BitlBee czyli ostateczny klient CLI do… wszytkiego.

BitlBee to multikomunikator czyli klient… wszystkiego (o czym dalej), działający jak stary, dobry IRC. Filozofia jest specyficzna, bo multikomunikatorem jest demon, z którym komunikujemy się jak z serwerem IRC. Czyli bierzemy dowolnego klienta IRC (np. konsolowe irssi), którym podłączamy się do serwera BitlBee. Potem już w zasadzie analogicznie – mamy kanał (z użytkownikiem @root, który z systemowym root nie ma nic wspólnego), a kontakty dodane przez serwisy są nickami na tymże kanale. Rozmowa jak z każdym innym użytkownikiem IRC – można w osobnym oknie (domyślne i IMO najwygodniejsze), można w oknie wspólnym…

Rozstrzał wersji jest ogromny – w nowowydanym Squeeze jest bitlbee jest w wersji 1.2.8-1, w unstable – 3.0.1-1. Szybka lektura changeloga na stronie projektu i okazuje się, że zaliczyli przeskok numeracji z 1.3 na 3.0, przy czym wersja 1.3 zaliczyła całkowite przepisanie kodu IRC i tyle zmian, że w changelogu nie wymieniają. Dodatkowo, zarówno bitlbee-libpurple, czyli transport do innych sieci, jak i bitlbee-plugin-otr, czyli implementacja OTR, nie występują w wersji dla Squeeze, więc wybór był prosty – 3.0.1.

Oczywiście nie jest idealnie – już na starcie zgłosiłem buga z nieustawianiem haseł domyślnie, ale to łatwo poprawić samodzielnie. Poza tym, ma to średni wpływ, bo domyślnie demon dostępny jest tylko lokalnie, a do dostępu do samych serwisów i tak wymagane jest kolejne uwierzytelnianie.

Kolejny bug, również zgłoszony (w sumie do upstreamu), to korzystanie jedynie z niesolonych MD5 (i jedynie z nich) do przechowywania skrótów haseł. Okazało się, że błędnie, bo MD5 są solone (ale nadal tylko z MD5 można korzystać, co zbyt fajne nie jest, ale wystarczy mocne hasło do głównego konta).

W czasie testu opierałem się na tych dwóch opisach BitlBee. Nie twierdzę, że są najlepsze, ale mi wystarczyły w zupełności. Do wyboru jest sporo innych w sekcji External docs na stronie projektu. Tak naprawdę sam program posiada bardzo dobry, dostępny w każdej chwili tutorial i pomoc.

I to w zasadzie tyle. Korzystanie jest równie dobre i wygodne, na jakie wygląda z opisu. Oczywiście, jeśli komuś pasuje ircowy sposób rozmowy i obsługi. Obsługiwany jest nie tylko Jabber, ale także Twitter (czyli też identi.ca), MSN, OSCAR (AIM/ICQ). Wygląda, że BitlBee potrafi korzystać z libpurple, więc liczba protokołów raczej będzie szybko rosnąć. Teoretycznie obsługiwane są także GG, IRC (trochę nie widzę sensu, ale jest…), bonjur i wiele innych protokołów.

Na deser smaczek: BitlBee jest leciutkie. Lżejsze od centerim (dawniej centericq), z którego korzystałem do tej pory. Testy na laptopie zdane na piątkę (tylko jabber), jak tylko zrobię upgrade routera do Squeeze, to na pewno zmieniam centerim na BiltBee + irssi.

PS. Dla nieangielojęzycznych: mój krótki tutorial konfiguracji BitlBee po polsku.

Affair in Havana, czyli o jednej piosence.

Miałem podesłać S. mailem w nawiązaniu do rozmowy, ale może więcej osób będzie zainteresowanych…

Wersja podstawowa Affair in Havana, to oczywiście Ramones:

Klasyczne trzy akordy, darcie mordy. Ale ładne, na wesoło i ma „to coś” (niesamowity akcent w banana?). Nic dziwnego, że za utwór wzięli się różni ludzie, a chyba najbardziej znany cover to Red Hot Chili Peppers:

Całkowicie inny klimat – zdecydowanie nie na wesoło, zdecydowanie nie punkowe, jednocześnie bliskie oryginałowi. Rzadko się zdarza, żeby cover podbał mi się bardziej, niż oryginał, ale tak jest w tym przypadku. Polecam wsłuchanie się w bas…

Jakby ktoś miał z tym problem, to polecam ten cover z gołym basem. Nie jest idealny, ale mniej więcej widać/słychać, co się tam wyprawia. Bardzo ładnie rozwinięte, ciekawe czy ktoś próbował zagrać wersję punkową z podobnym basem (nie żeby oryginalna nie starczała ;-))?

Jeśli przy coverach i własnych dokonaniach jesteśmy, to zagadka (przynajmniej dla mnie), w imię czego ludzie wrzucają sieci coś takiego?

