Gra Ingress – wrażenia

W Ingress grałem od początku października 2014 do początku stycznia 2015, czyli bity kwartał. Intensywność różna, choć najwyżej umiarkowana. Żadnych wielkich zrywów, maratonów itp. Ostatecznie osiągnąłem poziom 7 (i pół) z 16 aktualnie dostępnych w grze. Kiedyś było 8 poziomów. Wydaje mi się, że tyle wystarczy, by wyrobić sobie zdanie o produkcie.

Logo Ingress

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Ingress_Logo_vector.svg

Czym jest Ingress?

Ingress – gra z gatunku MMO w systemie rzeczywistości rozszerzonej – tako rzecze Wikipedia w artykule nt. Ingress. I zasadniczo ma rację, bo nic dodać, nic ująć, ale własnymi słowami: gracze dzielą się na dwie drużyny (frakcje; Resistance i Enlightened) i działają za pośrednictwem urządzeń wyposażonych w GPS i dostęp do internetu (czytaj: smartfon) w wirtualnym świecie nałożonym na rzeczywisty. Działania graczy sprowadzają się do interakcji przy użyciu wirtualnego sprzętu z wirtualnymi portalami, umieszczonymi na interesujących bądź przynajmniej charakterystycznych elementach rzeczywistych (tablica, pomnik, most, grafitti, rzeźba itp.).

Gra jest tak skonstruowana, że nie ma konkretnego celu ani zakończenia. Ogólnie chodzi o to, żeby nasza frakcja zdobywała (w danym okresie/etapie) więcej punktów, niż frakcja przeciwna. Gracz poruszając się w świecie (rzeczywistym) zdobywa punkty akcji, które może wykorzystać do rozbudowy portali, linków (połączenia portali) lub pól (obszary ograniczone linkami) swojej frakcji lub niszczenia portali (linków, pól) frakcji przeciwnej. Jak widać, by móc działać wystarczy połazić po mieście, a przy odpowiednim balansie gra może trwać w nieskończoność. Sprytne.

Dodatkowo dochodzi element gamifikacji – poziomy, odznaki, osiągnięcia, statystyki, w tym także dotyczących działań w świecie realnym (np. ilość przebytych km w danym okresie czasu). Trzeba przyznać, że całość gry jest dobrze przemyślana i wciąga.

Jak grać w Ingress?

Kilka szybkich i ważnych porad dla początkujących, których nie znałem, gdy zaczynałem grać:

  • odległość od portalu w momencie stawiania rezonatora ma znaczenie – im dalej, tym lepiej, bo trudniej zniszczyć taki portal,
  • długość tworzonych linków nie ma znaczenia dla punktacji,
  • wielkość tworzonych nie ma znaczenia dla punktacji.

Więcej porad znajdziesz na stronie Ingress Resistance Poznań.

Jak można to wykorzystać?

Poza najbardziej oczywistą rzeczą, czyli poligonem dla autorów aplikacji opartych na GPS (poprawa algorytmów, zarówno lokalizacji, jak i działania programu typu oszczędzanie baterii, poprawa map), czy badaniem poruszania się/zagęszczenia ludzi w danym rejonie, widzę dla Ingress parę innych zastosowań.

Przede wszystkim, skłonienie użytkownika do podawania dokładnej lokalizacji otwiera drogę do serwowania reklam. Dokładnych reklam, dotyczących sklepów/usług w zasięgu wzroku. Jeśli połączyć to z wiedzą, czego szukał użytkownik ostatnio w sieci (apteka, szewc, zegarmistrz, karta SD, fryzjer), to robi się interesująco. A teraz dodajmy do tego wiedzę, ile czasu i w jaki sposób poruszał się użytkownik oraz np. stan baterii i można zaproponować np. jedzenie albo picie w miejscu oferującym możliwość doładowania telefonu (OTOH dziwię się, że tak się fast foody itp. nie reklamują…). Przypuszczam, że tego typu reklamy miałyby szanse być bardzo skuteczne.

Kolejna możliwość, to dobrze znane z różnych gier promocje czy kupne bonusy i power-upy. Ale nie w formie płacenia prawdziwymi pieniędzmi za czysto wirtualne przedmioty, tylko skrzyżowania z reklamą. Co prawda chyba jeszcze nie jesteśmy systemowo przygotowani na coś takiego, ale wyobrażam to sobie w sposób podobny do powyższego – kupujesz pizzę w określonym lokalu, wklepujesz kod z paragonu (ew. korzystasz z wbudowanych płatności…) i dostajesz przedmioty w grze.

