że obok ebooków dają – w większości przypadków – audiobooki.

Skusiłem się, bo tytułów z których można wybrać, było sporo i – sądząc po ocenach – niezłych. Jest choćby Król Szczepana Twardocha czy Konklawe Roberta Harrisa. Wybrać w promocji można trzy tytuły, a bez problemu mógłbym wskazać więcej, więc repertuar ciekawy.

Tyle dobrego, jeśli chodzi o promocję. Odbiór kodu to totalne nieporozumienie. Miałem trzy paczki, za każdym razem po wpisaniu numeru przesyłki dostałem komunikat o błędzie i żebym spróbował za dwie godziny. Niekiedy więcej, niż raz. Drażni i to mocno, bo jak wpisuję kod, to chciałbym od razu dostać możliwość korzystania z książki. Nie wiem, czy wina po stronie Inpostu, czy Legimi, czy obu, ale słabo.

Nieciekawa jest sama aplikacja Legimi. Gdy tylko zacząłem instalację przypomniałem sobie, że już kiedyś była podobna promocja i… nie skorzystałem wtedy, bo appka miała dziwne wymagania, typu dostęp do kontaktów. Jeśli dobrze doczytałem, jest to tylko na potrzeby kolejnej promocji (miesiąc dostępu do pełnej oferty Legimi), ale wtedy odrzuciło skutecznie. Tym razem wizja trzech książek przeważyła i zarejestrowałem się.

Oczywiście rozczarowało mnie to, że nie mogę po prostu pobrać plików z ebookiem lub audiobookiem na komputer i użyć w dowolnym urządzeniu. Jest przymus korzystania z aplikacji Legimi. Czytanie książek na smartfonie odrzucam z założenia – trochę za mały ekran, trochę za szybko ekran zużywa baterię, znaczy niewygodnie. Natomiast audiobooka najchętniej wrzuciłbym na mój odtwarzacz mp3, wygodniejszy do odtwarzania audio, niż smartfon, głównie ze względu na rozmiar. Nie wiem w imię czego to ograniczenie. Gdybym chciał zrobić pirata, to przecież nadal jest to trywialne, choć oczywiście trudniejsze od skopiowania pliku. Podobnie trudno posłuchać audiobooka w samochodzie – na kartę nie nagram, żeby odtwarzać przez samochodowe radio, odtwarzanie z telefonu przez kabel (lub BT) do radia niby jest możliwe, ale niewygodne. Zresztą telefon w samochodzie ma już zajęcie – robi za nawigację.

Sama aplikacja posiada sporo błędów i braków, choć szczęśliwie nie w obrębie podstawowej funkcjonalności. Interfejs jest prosty i intuicyjny, choć staroświecki, opcji – w przypadku audiobooków – niewiele. Ustawia się tylko prędkość odsłuchu (nie zmieniałem), o ile powinno cofać szybkie cofanie (domyślnie jest trzydzieści sekund i IMHO nie jest to zła wartość) i to, czy przy połączeniu przez wi-fi ma ściągać całą książkę. Są zakładki, ale w sumie nie trzeba z nich korzystać, bo aplikacja i tak zapamiętuje w którym miejscu skończyła odtwarzanie.

Jeśli korzystamy z Legimi, lepiej mieć dużo miejsca na urządzeniu. I sama aplikacja jest spora, i – przede wszystkim – zarządzanie miejscem jest… słabe. Nie ma bowiem możliwości ustawienia takich opcji jak automagiczne usuwanie już odsłuchanych fragmentów czy określenia, ile miejsca przeznaczamy na cache. Dlatego przy mniejszej ilości miejsca na urządzeniu możliwość pobrania przez wi-fi jest… teoretyczna. Chyba, że ktoś chce pamiętać i pobierać fragmenty ręcznie. Na szczęście pakiety internetu są na tyle duże, że można po prostu olać temat i zdać się na pobieranie przez sieć komórkową, w miarę potrzeb.

Brakuje też możliwości określenia, czy po wybraniu książki powinna się ona zacząć automatycznie odtwarzać (zaczyna). Wbudowane statystyki pokazują wartości totalnie z sufitu, do niczego niepodobne. Pewnie dam ocenę 2/5 w Google Play, bo da się korzystać, ale wydaje mi się, że powinni albo popracować nad aplikacją, albo nie wymuszać korzystania z niej. W tej chwili toporna appka raczej zniechęca do korzystania z serwisu, a szkoda, bo same audiobooki dobrze zrobione – o ile mogę coś na tak niewielkiej próbce stwierdzić.

W przypadku abonamentu Play nieograniczone korzystanie z oferty kosztuje 20 zł/m-c. Gdyby było luźniej, tj. nie było wymogu posiadania abonamentu w Play i appka nie była tak toporna, rozważyłbym subskrybcję, mimo tego, że tak naprawdę to tylko wypożyczenia, nie kupno książek i mimo braku możliwości pobrania plików na własne urządzenia. Ponieważ jednak appka jest, jaka jest i nie mam abonamentu w Play, ograniczę się do tego typu promocji. Licząc, że pojawi się możliwość kupna w podobnej cenie bez dodatkowych warunków.

UPDATE Im dalej w las, tym więcej drzew. Sprawa pierwsza: poruszanie się bez bookmarków i skomplikowana procedura ładowania/kasowania poszczególnych rozdziałów działają znośnie, o ile jakiś piękny umysł nie wpadnie na to, by wszystkie rozdziały miały taką samą nazwę. Tak jest w przypadku Stanu Idealnego i zdecydowanie robi się nieużywalnie.

