Dzień bez znaczenia

Dziś w Wielkopolsce z okazji Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu był Dzień bez Samochodu. W związku z tym każdy posiadacz ważnego dowodu rejestracyjnego mógł podróżować bezpłatnie autobusami i tramwajami oraz pociągami Kolei Wielkopolskich i Przewozów Regionalnych na terenie województwa.

Idea piękna, inicjatywa prowadzona od kilku lat, ale… wprowadzona ulga nie ma już znaczenia, tak naprawdę. I nie musi przekładać się w żaden sposób na spadek podróżujących samochodami. System można bowiem zhackować: o ile dotychczas dowód rejestracyjny był niezbędny do jazdy samochodem[1], o tyle od października 2018 nie jest już wymagany. Więc jedna osoba w rodzinie może pojechać jak dotychczas samochodem, a druga wziąć dowód rejestracyjny i jeździć komunikacją miejską za darmo.

Zastanawiam się, na ile to świadome działanie, a na ile bug systemu. Oraz czy nie było tak, że cała akcja była zrobiona z rozpędu. Może w przyszłym roku po prostu w Dniu bez Samochodu komunikacja miejska będzie za darmo? Zwyczajnie i po prostu, bez dodatkowych warunków?

[1] Przynajmniej zgodnie z prawem, bo jego brak groził mandatem.

Lecton, Wędrowycz i kompresja audio

Jakiś czas temu[1], jeśli dobrze pamiętam w okolicach marca, InPost zrobił promocję dotyczącą paczkomatów. Wygrać można było nawet samochód, udział nie wiązał się z przekazaniem dodatkowych danych, więc wziąłem udział. Samochodu oczywiście nie wygrałem, za to wygrałem – jak wszyscy inni znani mi uczestnicy loterii – parę kodów dających dostęp do programu Lecton, czyli aplikacji Audioteka s.a pozwalającej na dostęp do audiobooków.

Nieuchronnie będę porównywać z produktem Legimi, do którego dostęp uzyskałem wcześniej na podobnych zasadach. Są jednak różnice. Przede wszystkim Lecton rozlicza w postaci czasu dostępu do biblioteki, nie na sztuki. Także w promocji. Udało mi się w ten sposób poznać większą część cyklu o Jakubie Wędrowyczu.

Appka działała bez zarzutu. Być może kwestia niższych oczekiwań po kontakcie z Legimi, być może kwestia większej ilości miejsca na urządzeniu. W każdym razie słuchało się przyjemnie, intuicyjnie i bez walki z techologią. Oczywiście dostęp do książek jest tylko za pośrednictwem aplikacji, bez możliwości pobrania na urządzenia zewnętrzne, ale w modelu, gdzie płaci się za czas dostępu, nie za pozycje jest to zrozumiałe.

W ramach abonamentu korzystać można na jednym urządzeniu i jednym dodatkowym w trybie offline. Abonament to 20 zł/m-c (po prostu, bez promocji) Brak ebooków, tylko audiobooki, plus jakieś dodatki w stylu audycji cyklicznych itp. Mnie interesują tylko książki. Nadal – jest taniej, niż w przypadku Legimi, ale brak ebooków i mniejsza liczba urządzeń. Za Lecton ma prostsze warunki umowy – mniej wariantów i sumarycznie bardziej mi się podobał.

W Lecton drażni mnie tak naprawdę jedna rzecz – sposoby płatności. Nie ma klasycznego prepaid, trzeba podać albo kartę płatniczą, albo PayPala, żeby sobie pobierali opłatę abonament. Rozumiem, że subskrybcję można wyłączyć. Rozumiem, że tak jest prościej zaimplementować (i pewnie rozliczać), rozumiem, że tak jest korzystniej dla sklepu, bo klient nie może zapomnieć zapłacić, najwyżej zapomni wyłączyć subskrybcję. Wiem, że to coraz bardziej popularny model. Nadal drażni i finalnie doprowadziło do tego, że nie kupiłem abonamentu, wracając do książek tradycyjnych. Wiem, to nie jest dokładny odpowiednik, bo książki tradycyjnej nie posłucham w tramwaju.