Czemu przestałem grać w Ingress?

Nie ukrywajmy, choć niby można grać „przy okazji”, to zabawa w Ingress zajmuje trochę czasu. Nawet, jeśli gra się wyłącznie przy okazji, w drodze, to jednak tu i tam się przystanie, tu zwolni, parę minut z życiorysu znika. Kolejna sprawa to czas pracy urządzenia na baterii. Gra po prostu wysysa energię z akumulatorów i oznaczała u mnie dodatkowe ładowanie w ciągu dnia. Transfer też znika dość szybko – mi na umiarkowane granie przy okazji schodziło ok. 1 GB danych miesięcznie.

Gwoździem do trumny było jednak coś, co pojawiło się przy którejś aktualizacji: wymuszona zgoda na otrzymywanie powiadomień (zamieszczona poniżej). Czyżby przymiarka do opisanego wyżej sposobu wykorzystania? Nie wiem. Stwierdziłem, że enough is enough, przemyślałem za i przeciw i po prostu odinstalowałem grę.

Ingress licencja

Źródło: screenshot z aplikacji Ingress.

PS Wpis przeleżał blisko pół roku w szkicach, nie wszystkie informacje muszą być więc aktualne. Zdaję sobie sprawę, że grałem dość nietypowo, bo zupełnie bez aspektu socjalnego. Podobno ludzie spotykają się IRL w celu grania. Trochę zazdroszczę ilości wolnego czasu, ale fakt, Ingress może być fajnym pretekstem do wycieczek, spacerów, pozwala zwrócić uwagę na pewne aspekty rzeczywistości, które normalnie umykają itp. Z drugiej strony, jest to trochę chodzenie z nosem wlepionym w wyświetlacz, zamiast rozglądać się wokół.

Awizowy chaos @PocztaPolska

Tło

W mojej okolicy są dwa urzędy pocztowe. Jeden trochę bliżej miejsca zamieszkania (nazwijmy go A), drugi trochę dalej (nazwijmy go B). Przynależę do tego trochę dalej (B). Ostatnio kupuję drobnych gadżetów w Chinach, więc przesyłki dość często się pojawiają. Część nie wchodzi do skrzynki, wtedy dostaję awizo, że nierejestrowana, rozmiar wyklucza pozostawienie w skrzynce. Albo jakoś tak.

Dzień pierwszy – poranek

Awizo w skrzynce. Wyjąłem i następnego dnia rano wyruszam na pocztę (urząd B). Wręczam awizo, pokazuję dowód. Pani szuka. Przesyłki jakby nie ma. Pani zagląda do szafki. Im bardziej zagląda do szafki, tym przesyłki bardziej nie ma. Wraca, patrzy jeszcze raz na awizo i tryumfalnie obwieszcza, że to do odbioru w urzędzie A. Mówię, że zawsze tu byłem obsługiwany. Słyszę, że od czerwca się pozmieniało. No OK, myślę, bywa. Nawet lepiej, bo będzie bliżej domu poczta. Ale… czy mogłaby pani sprawdzić, co jest napisane na awizo? A tam jak byk, że przesyłka do odbioru w urzędzie B. Słyszę coś o niezmienionej pieczątce i filiach. Średnio zwracam uwagę, bo w sumie nieważne. Nic to, jest ranek, w kolejce nie stałem, w sumie tu i tu po drodze mam, nie róbmy afery. Zresztą nawet do mnie nie dotarło w pełni co się właśnie wydarzyło i cieszyłem się na odbiór gadżetów.

Dzień pierwszy – popołudnie

Wchodzę na pocztę A. Daję awizo i mówię, że słyszałem, że się pozmieniało. Pani z okienka nic nie wie o zmianach. Ale przesyłka faktycznie tu do odbioru, bo kierowca/listonosz się pomylił i odstawił nie do tego urzędu. Cóż, trzeba było tak od razu. Jest po staremu, czyli dobrze, a ludzki błąd – zdarza się. Lepsze to, niż dostać awizo na urząd B i musieć iść do urzędu A, prawda? Upewniam się jeszcze raz, że to wyjątek i wszystko jest po staremu.