Sprawa druga: nie posiadanie książki u siebie potrafi kopnąć w zadek. Wczoraj chciałem wieczorem posłuchać w łóżku przed snem i… nic z tego. Nie wczytywało rozdziałów, nie było czego odtwarzać. Nie debugowałem, pewnie jakaś awaria po stronie Legimi, bo net działał. Rano załadowało jak gdyby nigdy nic. Audiobooki Schrödingera…

[1] Nie promocja tak naprawdę, tylko skłonienie do szybszego opróżnienia paczkomatu. Słuszna zachęta, bo miejsc zwykle brakuje.

[2] Nadal można odebrać, do końca roku, jeśli ktoś spełnił warunki promocji – wystarczyło zmieścić się w czasie.

Goodbye Yanosik!

Nie napisałem nic o tegorocznym urlopie. W zasadzie urlopach. W ramach nadrobienia zaległości spojrzenie na urlopy przez pryzmat appek androidowych. Zmiany są dwie: zacząłem korzystać ze Strava – ot, kolejna appka do mierzenia biegania czy pedałowania. W sumie poznałem ją, gdy oficjalna appka Kręć Kilometry przestała mi poprawnie i stabilnie działać, zwł. zapisywać trasę. Zalety: dość dokładna, fajne automagiczne porównywanie czasów na odcinkach, liczenie rekordów. Wady: dość długo „się zbiera” do wykonania operacji, czyli czasami trzeba poczekać. Ale potem działa już pewnie, więc lubię.

Zmiana druga wymaga wstępu. Na jednym z wakacyjnych wyjazdów, przed podróżą powrotną do Poznania, zaczęło się kończyć paliwo. Poszukałem stacji, zjechałem parę kilometrów w nieznany teren, zatankowałem. I wracam, wg nawigacji, tak samo zresztą jak przyjechałem. O dziwo inna trasa, niż przyjechałem, ale nie wnikam – na oko kierunek się zgadza.

Więc jadę sobie drogami między wioskami. Pasażerowie przysypiają. I nagle widzę rozjazd. Asfalt lekkim łukiem w lewo, na wprost nawierzchnia szutrowa. Nawigacja zdecydowanie pokazuje jazdę na wprost, po szutrowej. Azymut się zgadza, wiec trochę zwalniam i wjeżdżam w tę szutrową. Chwilę później ostre hamowanie, bo okrutna dziura, idealna, by urwać koło. Dobrze, że zwolniłem wjeżdżając na tę szutrową. Jadę dłuższy kawałek, dziur wcale nie ubywa. Potem było jeszcze lepiej – gruntówka w lesie, ogromne kałuże na całą szerokość. Jakoś uniknąłem zakopania czy utopienia auta i przejechałem, ale było to ładne parę kilometrów. Dodam, że w poprzednią stronę przyjechałem całą drogę zupełnie znośnym asfaltem.

Nawigacja, która mnie tak poprowadziła to oczywiście Yanosik. Stwierdziłem, że enough is enough, tym bardziej, że to nie pierwszy tego typu wyczyn, choć w tym przypadku skala porażki zadziwiła. Dodatkowo Yanosik grabił sobie u mnie już wcześniej zbieraniem dużej ilości danych („styl jazdy”) i próbą monetyzacji tej wiedzy w formie sprzedaży ubezpieczenia. Nie mam złudzeń, w tej grze kierowca traci – algorytmy i big data dają przewagę ubezpieczycielowi. O ile w przypadku cech ogólnych liczy się statystyka, to dane o stylu jazdy pozwalają na wnioskowanie poza granicą ludzkiej percepcji. Czyli software ubezpieczyciela zna lepiej zachowania kierowcy niż on sam. I jeśli stwierdzi, że jeździsz o niebezpiecznych porach, to nie tylko nie dostaniesz zniżki, ale jeszcze dopłacisz, nawet jeśli jeździsz bezpiecznie. Na dodatek nie informują, co dokładnie jest mierzone. Oczywiście nie wyraziłem zgody, ale sam fakt możliwości zbierania takich danych jest niepokojący. Pytanie o zgodę było ponawiane – liczą na to, że użytkownik się pomyli i kliknie, że się zgadza?

W każdym razie po tej akcji z nawigacją Yanosik wyleciał w trybie ekspresowym, po przejechanych z nim jakichś 20 tys. Oczywiście potrzebuję dość często nawigacji, więc użyłem tego, co miałem pod ręką – Google Maps. Korzystałem kiedyś dawno temu przez chwilę i albo nie doceniałem, albo spory postęp zrobili.

Pierwsze wrażenie: Yanosik dawał instrukcje trochę za późno czasami (do tego stopnia, że zdarzało mi się nie skręcić we właściwą ulicę), Google Maps radzi sobie o wiele lepiej, informując z sensownym wyprzedzeniem. Do tego ma przyjemny ficzer w postaci zmiany skali w zależności od aktualnej prędkości. Nie ukrywam, że przestawienie się i przyzwyczajenie do dobrego zajęło mi chwilę. Różnica jest kolosalna – Google Maps potrafi pokazywać pasy, dawać drobne wskazówki gdzie odbić, co jest bardzo przydatne na węzłach na autostradach. Za to przyznaję, że na rondach Yanosik radził sobie lepiej, choć też nie idealnie.

Brakuje oczywiście głównej funkcji Yanosika, czyli „antyradaru”, nie ma całej grywalizacji i statystyk ale… w sumie w Yanosiku grywalizacja była niedorobiona, a statystyki niespecjalnie coś wnosiły. Chociaż lubię popatrzeć. Google Maps dobrze nawiguje i… tyle. W każdym jeśli chodzi o nawigację to niebo a ziemia – totalna przepaść w jakości oprogramowania.

Rozważam jeszcze wypróbowanie głównego polskiego konkurenta Yanosika, czyli Ryśka, ale boję się, że nawigacja będzie słabsza od Google Maps, a dane dot. sytuacji na drodze gorsze, niż w Yanosiku.