Książki o Jakubie Wędrowyczu – wciągają. Znałem tylko pierwszy tom opowiadań, gdzie dominują krótkie utwory, w pozostałych tomach cyklu pojawiają się dłuższe. Jest niestety monotematycznie i z powtórzeniami, a żart opowiadany wielokrotnie przestaje bawić. Może kwestia dawki. Dodatkowo na przestrzeni cyklu pojawia się wiele niespójności, opowiadania są jakościowo różne. Niektóre naprawdę fajne koncepcyjnie, część to po prostu zgrabnie opowiedziane historyjki. IMO najsłabiej wypadają momenty, gdy zaczyna się politykowanie, często nachalne i znowu z powtórzeniami. Niemniej, warto. Całość jest ciekawa, zabawna, jako gawęda – zgrabna. Dodatkowo audiobooki są ładnie zaaranżowane i dobrze czytane. Chociaż tak w ogóle, po przeczytaniu opowiadań z 2586 kroków oraz Rzeźnika drzew mam wrażenie, że w utworach niewędrowyczowych Pilipiuk wypada lepiej.

Skoro przy audio jesteśmy – część techniczna, poniekąd będąca odpowiedzią na moje narzekania na zajmowane przez audiobooki miejsce. Audiobooki są duże, zapewne kompresowane do formatu MP3 lub zbliżonego. Tymczasem w przypadku mowy (audiobooki, podcasty itp.) nie potrzebujemy pełnego spektrum, więc można skorzystać z innych formatów, pozwalających na znacznie lepszą kompresję. Typowe MP3 to 128 kbps, tymczasem Speex pozwala na zejście do 4 kbps, lepiej wspierany na różnych playerach Opus na 7 kbps. Więcej opisane tutaj, a narzędzia są w repo. Prawdziwi hardcore’owcy mogą zejść nawet poniżej 1 kbps (dostępne sample).

[1] Kolejny wpis, który dość długo przeleżał w szkicach, a ostatecznie został opublikowany w niemal oryginalnej wersji.

Yerba z sokiem pomarańczowym

Lato zmierza ku końcowi, więc ostatnia szansa na spróbowanie genialnego orzeźwiającego napoju, o którym przypominam sobie co roku o wiele za późno, dopiero podczas największych upałów. Chodzi o yerba mate z sokiem pomarańczowym.

Przygotowanie odbywa się bez gotowania – bierzemy porcję yerba mate (2-3 czubate łyżki stołowe), wsypujemy do butelki 1,5-2 litra, zalewamy wodą, zakręcamy i wstawiamy do lodówki na 2-3 doby. Przechowujemy w lodówce. Po tym czasie używamy do zrobienia napoju – nalewamy do szklanek jedną trzecią do połowy uzyskanej esencji i dopełniamy sokiem pomarańczowym. Pić przez bombillę, ew. można próbować nalewać przez gęste sitko.

Napój ma fajny „złamany” smak – nie jest tak słodki jak sam sok, nawet rozcieńczony wodą. W przypadku, gdy i sok, i esencja są przechowywane w lodówce, nie ma potrzeby dodawania lodu. Można próbować postąpić analogicznie z herbatą lub zieloną herbatą zamiast yerba mate – na oko powinno działać, ale nie testowałem.

Taskwarrior

Istnieją różne sposoby doprowadzania do realizacji celów/zadań i narzędzia wspomagające to zadanie. Nie fetyszyzuję realizacji zadań[1], nie przepadam za poradnikami i metodykami, chyba w życiu nie przeczytałem poradnika w formie książki. Bardziej jestem zwolennikiem zapoznania się jak ktoś coś robi i wyciągnięcia własnych wniosków, ew. przyjęcia fragmentów rozwiązań. Czyli luźna inspiracja.

Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy na realizacji czegoś zależy mi trochę bardziej. Rzeczy ważne, ale nie pilne, albo zwyczajnie takie, które wylatują z głowy. Albo takie, które chciałbym zrealizować, jeśli akurat będę miał czas. Niezależnie od typu zadań i motywacji (prywatnie czy zawodowo), zawsze wysoko na liście narzędzi wspomagających była u mnie lista. Zwykła lista na kartce papieru, gdzie zadania są wykreślane/odptaszkowywane[2]. Bez większej filozofii, czy lista ma być numerowana, czy zadania sortowane wg priorytetu, a papier czysty czy w kratkę. Po prostu lista, idealnie jeśli mieści się na pojedynczej kartce – od razu widać co jest do zrobienia.