Wracam do domu. W skrzynce widzę kolejne awizo. Nowe gadżety czekają!

Dzień drugi – poranek

Biorę awizo i pędzę na swoją pocztę, czyli B. Daję awizo. Pani patrzy i mówi, że to nie do nich przecież i jest napisane, że poczta A. Patrzę i faktycznie! O ja głupia [cenzura]! Nie przeczytałem, a tam faktycznie jak byk: do odbioru w urzędzie pocztowym A. Ale pani w B mówi, że sprawdzi, na wszelki wypadek. No i jest przesyłka!

Zakończenie

Pogubiłem się. Zaczynam się bać otwierać skrzynkę. Może być awizo. A jeśli będzie, to czy sugerować się tym, co jest napisane, czy wręcz przeciwnie? Myślałem o przejściu na te nowe powiadomienia SMSem, ale nie wiem, czy wypada. Może po prostu na poczcie chcą mnie widywać częściej? W obu urzędach?

PS Na razie traktuję całą sytuację jako zabawną aberrację. Ale wolałbym, żeby się unormowało. 😉

UPDATE Wygląda, że już wszystko po staremu, czyli działa. W sobotę wyjąłem awizo, poszedłem na wskazaną pocztę, odebrałem przesyłkę. Uff… 😉

HTTP czy HTTPS?

Wszystko zaczęło się od tego, że Wampiryczny blog zmienił sposób dostępu, wymuszając HTTPS. Skomentowałem pół żartem, pół serio. Dostałem odpowiedź w komentarzu, przeczytałem i trochę mi się włos zjeżył na głowie. Bo zdecydowanie o zużyciu energii ktoś nie pomyślał. Jak jestem zwolennikiem udostępniania treści po HTTPS i bardzo sobie ostrzę zęby na projekt letsencrypt.org, tak uważam, że wybór powinien być po stronie odbiorcy, a jedynie miejsca, gdzie są przesyłane wrażliwe dane (np. hasła) powinny mieć wymuszony HTTPS.

Postanowiłem zrobić mały test, czyli pobrać stronę po HTTP i zobaczyć, ile zostało pobranych bajtów (i w jakim czasie), a następnie to samo dla HTTPS. Jako system został użyty base system Debiana, uruchomiony w wirtualce (KVM), uruchomionej na laptopie. Jako stronę serwującą dokładnie to samo po HTTP i HTTPS dobrzy ludzie podrzucili stronę OVH. Google.com na ten przykład serwowało wgetowi nieidentyczną zawartość.

HTTP

$ ifconfig eth0 | grep "RX bytes" ; time for NUM in {1..20}; do wget --no-check-certificate -qO - http://ovh.pl/ >> out_http.txt; done ; ifconfig eth0 | grep "RX bytes"RX bytes:11251203 (10.7 MiB)  TX bytes:495042 (483.4 KiB)real    0m9.471suser    0m0.000ssys     0m0.772sRX bytes:14173253 (13.5 MiB)  TX bytes:583042 (569.3 KiB)

Jak widać wysłano 88000 bajtów, odebrano 2922050.

HTTPS

$ ifconfig eth0 | grep "RX bytes" ; time for NUM in {1..20}; do wget --no-check-certificate -qO - https://ovh.pl/ >> out_https.txt; done ; ifconfig eth0 | grep "RX bytes"RX bytes:14173313 (13.5 MiB)  TX bytes:583102 (569.4 KiB)real    0m13.938suser    0m0.000ssys     0m0.904sRX bytes:17387531 (16.5 MiB)  TX bytes:739702 (722.3 KiB)

Z kolei tutaj wysłano 156600 bajtów, a odebrano 3214218.

Podsumowując: HTTPS w tym teście był wolniejszy o 46%, przy korzystaniu z niego wysłane zostało o 78% więcej danych, a odebrano o blisko 10% więcej danych. Efekt, czyli pobrana zawartość jest dokładnie taka sama. Oczywiście ww. narzut procentowy będzie się różnił w zależności od rozmiaru pliku wynikowego, ale jak widać narzuty są spore.