UPDATE: Rysiek może kiedyś będzie testowany, ale najpierw szansę dostanie Waze – wiele osób poleca i w komentarzach na blogu (nie tylko pod tym wpisem), i poza blogiem. Podobno wykupione przez Google, jest nawigacja i antyradar, może być fajne. Recenzja za jakiś czas.

UPDATE: Pewnie nie wszyscy zauważyli, ale Yanosik zaliczył poważną wtopę – wykorzystywał urządzenia użytkowników bez ich wiedzy i zgody do realizowania innej usługi swojej firmy. Szczegóły opisała ZaufanaTrzecia strona, a pokrótce wykorzystywane były: włączenie bluetooth, co za tym idzie zwiększone zużycie baterii, transmisja dodatkowych danych – zużycie transferu. IMO takie nadużycie i pokrętne próby tłumaczenia są dyskwalifikujące, więc zamierzam trzymać się z daleka od wszelkich rozwiązań tej firmy.

Bez reklam na przeglądarkach mobilnych (Chrome, Focus)

Wygląda, że szykuje się lekka rewolucja w mobilnej części internetu. Wersja testowa (canary) Chrome w wersji mobilnej wyposażona jest przez producenta w blokowanie inwazyjnych reklam. Zobaczymy jak to w praktyce wyjdzie, ale wygląda, że szykuje się zmiana zasad gry – de facto oznacza to kontrolowanie rynku reklam przez dostawcę przeglądarki, będącego przy okazji jednym z większych (o ile nie największym) graczy na rynku reklamy w sieci. Podobna zmiana jest zapowiedziana dla wersji desktopowej na początek roku.

Firefox Focus już w tej chwili ma podobne rozwiązanie – wbudowana blokada reklam i ochrona prywatności. Przy okazji, przetestowałem Focusa i wygląda on bardzo zachęcająco. W przeciwieństwie do Firefoksa jest lekki (~2 MB do pobrania) i działa żwawo. Czego o Firefoksie (no dobrze, rok temu, nie wiem jak teraz) powiedzieć się nie dało, więc na smartfonie korzystałem z Chrome. W każdym razie Focus domyślnie blokuje reklamy, nie ładuje zbędnych części strony i czyści historię, co czyni tradycyjne ad-trackery bezużytecznymi. Chwilę poklikałem – jest szybko, jest wygodnie, strony wyświetlały się OK. Polecam, jeśli ktoś nie potrzebuje na smartfonie tabów w przeglądarce. Niestety nie widzę wersji dla desktopa ani kodu źródłowego.

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o korzyści dla użytkowników. Z jednej strony strony mają być szansę lżejsze, nie zamulać urządzeń zbędnymi javascriptami czy animacjami i ładować się szybciej, zużywając mniej transferu. Z drugiej strony, szczególnie w przypadku Google, nie mam złudzeń. Natura nie znosi próżni, więc reklamy nadal będą. Ale od Google (lub za ich zgodą). A Google i tak ma śmieci w reklamach AdSense. Podobnie ze śledzeniem – może strony nie będą w stanie tego robić, ale przeglądarka jak najbardziej… No i może historia zatoczy koło – albo płatna przeglądarka, albo wyświetlanie reklam? To już oczywiście było, w czasach płatnej wersji Opery.

W każdym razie właściciele stron stracą (znowu) trochę wolności.

Ilość rowerów Nextbike na stacjach – reaktywacja

Dawno temu pisałem o monitoringu rowerów Nextbike na stacjach. Moja strona podająca aktualną ilość rowerów miejskich na stacjach Nextbike działała do kwietnia tego roku, po czym przestała odświeżać dane. Jest to o tyle niefajne dla mnie, że appka androidowa Nextbike i jej wyszukiwanie rowerów to jakaś kpina i zdecydowanie łatwiej i szybciej znajdowałem potrzebne dane u siebie. Albo po prostu I don’t like the bugs but the bugs like me, czyli znowu mam pecha i u mnie nie działa. W ogóle o appkach na Androida, zwłaszcza polskich wypadałoby już popełnić osobny wpis…

Poczyniłem szybki debug i okazało się, że Nextbike zapytany o konkretne miasto zwraca od niedawna błędny XML, zawierający zawsze także dane dla Indii. Zgłosiłem błąd mailem, co wiązało się z zabawną sytuacją, bo po pierwsze zostałem przez centralę wzięty za pracownika (chyba raczej stażystę) firmy Nextbike i odesłany do innego pracownika, który może założyć ticket w systemie. Padło też pytanie, a skądże to ja mam namiar na ten URL (przypominam, mający official w nazwie). No cóż, URL lata w wielu miejscach w sieci…

W każdym razie błąd został zgłoszony, a dane się nie pokazywały. Próbowałem na szybko zreanimować skrypt w Perlu, ale albo zmian było więcej, albo nie do końca umiem korzystać z tej biblioteki. W każdym razie poległem, a na dłuższe grzebanie w Perlu nie miałem ochoty. Przy okazji niegdyś poukładany kod wydał mi się już nie taki fajny i w sumie można by go przepisać…

Wczoraj zrobiłem przymiarkę do napisania tego w Pythonie. Okazało się, że bez problemu jestem w stanie parsować XML. Przy okazji zrezygnowałem z pobierania danych dla każdego miasta oddzielnie – miast jest na tyle dużo, że szybciej jest pobrać plik XML raz. Skoro zapowiadało się tak fajnie, to od razu postanowiłem przerzucić konfigurację z hasha w programie do pliku YAML. A skoro szło tak fajnie, to zmieniłem „template”, zaszyty w printach w skrypcie, na Jinja2, przy okazji mając pierwszy praktyczny kontakt z tym rozwiązaniem, bo wcześniej „korzystałem” z niego tylko w template’ach dla bloga opartego o Pelican. Bardzo fajne, rozbudowane bardziej, niż przypuszczałem i jednak rządzące się swoimi prawami. W każdym razie mniej oczywiste niż mi się wydawało do tej pory.