Taskwarrior lista zadań w wersji z priorytetami i datami; theme dark-16. Źródło: https://taskwarrior.org/docs/themes.html

Okazało się, że istnieje narzędzie open source Taskwarrior, które dobrze wpisuje się w takie podejście w wersji komputerowej. Działa także w konsoli. Opcji tak naprawdę jest znacznie więcej, jeśli ktoś potrzebuje, ale w najprostszej wersji jest to właśnie elektroniczny odpowiednik wykreślanej listy, równie prosty w użyciu. Taskwarrior nie jest związany z żadną konkretną metodyką realizacji projektów i… jeśli ktoś chce, to pozwala na trochę więcej, niż zwykła lista.

Z taskwarriora zacząłem korzystać ponad rok temu, używam go głównie do rzeczy nie posiadających własnej listy TODO[3], które łatwo zrealizować, jeśli się o nich akurat pamięta i ma chwilę czasu, a zapisanie zajmuje znacząco mniej czasu, niż realizacja. Ostatni warunek to mały prztyczek w nos dla różnych metod, które mają narzut porównywalny z zadaniami, których realizację „wspomagają”. Do narzutu zaliczam zapoznanie się z metodą i jej naukę. 😉

Z taskwarriora można korzystać w wersji standalone[4], można jednak mieć wspólne dane za pośrednictwem taskserver AKA taskd. Również jest open source, daje niezależność od zewnętrznych dostawców, więc chroni naszą prywatność – żadna duża firma nie ma wglądu, czym się zajmujemy i nie będzie nas profilować. Możemy uruchomić go na dowolnym serwerze w sieci, albo nawet z domu. Konfiguracja serwera jest nieco długa/skomplikowana, ale także tu pomaga dobra dokumentacja projektu. Istnieje appka dla Androida, ogłoszona w 2016.

Użycie taskwarriora w najprostszej postaci można sprowadzić do kilku oczywistych poleceń:

  • task add – dodanie zadania
  • task done – oznaczenie jako wykonane
  • task list – wyświetlenie listy zadań
  • task delete – usunięcie zadania z listy (bez realizacji)

Więcej ciekawych poleceń, zwł. dotyczących zestawień wykonanych zadań można obejrzeć na stronie projektu w dziale motywów kolorystycznych. Ładny dodatek, ale bez wpływu na podstawową funkcjonalność.

Jeśli ktoś nie zna, a lubi wspomagać się listą zadań, to polecam wypróbowanie tego oprogramowania. Bardzo niska bariera wejścia, open source. Jeśli ktoś potrzebuje więcej możliwości typu kolejność zadań, grupowanie w projekty, tagowanie, uwzględnienie dat czy zestawienia, to również są takie opcje.

[1] Wiadomo, że są zadania, które trzeba zrealizować, na dodatek w określonym terminie np. odnowienie ubezpieczenia samochodu. Część z nich jednak jest dyskusyjna, np. przetestowanie Cloudflare na blogu. Fajnie byłoby to zrobić, ale nie jest to niezbędne. Ogólnie wiele rzeczy nie jest niezbędne, czasem zwyczajnie warto odpuścić i poczytać książkę w tym czasie.
[2] Tak, dla ortodoksów to już pewnie dwa sposoby, tym bardziej, że wersję odptaszkowywaną stosuję w wersji z trzema wariantami: zrobione (v), częściowo/w trakcie (~) i nie wykonane/porzuć (-).
[3] Np. notatki dla bloga mają swoje TODO w postaci szkiców, więc na listę taskwarriora raczej nie trafią, chyba że jakieś wyjątkowo ważne, powiązane z zadaniem lub do zrobienia w określonym terminie.
[4] I właśnie z wersji standalone w konsoli korzystam. Konsolę mam zawsze pod ręką, jeśli jestem przy komputerze.

Obraza uczuć

Plakat Poznań. Źródło: fot. własna.
Plakat Poznań. Źródło: fot. własna

To gdzie ta obraza?

Fotki zrobione w centrum Poznania parę dni temu. Plakat z pierwszego zdjęcia już zniknął. Drugi nadal wisi, w zbliżonym stanie.