Rwane, kupa pomyłek (z przewagą kupy) no i… nierówno. Aż boli.

Dla odmiany IMO niezły cover to:

Gitara, wokal, bas przez jedną osobę. Szacun, chociaż nie jest idealnie.

Na koniec, jakby ktoś chciał się pobawić, to tabulatura basowa tego kawałka na podstronce z tabulatorami basowymi (tak, lubię czasem sobie popykać, choć totalnie z wprawy wyszedłem). Bardzo średnia (muszę moją w końcu zrobić), ale mniej więcej wiadomo OCB i jest punkt zaczepienia.

UPDATE: dzezz podesłał bardzo dobry link, pokazujący, że ostatniemu linkowi jednak ciut do wersji live w wykonaniu oryginalnym brakuje. 😉

Prawo ironii losu.

Od jakiegoś czasu zauważyłem sporą ilość wejść z wyszukiwarek na tego bloga z fraz prawo ironii losu, prawa ironii losu itp. W różnych możliwych odmianach, z różnymi błędami (bo odmienić słowo ironia to nie taka prosta sprawa, c’nie?) itd. Oczywiście wszystko celowało we wpis o ironii losu wg Metro, w którym słowa prawo i ironia się pojawiają, ale tylko tyle ma to wspólnego z tematem. Zrobiłem klasycznego WTF?! i starałem się wyjaśnić, o co chodzi. Po pierwsze, czemu ludzie to wpisują, po drugie, o co naprawdę chodzi, bo o prawach ironii losu to ja pierwszy raz w życiu słyszę.

Niestety, wyszukiwarka (G ;-)) uparcie nie zwracała nic, co by wyjaśniało sprawę, przynajmniej pierwszych wynikach. Do dziś. Okazuje się, że PZU ma nową kampanię,

którą ktoś z agencji reklamowej „kreatywnie” oparł o prawa ironii losu. Ciekawe, czy ten nowy, błędny zwrot się przyjmie (stawiam, że tak, bo ludzie jakby podchwycili), bo do tej pory nazywało się to po prostu prawa Murphy’ego

Fajny przykład na nie do końca poprawne działanie algorytmów w wyszukiwarkach i na to, że nie warto ograniczać się do jednej wyszukiwarki. Ja, mając dość Google, ale i świadomość, że bez Google ciężko, po raz kolejny robię podejście do czego innego. Tym razem jest to Dogpile, który łączy wyniki różnych wyszukiwarek (w tym Google – taka ironia losu – „rezygnując’ z Google, nadal z niego korzystam).

UPDATE: Dodany cudzysłów przy słowie kreatywnie, bo nic nowego (poza nazwą). Wszystko ulega rozkładowi w najmniej odpowiednim momencie. Podobne, do „nowego” jeżeli coś ma się stać, to stanie się w najmniej odpowiednim momencie, prawda? Jest tu i tu. I w sumie oryginał lepszy, bo i bardziej by pasował, i zgrabniejszy, i bardziej ogólny. Podobnie jak i prawa Murphy’ego.

UPDATE2: Wspomniane w komentarzu dwa kolejne. Prawo ironii losu nr 72:

Oraz prawo ironii losu numer 64:

 

T(A)ILS czyli jak zachować anonimowość w Internecie.

Dawno temu pisałem o pomyśle na dystrybucję anonimizującą. Miało to działać na zasadzie liveCD uruchamianego – głównie dla wygody – z maszyny wirtualnej, wyposażonego w domyślne ustawienia utrudniające identyfikację użytkownika i domyślnie wysyłającego wszystkie dane WWW za pośrednictwem sieci TOR. Już samo użycie liveCD w znacznym stopniu utrudnia identyfikację – po uruchomieniu gubione są wszelkie informacje zawarte w ciasteczkach, LSO, historii odwiedzanych stron, cache, jak również cechy charakterystyczne systemu/przeglądarki są wspólne dla wszystkich instancji systemów bootowanych z jednego obrazu.

Projekt Anonymix nie wyszedł poza fazę planów (żaden build nie był w pełni działający i nie został opublikowany), ale znalazłem coś, co nie tylko jest praktycznie dokładnym odpowiednikiem tego, co chciałem realizować, ale bardzo ładnie rozwija tę ideę. Mowa o T(A)ILS, czyli The (Amnestic) Incognito Live System.

T(A)ILS to dystrybucja rozpowszechniania w postaci liveCD i liveUSB skonfigurowana tak, by cała komunikacja odbywała się przez sieć TOR i aby nie zostawiać żadnych śladów użycia danego systemu i przeprowadzanych operacji na dyskach (dopóki wyraźnie o to nie poprosimy). Oczywiście w przypadku uruchomienia z poziomu maszyny wirtualnej tak dobrze nie będzie – przykładowo dane mogą zostać – i zapewne zostaną – przekazane do hosta gospodarza i mogą zostać zapisane na dysku np. w pliku swap, ale dokładnie taką samą wadą obarczony był Anonymix. Warto podkreślić, że tak naprawdę nie wpływa to na anonimowość – jeśli chodzi o identyfikację zdalną jest to bez znaczenia. Klasyczne bezpieczeństwo vs. wygoda – bootowanie fizycznej maszyny z liveCD jest mniej wygodne, ale bezpieczniejsze.