Skoro szło tak dobrze, to dorzuciłem pięć kolejnych miast (Pszczyna, Zgierz, Kędzierzyn-Koźle, Kołobrzeg i Tychy), bo tyle pojawiło się od kwietnia. Oczywiście już nie do skryptu, tylko do prostego w utrzymaniu pliku z konfiguracją. 🙂 Całość zapakowana w virtualenv oczywiście, dla przenośności.

Ze skryptu nie jestem w 100% zadowolony – pewnie można go jeszcze uprościć, ale… może kiedy indziej, tym bardziej, że mógłbym jeszcze uzupełnić dane o geolokalizacji i pewnie gdzieniegdzie zostało błędne kodowanie znaków. Póki co, strona z ilością rowerów znowu działa. Ciekawostka – wszystkie pliki (skrypt, konfig, dane o wymaganych modułach) mają tyle samo linii co oryginalny Perl (TBH żadne nie było specjalnie sprzątane czy optymalizowane pod kątem wielkości), a jest o niebo czytelniej i prościej.

Aktualizacja Androida

Na wstępie uprzedzam – to nie poradnik, to marudnik. Z uwagi na drastyczne sceny nie polecam lektury ludziom o słabych nerwach.

Zaczęło się od tego, że zaczęło ginąć miejsce w telefonie. Wyglądało to nieco podobnie jak w przypadku opisanym kiedyś – zajęta niby połowa miejsca, a niczego zainstalować nie sposób. Poza tym, niedawno ukazała się aktualizacja systemu, którą spróbowałem zainstalować. Dotychczas przebiegało to bezproblemowo z poziomu telefonu, tym razem jednak aktualizację pobrał, zaczął rozpakowywać i… zdechł w trakcie. Prawdopodobnie na skutek skończenia się miejsca w trakcie aktualizacji, bo przecież sprawdzenie ilości wolnego miejsca, ze stosownym zapasem przed rozpoczęciem aktualizacji to trudna sprawa jest.

Byłem pewien, że zdechł całkiem, ale nie – uruchomił się w zgrabnym trybie wyglądającym miło i przyjaźnie – zupełnie jak konsola Linuksa. Z miejsca mi się spodobało. Sprawdziłem integralność instalacji (failed), mimo ostrzeżeń uruchomiłem normalnie i… wszystko działało, tylko w starej wersji. Zwolniłem znacznie więcej miejsca i spróbowałem jeszcze parę razy. Z tym samym skutkiem, więc może jednak nie o miejsce chodziło? Zapomniałem o sprawie na parę tygodni.

System pozwala na aktualizację na kilka sposobów. Pierwszy, z którego korzystałem, to pobranie aktualizacji z sieci. Drugi, to umieszczenie aktualizacji na karcie SD i wybranie odpowiedniej opcji. Tyle, że tryby działania karty są dwa, mocno rozłączne i związane z formatowaniem karty. Pierwszy, to zwykła karta do przenoszenia zdjęć, drugi, to pamięć wewnętrzna. Oczywiście, żeby zrobić aktualizację w tym trybie, karta musi być w trybie zwykłej karty SD, a ja miałem w trybie pamięci wewnętrznej. Zresztą, gwoździem do trumny dla tej opcji okazał się problem ze znalezieniem na stronie producenta aktualizacji do umieszczenia jej na karcie.

Z uwagi na problemy z integralnością instalacji i podejrzeniem uszkodzenia systemu plików, zacząłem rozważać pełen reinstall systemu, zamiast aktualizacji, która w ww. przypadku niekoniecznie musiała się udać. Co prawda na stronie producenta nie widziałem pełnych wersji do instalacji, ale stwierdziłem, że w sumie goły Android to nawet lepsza opcja może być. Zacząłem szukać wersji waniliowej albo jakiegoś CyanogenMod.

I tu zaczyna się horror show. Jakieś pliki wrzucone w jakieś miejsca, przez jakieś skracacze linków. Autor nieznany, treść niepodpisana cyfrowo. GPG jest przecież takie trudne, a malware’u dołożyć nie sposób. Do tego dziwne rozczłonkowanie i po modelach telefonów (pół biedy, jeśli oznaczenie jest dokładnie to samo), i po plikach. Totalne puzzle.

Dla pewności sprawdziłem jeszcze raz stronę producenta, czy aby nie przegapiłem gdzieś obrazu czy czegoś w ten deseń. No jednak nie. Postanowiłem zatem uznać wyższość Windows i skorzystać z aplikacji do aktualizacji dostarczanej przez producenta. Instalacja bez problemu, ale po podłączeniu telefonu system… zapragnął sterownika. W trakcie instalacji „się przerwało” i musiałem odczynić jakiś cyrk, żeby ponownie go wykrył. Oczywiście logów czy sensownych komunikatów brak.

Po wykryciu telefonu i instalacji sterowników pozostało już tylko wybranie modelu (nie żeby przed chwilą nie był wykryty, prawda?) i zaczął się pobierać system. A potem zaczął się wgrywać na telefon. Radosny komunikat na ekranie głosił, że gdyby rozłączył się w trakcie, to należy wyjąć z niego baterię i podłączyć ponownie. Chyba nie do końca umiem korzystać z Windows, bo za nic nie potrafiłem stwierdzić czy jest podłączony, czy nie. Możliwe, że nie dość uważnie wpatrywałem się w diodę dysku czy wsłuchiwałem w szum wentylatora. W każdym razie po kilkunastu minutach bez postępu stwierdziłem, że chyba nastąpiło rozłączenie. Oczywiście logów czy jasnego komunikatu na ekranie nie ma, bo po co?

Słusznie stwierdziłem! Wyjąłem baterię podłączyłem ponownie i… cały proces zaczął się od początku. No dobrze chociaż, że wykrył pobrany już plik. Tym razem flashowanie dotarło do szczęśliwego finału. Restart telefonu i… Zamiast wersji najnowszej, jest ta, którą miałem wcześniej. Ale system czysty, więc połączyłem się z siecią WiFi i tym razem aktualizacja do naprawdę najnowszej dostępnej wersji przebiegła już bez problemu.

Cel został osiągnięty. W jedyne dwie godziny. Czy tam dwie i pół.

Jesienne tło na telefon

Wczoraj byłem na Cytadeli na spacerze z rodziną. Taka jesienna wycieczka. Nawet ładna jesień i trochę słońca. Stwierdziłem, że zrobię sobie tapetę na telefon. Coś prostego, jesiennego. Oczywiście telefonem.  Pierwotnie myślałem o drzewie na tle nieba, ale… fota/ujęcie może ładna, ale na tapetę się zdecydowanie nie nadaje – za jasne, napisy i ikony giną.

Postanowiłem zrobić coś, co zawsze wychodzi – jednolita mozaika, w tym przypadku liście. Oryginał wyglądał tak (wyświetla się pomniejszony, rozmiar jest oryginalny):

Liście jesień tapeta

Źródło: fot. własna

Tapeta całkiem przyjemna, ale… nadal za jasno i białych napisów nie widać. Ale efekt na zablokowanym ekranie był naprawdę fajny, więc postanowiłem pobawić się chwilę w Gimpie. Balans bieli plus lekka zabawa z kolorami (nie znalazłem prostego ściemnij) plus zabawa z kompresją (zupełnie nie oszczędzałem) i ostateczny efekt wygląda tak:

Jesień tapeta wersja ostateczna

Źródło: fot. własna

Daje się używać jako tapeta na telefonie, napisy widać, ale nadal mogło by być ciut ciemniejsze. Póki co zostaje w tej wersji.

Porządki z telefonem

Nie przepadam za smartfonami do dzwonienia. Zdecydowanie lepiej w tej roli sprawdza się wg mnie dumbphone typu Nokia 3110c (z dostępem do netu od biedy, zresztą). No ale koniec końców trzeba było po parunastu latach zmigrować – tu operatorzy powinni się zastanowić nad tworzeniem grafów powiązań userów i co oznacza naprawdę przeniesienie danego numeru do innej sieci. W każdym razie wylądowałem w Virgin Mobile. Przy tej okazji ściągawka wybranych krótkich kodów w Virgin Mobile. Z fajnych rzeczy – mają pakiety Freemium, które nieźle nadają się do nawigacji samochodowej (300MB internetu) i pozwalają bez stresu sprawdzić w praktyce zasięg, jakość rozmów itp. Znaczy przynajmniej kiedyś, nie wiem jak to wygląda teraz, jak jest obowiązek rejestracji kart SIM…

W każdym razie największym wyzwaniem okazała się synchronizacja kontaktów. Coś miałem w starej Nokii na telefonie, większość na karcie SIM, poza tym nowy telefon też zdążył dorobić się osobnej bazy kontaktów. Wpadłem na pomysł sczytania wszystkiego na komputer (od razu backup by się zrobił…), przejrzenia, posortowania i wczytania na telefon. Na szczęście nie bawiłem się w sczytywanie z Nokii 3110c, choć kiedyś to opisywałem, tylko stwierdziłem, że zrobię eksport do pliku, następnie przełożę kartę SIM i zrobię kolejny eksport. Trochę z dmuchaniem na zimne, bo jeszcze musiałem skopiować kontakty z telefonu na kartę, a pewności nie miałem, czy telefon realizuje to przez złączenie, czy nadpisanie.

Przy okazji – nie wiem kto projektował eksport kontaktów na kartę w Androidzie, ale… skopał. Znacznie prościej wysłać mailem, niż zapisywać na kartę, bo eksport następuje – jak informuje telefon – do uroczo intuicyjnej lokalizacji /mnt/sdcard/System/PIM/PIM00001.vcf. Nielinuksiarzy pewnie wystraszy już pewnie /mnt, a po przełożeniu karty do komputera można się lekko naszukać. No bo po co zrobić ten eksport w głównym katalogu karty SD… U mnie skończyło się kolejnym eksportem, żeby doczytać komunikat o lokalizacji.

Okazało się, że kontakty zarówno na Nokii, jak i Androidzie są łączone, ale… powtarzające się kontakty tworzą duplikaty. Nawet jeśli są identyczne. Bardzo user friendly. W każdym razie zerknąłem na strukturę pliku z eksportem z Androida (vCard) i stwierdziłem, że szybciej będzie mi zrobić skrypt, który usunie duplikaty, niż szukać czegoś, co się tym zajmie. I tak powstał vCardUniq.

Skrypt robi tylko jedną rzecz – czyta ze STDIN vcardy, eliminuje identyczne (muszą być obecne i zgadzać się wszystkie dane, by były identyczne) i wypluwa na STDOUT wynik, który można wczytać do telefonu. Może się komuś przyda…

Czy rozmiar ma znaczenie?

W tym przypadku prawo nagłówków Betteridge’a nie ma zastosowania, odpowiedź będzie twierdząca, a wszystko za sprawą Androida.

Logo Androida
Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Android_(operating_system)

Od roku korzystam z Yanosika. Jakiś czas temu zauważyłem, że niemal skończyło mi się miejsce na karcie SD. Szybkie śledztwo ujawniło, że głównym winowajcą nie są – jak przypuszczałem – zdjęcia, tylko katalog yanosik-new, który zajmował ponad 700 MB z dostępnych 2 GB na karcie (wiem, mała, taka zaszłość). Ponarzekałem na FB, usłyszałem, że zawartość katalogu można bezpiecznie usunąć – odbuduje sobie co potrzebne. Znaczy się klasyczny cache. OK, rok używany, karta mała, nie robię afery. Usunąłem.