Warto zauważyć, że T(A)IlS nie tylko pomaga zachować anonimowość, ale pomaga zabezpieczyć przed przechwyceniem danych na różne sposoby – od zabezpieczenia przed keyloggerami za sprawą wirtualnej klawiatury, przez zapewnia komunikację Jabberem z użyciem OTR i szerokie wsparcie dla GPG. Do tego T(A)ILS wyposażony jest narzędzia do obróbki dźwięku, skanerów obróbki obrazów, wspólnej edycji tekstów i wykonywania tłumaczeń… Wygląda na niezłe zaplecze dla Wikileaks czy Anonimowych.

Projekt wygląda na aktywnie rozwijany, więc nie pozostało mi nic innego, jak definitywne pogrzebanie Anonymiksa, przekazanie pomysłów (o ile już nie są wdrożone; patrząc na listę błędów – większość jest) i ew. pomoc przy rozwoju T(A)IlS. Na tę chwilę dostępna jest wersja 0.6.2 oparta na Debianie Lenny, więc z testem poczekam raczej na coś opartego o Squeeze, bo sporo się pozmieniało.

Włosizm.

Obok różnych izmów czyli rasizmu, seksizmu czy nacjonalizmu występuje jeszcze jeden izm, o którym pewnie mało kto myśli, a który jest bardzo powszechny. Nazywam go roboczo włosizm. O co chodzi? Oczywiście o dyskryminację z powodu włosów.

Jakie mogą być powody? Włosy nieodpowiedniej długości, brak włosów, fryzura (sposób ułożenia), kolor… Poniekąd z wyboru (irokez, dready, długie, krótkie), poniekąd wrodzone (brak, kolor).

Nie istnieje? Nie jest powszechny? Ten rudy… Ten łysy… itd. Częste? Raczej. I oczywiście przypisywanie cech na podstawie włosów. Rudy? Wredny! Łysy/bardzo krótkie? Bezmózg! Irokez/dready? Brudas! Uprzedzenia i uogólnienia. Zero tolerancji dla odmienności lub cudzego wyboru.

Bardzo głupie i bardzo powszechne, moim zdaniem. Zastanawia mnie tylko, czemu do włosów przywiązywana jest większa uwaga, niż np. do ubrania. Przekonanie – nie do końca słuszne, że ubranie łatwiej zmienić? Fryzurę czy kolor zmienić można obecnie bardzo łatwo… Utożsamianie włosów z cechą wrodzoną? Miałoby uzasadnienie w przypadku koloru (teraz już niekoniecznie) czy braku włosów, ale nie w przypadku fryzury.

Powtarzalność, czyli spacery do pracy.

Dziś w pracy jakoś zgadaliśmy się w temacie, że część załogi ostatnio wcześniej wstaje i na dodatek ma energię i ochotę na aktywność fizyczną o tej nieludzkiej porze (siłownia, spacer). Strzeliłem, że ta pora roku tak ma – nadchodzącą wiosnę się wyczuwa i w ogóle.

Ponieważ w moim przypadku chodzi o spacer do pracy, połączony ze słuchaniem mp3 – wcześniej muzyka, teraz odkryłem, że w końcu mam czas posłuchać wykładów TED; jak na razie rozwiązanie sprawdza się bardzo dobrze – podobnie w pewnym momencie chodziłem na piechotę, spacerkiem, do starej firmy, postanowiłem sprawdzić, czy jest korelacja. Tym bardziej, że wydawało mi się, że robiłem wtedy wpis o tym.

Okazuje się, że faktycznie robiłem wpis o chodzeniu na piechotę do pracy zatytułowany znamiennie, bo spacery. Bingo, dokładność praktycznie koło tygodnia (pierwsza myśl przeszła mi z 2 tyg. temu). Podobieństw jest więcej – dystans (poprzednio 2,25 km, teraz jakieś 2,4 km) i co za tym idzie – czas (well, obecnie poniżej 30 min, wg Google Maps jakieś 35 min, w praktyce 25 min). Podobna różnica między dotarciem do pracy przy pomocy MPK (trochę nieaktualne już, bo rozkład się zmienił), a przyjściem na piechotę, co poprzednio. Jedyne, czego nie ma tym razem, to możliwości wyboru innej trasy. Każda inna jest dużo dłuższa. Ale w praktyce i tak nigdy nie korzystałem z możliwości wyboru innej trasy…