Ostatnimi dniami coś Yanosik zaczął zgłaszać błędy w stylu aplikacja nie odpowiada – czekaj/zgłoś/zamknij. Coś mnie tknęło, żeby znowu sprawdzić zajętość karty i… bingo. Znowu brak wolnego miejsca. Co prawda zrobiłem na urlopie parę zdjęć, ale zdecydowanie nie kilkaset MB. Oczywiście znowu yanosik-new ma rozmiar ponad 700 MB… Zacząłem szukać większej karty i rozglądać się za instrukcją zmiany karty w telefonie na większą. Przy okazji obmyślając, jakich ciepłych słów użyć pod adresem autorów Yanosika, bo zużycie 700 MB w rok to jeszcze jestem jakoś w stanie zrozumieć, ale w 3 tygodnie?

Znalazłem jakąś kartę 4 GB, ale okazało się, że muszę sprawdzić, czy jest sprawna. Wymiana karty SD w urządzeniach z Androidem jest prosta – wystarczy zgrać całą zawartość na komputer, sformatować nową kartę, przegrać wszystkie dane na nową. I powinno działać. Wygląda prosto, ale stwierdziłem, że zrobię backup, poza tym i tak wygodniej wrzucić całość na chwilę na komputer, niż kopiować między czytnikami.

I tu niespodzianka. Po usunięciu miniaturek zdjęć (jakieś 200 czy 300 MB) i skopiowaniu wszystkich danych na dysku katalog zajął… 880 MB.  Czyli jakąś połowę tego, co na karcie. W tym momencie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Czyżby rozmiar bloku? Katalog Yanosika ma dużo małych kilkusetbajtowych plików, więc może o to chodzi. Sprawdziłem jego rozmiar w komputerze. 130 MB, więc bez dramatu. Czyżby autorzy zrobili taki bezsensowny i niedostosowany do Androida cache?

Zacząłem drążyć temat i okazało się, że cfdisk pokazuje jako system plików FAT16. No ale jak to? I jaki jest rozmiar bloku dla FAT 16? I czy w ogóle pojemności rzędu 2 GB są obsługiwane przez taki zabytek? Szybka wyprawa do muzeum i okazało się, że owszem, FAT16 obsługuje pojemności dysku do 2 GB. A rozmiar bloku to wówczas… 32 kB. Zamiast wymieniać kartę, postanowiłem zrobić mały eksperyment: zmienić system plików na FAT32.

Zmieniłem typ partycji w cfdisk (raczej bez znaczenia) i sformatowałem kartę przy pomocy mkfs.vfat -F 32, czyli wymuszając FAT32. Skopiowałem dane z komputera, włączyłem telefon, odbudowałem cache zdjęć. Po tym zabiegu jest 930 GB wolnego, bez kasowania jakichkolwiek danych! Czyli rozmiar bloku ma w przypadku urządzeń z Androidem duże znaczenie.

Zastanawiam się tylko, jak to możliwe. Kto w XXI w. używa FAT16? Nie kojarzę gdzie była formatowana karta. Wiele wskazuje na to, że w samym telefonie. Czyżby Android był tak słabo zaprojektowany, że domyślnie formatuje karty o rozmiarze 2 GB i mniejsze na FAT16? Jeśli tak, to jak widać zupełnie bez sensu. Ciekawe też, jaki system plików jest w na wbudowanej pamięci flash. Bo o ile karty microSD są tanie (8 GB class 4 od 12 zł widzę, za mniej niż 20 zł można nawet 16 GB class 10 w sklepie kupić), więc rozważania o rozmiarze 2 GB są czysto teoretyczne, o tyle w przypadku wbudowanej pamięci nie ma możliwości zmiany jej rozmiaru – trzeba zmienić urządzenie. Gra w tym przypadku (Yanosik i jego cache plus jakieś inne dane typu zdjęcia, ale przypuszczam, że nie on jeden tak robi…) toczy się w praktyce o podwojenie miejsca…

Pewnego rodzaju obejściem problemu może być w tym przypadku opisane kiedyś przeniesienie aplikacji z pamięci wbudowanej na kartę. Oczywiście najlepiej sformatowaną na FAT32, ale to powinno już stać się automatycznie w przypadku pojemności większych niż 2 GB.

Dokładność GPS, albo jej brak

Że GPS dokładny nie jest, to żadna nowość. Pisałem zresztą o tym już nieco przy okazji opisu wrażeń z Ingress. Znaczy w komentarzu. Poza tym, wiadomo, że GPS zawyża dystans. Ale wiadomo, że jest to łatwo dostępny, wygodny sposób pomiaru przebytej odległości, co w połączeniu z czasem pozwala zmierzyć prędkość. Niedawno na zastosowanie w sporcie narzekał torero, ale wiadomo, to niewielkie dystanse, więc i błąd większy.

Z GPS korzystam głównie w aucie, za sprawą Yanosika. Nawet zbytnio nie narzekam. Poza jednym odpałem, kiedy z ok. 240 km zrobił 480 km (i tak mu zostało), prędkość pokazuje na moje oko dobrze. No i dłuższe dystanse, niż przy bieganiu, więc chwilowe odchylenia o kilka czy kilkadziesiąt metrów nie grają aż tak wielkiej roli. A przynajmniej nie powinny.

Tak się jednak składa, że ostatnio dość regularnie jeżdżę po tej samej trasie. Średni pomiar ok. 10 km. Wg Google Maps – bardziej 8-9 km. Biorąc pod uwagę, że to jazda w mieście, jakieś 15-20 minut, więc całkiem sporo. Zastanawiające są natomiast pomiary skrajne. Wartość minimalna to 6 km, a maksymalna, uzyskana dziś to… 15 km. Może przez chmury, może kwestia montażu (mógłby być bardziej przy szybie…), może czasu na złapanie pozycji, może sprzętu albo samego Yanosika… Niemniej, rozrzut plus minus 50% to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

Tak dla pamięci, ale i ku przestrodze, gdyby komuś przyszło brać na poważnie pojedynczy pomiar GPSem.

Rozważania o blokowaniu ekranu

Przy okazji trwającej dramy dotyczącej xscreensavera w Debianie[1] przypomniał mi się pokrewny temat, o którym miałem robić wpis jakiś czas temu. Chodzi o blokadę dostępu do komputera, niezależnie od używanego systemu (Windows, Linux, OS X). Tradycyjnie jest to jakiegoś rodzaju wygaszacz ekranu, który po pierwsze blokuje możliwość odczytu danych z ekranu, po drugie, blokuje możliwość wprowadzania danych do uruchomionych programów. Do odblokowania zwykle konieczne jest podanie przez użytkownika hasła do systemu.

Rozwiązanie znane jest od dawna i wydawać by się mogło, że to wystarczy, ale czy tak jest faktycznie? Coraz więcej danych jest wprowadzanych i odbieranych z komputera nie tylko przy pomocy klawiatury i ekranu, ale także przy pomocy innych urządzeń. Programy do komunikacji VoIP, czy to Skype, czy aplikacja dostępna przez przeglądarkę typu appear.in czy hubl.in, po zablokowaniu ekranu nadal działają. Umożliwiają i odsłuchiwanie połączonych osób, i przekazują dane z otoczenia do nich. Zarówno za pośrednictwem audio, jak i video. Blokada ekranu co prawda wyłączy możliwość podglądu naszego rozmówcy, ale już nie wyłączy naszego webcama…

Jak na razie nie wiem nic o alternatywach dla wygaszaczy ekranu, które w momencie aktywacji blokowałyby nie tylko klawiaturę i ekran, ale dodatkowo wyłączały webcam(y) oraz wyciszały (mute) audio[2]. Pobieżne testy urządzeń z Androidem pokazują, że także na nich problem jest aktualny, przynajmniej w zakresie dźwięku. Warto po prostu pamiętać, że zablokowany komputer czy telefon w naszym otoczeniu wcale nie musi być tak do końca zablokowany…

[1] Skomentowałem u developera na blogu i wystarczy, wpisu nie będzie, sytuacja jest IMHO żenująca, więc szkoda klawiatury – jeśli ktoś ma cierpliwość, to wystarczy śledzić podlinkowane źródła.

[2] Jeśli istnieją systemy z takimi rozwiązaniami, albo samodzielne aplikacje, to chętnie poznam – u nikogo z nowszym Windowsem nie widziałem takiego rozwiązania.

Jak przenieść aplikację na kartę SD w systemie Android? HOWTO

Na jednym starym urządzeniu z Androidem mam śmieszną ilość wbudowanego dysku w urządzeniu – poniżej 512 MB. Do tego wydawało mi się, że aplikacje ze sklepu Google Play mogą być instalowane tylko na wbudowanym flash w urządzenie. Dziś dowiedziałem się, jak zmusić Androida (przynajmniej poniżej wersji 5) do instalacji oprogramowania bezpośrednio na karcie SD. Operacja jest umiarkowanie prosta, więc jeśli ktoś ma problem z brakiem miejsca na telefonie, to polecam. Co zdziwiło mnie najbardziej to fakt, że nie jest konieczne rootowanie telefonu.

Wymagania

Aby odblokować możliwość przenoszenia praktycznie dowolnego oprogramowania na kartę SD, potrzebne będą:

  • kabel USB do połączenia telefonu i komputera,
  • Android w wersji niższej niż 5,
  • włączenie USB debugging na urządzeniu na czas zmiany ustawień,
  • oprogramowanie Android Debug Bridge (ADB) zainstalowane na komputerze (w przypadku Linuksa powinno być w repozytoriach).

Odblokowanie przenoszenia programów na kartę SD

  • upewniamy się, że tryb USB debugging jest włączony lub włączamy go,
  • podłączamy urządzenie do komputera,
  • sprawdzamy, czy jest widoczne (polecenie adb devices),
  • jeśli jest widoczne, wydajemy polecenie adb shell,
  • w powstałej konsoli wydajemy polecenie pm get-install-location – zapewne zobaczymy 0 lub 1, co oznacza odpowiednio wybór automatyczny lub wewnętrzną pamięć flash,
  • zmieniamy wartość na 2: pm set-install-location 2,
  • zamykamy konsolę adb, odpinamy telefon od komputera, wyłączamy USB debugging.

Przenoszenie programów na kartę SD

  • na telefonie wybieramy Ustawienia -> Aplikacje -> Na karcie SD,
  • „ptaszek” przy nazwie programu oznacza, że jest on na karcie SD,
  • wybieramy kolejno aplikacje i w ich ustawieniach wybieramy przenieś na kartę SD.

Po chwili powinniśmy zauważyć przyrost wolnego miejsca na wbudowanym w urządzenie nośniku.

Wady

Poza oczywistą zaletą, czyli możliwością instalacji większej ilości programów, co często oznacza być albo nie być dla urządzenia, są też wady:

  • wbudowana pamięć flash jest zwykle szybsza, niż karta, ale w praktyce nie odczuwam tego, na typowej lowendowej karcie,
  • niektóre aplikacje, zwł. systemowe lub Google nadal nie dają się przenieść,
  • przenoszone aplikacje zajmują nadal trochę miejsca na wewnętrznej pamięci.

Na zakończenie polecam lekturę pełniejszego opisu, z obrazkami (ang.) – widziałem kilka opisów, ale ten wydaje mi się najlepszy i najbardziej przystępny.

UPDATE

Debugowanie USB w Androidzie 4.2 i nowszych

W przypadku Androida w wersji 4.2 i nowszych, nie można tak zwyczajnie włączyć debugowania USB. Należy najpierw odblokować ukryte menu, a żeby to zrobić należy zostać programistą.
Wybieramy Ustawienia -> System -> Informacje o urządzeniu -> O telefonie i naciskamy 7 razy (nie, to nie jest żart). Po tym otrzymujemy informację, że zostaliśmy programistą. Następnie standardowo w Opcje programisty wybieramy Debugowanie USB.

Tickmate

Pisałem kiedyś o programach dla Androida, które IMO trzeba mieć zainstalowane na telefonie. Od tamtej pory nic mnie nie urzekło, ale ostatnio zobaczyłem. Przez przypadek w F-Droid, pewnie jako nowa aplikacja, albo w kategorii „niedawno zaktualizowane”, mignął mi program Tickmate. Zaintrygował mnie opis: one bit journal.

Screenshot z appki Tickmate
Źródło: Tickmate GitHub

Zainstalowałem i… bardzo fajny soft. Prosta idea (zaznacza się, czy coś się wydarzyło danego dnia, czy nie), zgrabne wykonanie – IMO estetyczny, spójny i działa szybko, sensowny projekt – można grupować, można używać od razu, ale jak ktoś potrzebuje, to jest więcej opcji pod spodem, typu rzeczy, które mogą zdarzyć się kilka razy dziennie. Są oczywiście statystyki.

Fajna sprawa do śledzenia nawyków, czy to do wyrabiania nowych, czy do wykorzeniania istniejących. Albo do treningów. Appka jest open source, więc dorobiłem polską wersję językową. Pewnie będą zmiany, bo muszę zobaczyć na żywo i ew. poprawić.

Przy okazji okazało się, że mam problem ze zgrabnym przetłumaczeniem dwóch słów. Pierwsze to track, jako rzeczownik, w sensie zapisu przebiegu jakiejś czynności. Zdecydowałem się na ślad, ale… trochę nie leży mi to tłumaczenie. Myślę o zapis lub dziennik.

Drugie słowo to tick, zarówno jako czasownik, jak i rzeczownik, w kontekście czegoś, czego wykonanie zaznacza się na liście. Póki co jest (chociaż nie wprost, raczej jako czasownik) zaznaczenie, ale w grę wchodzą fajka, haczyk, ptaszek. Tylko to wszystko mocno potoczne… Myślę o haczyk, zwł. odhaczyć.

Appka do pogrania ze sklepu Google Play oraz z wolnego repozytorium Android. Kod źródłowy jest dostępny na GitHub.

Jak już wyjdzie wersja z polskim tłumaczeniem, to uwagi/sugestie mile widziane.

Samochodowe podsumowanie roku 2015

Od siedmiu miesięcy korzystam z Yanosika, rok się kończy, więc pora na małe podsumowanie roku. Zaleta jazdy z Yanosikiem jest podobna do prowadzenia bloga – wiadomo co było, kiedy dokładnie itp, czyli mam twarde dane dotyczące ilości przejechanych kilometrów. W końcu mogę się odnieść do tego, ile naprawdę jeżdżę samochodem.

Oczywiście nie jest tak, że Yanosika włączam zawsze. Krótkie trasy, po mieście i znanych trasach były często jeżdżone bez włączonego Yanosika, ale po pierwsze, raczej nie jeżdżę autem po mieście (Poznań jest bardzo zakorkowany, tramwaje jeżdżą przyzwoicie, więc zwykle wygodniej użyć komunikacji miejskiej), po drugie, nie są to duże odległości, więc wielkiego wpływu na wynik być nie powinno. Z kolei jeśli jadę w mniej znane miejsce lub kawałek dalej (10 km i więcej), to już raczej Yanosika włączam.

Druga sprawa to zużycie baterii przy korzystaniu z Yanosika. Próbowałem jeździć z włączonym ekranem, z przygaszaniem i wyłączonym ekranem i… niestety, pierwszy tryb, mimo podpiętej ładowarki, zdecydowanie oznacza rozładowywanie telefonu. Przygaszanie jest w sumie najlepsze – bateria bardzo wolno, ale się ładuje. Z kolei wygaszanie miało jakieś problemy przez chwilę (IIRC po odinstalowaniu i zainstalowaniu nowej wersji zaczęło działać), a potem okazało się, że często zapominam wyłączyć Screebl Lite, który funkcjonalnie gryzie się z Yanosikiem, bo zapobiega wyłączeniu/przygaszeniu ekranu. W każdym razie: zdarzyło mi się parę razy, że w telefonie skończyła się przez to bateria przy dłuższej trasie. Nie żeby mi specjalnie zależało, ale wynik będzie znowu zaniżony. Łącznie myślę, że trzeba by dorzucić tysiąc kilometrów.

W każdym razie uważałem, że jeżdżę mało, w okolicach 10 tys. km rocznie. Co prawda znajomi z pracy twierdzili, że chyba zawyżam szacunek, (ale akurat praca to miejsce, gdzie bardzo rzadko zjawiam się autem – zły dojazd, złe parkowanie, za to dobry dojazd komunikacją miejską. OK, pora na twarde dane: 3600 km w 7 m-cy. Plus powiedzmy ten tysiąc z nierejestrowanych tras. Razem czyni 4600 km, czyli ok. 650 km/m-c. Czyli bardziej 7800, w zaokrągleniu 8 tys. km/rok. Malutko. Kiedyś tyle to chyba w kwartał robiłem, no ale to było za dawnych, dobrych czasów.

Tyle podsumowania roku, jednocześnie korzystając z okazji życzę wszystkim, by nadchodzący 2016 był lepszy od roku bieżącego.