Do prędkości bym się zbytnio nie przywiązywał, bo o ile za brak ruchu na wirtualce ręczę, to na lapku różne rzeczy się dzieją, choć generalnie idluje, a sam lapek zapięty po wifi. Niemniej, pomiarów było kilka, także dla mojej strony ze stanem rowerów na stacjach Nextbike. Wyniki podobne – wolniej i więcej przesłanych danych po HTTPS.

Dlatego przerażają mnie zmiany planowane zmiany w Chromium powodujące, że strony po odwiedzane po HTTP będą oznaczone jako niezaufane. Podobnie robi Mozilla. Rozumiem, że jeśli wysyłamy dane, zwł. z kamery czy mikrofonu, ba, jeśli cokolwiek wprowadzamy na stronie czy wysyłamy pliki. Ale sam odbiór? Trochę przesada. Tym bardziej, że istnieją narzędzia, do wymuszania HTTPS, jeśli ktoś ma taką potrzebę – choćby HTTPS Everywhere.

Zupełnie nie rozumiem podejścia Google do wykorzystania HTTPS jako sygnału rankingowego. Zdobycie certyfikatu nie jest problemem, a jak ruszy Let’s Encrypt, to już w ogóle. Znaczy rozumiem ideę, ale do sprawdzenia autentyczności, wystarczyłoby np. pobierać po HTTPS sitemap.xml. Czy tam robots.txt. Czy stronę główną.

Trochę zastanawiam się, po co ta nagonka. I mam wrażenie, że nie tyle o bezpieczeństwo chodzi (dobry pretekst, fakt), a o pieniądze. O ile certyfikaty tanieją i będą za darmo (ale czy wszystkie?), o tyle pewnie jest to pretekst do kolejnego wzrostu narzutu na ruch, nowych usług (terminowanie SSL na proxy czy CDN), wymiany pudełek itp. Nawiasem, jest nawet strona zachwalająca, jaki to TSL jest szybki, na współczesnych procesorach i nowym oprogramowaniu. Tyle, że nie. Ale nie omieszkam sprawdzić (na najnowszym Debianie), jak tylko Let’s Encrypt ruszy…

Zachęcam do polemiki. Polecenia podałem wyżej, można samemu sprawdzić, podać kontrprzykłady, pochwalić się konfiguracją z minimalnym narzutem na wersję szyfrowaną.

UPDATE: Poprawione polecenia (było dwa razy HTTP, zamiast raz HTTP i raz HTTPS). Bug przy przeklejaniu, wyniki są i były prawidłowe. W sumie jestem rozczarowany, że tak długo nikt tego nie zauważył.

Handel po polsku – jednak się da? @XKOM_PL

Generalnie nie mam w zwyczaju opisywać każdego sklepu (chyba, że ostro skopią…), w którym kupuję, ale dla x-kom.pl zrobię wyjątek, bo mnie urzekli aktywnością na Twitterze. Chyba pierwsza polska firma, która robi sensowny i nienachalny marketing w social media (tu: Twitter), więc w nagrodę trochę konstruktywnej – mam nadzieję – krytyki (czepialstwa).

tl;dr – warto obserwować na Twitterze, dobre promocje, działają nieźle i szybko, choć pewne rzeczy, raczej kosmetyczne, można poprawić.

Zaczęło się od tego, że któryś ze znajomych podzielił się statusem o którejś promocji. I okazała się ona być sensowna. Znaczy faktycznie upust do dobrej ceny, a nie „mamy 30% drożej niż konkurencja, to obniżmy cenę o 25% i zróbmy szum”. Rzuciłem okiem, stwierdziłem, że warto dodać do obserwowanych, bo może kiedyś coś mi się przyda, a recenzje klientów dość entuzjastyczne. Poza tym, jest interakcja z użytkownikami i raczej niewiele „pustych” statusów typu „co u was słychać?”. Chociaż – po sprawdzeniu – takie też się pojawiają, ale normalnie nie rzuca się w oczy, więc strawna ilość.

Wczoraj nadszedł ten dzień, że pojawiły się w promocji karty microSD Sandisk 16GB class 10. Za 19,99 zł, czyli cena, w której normalnie można kupić class 4. Sprawdziłem dziś na popularnym portalu Aukcyjnym i najtańsze takie karty były po 24 zł. Pomyślałem, że do Banana Pi jak znalazł i kupiłem. No to obiecane wrażenia z zakupu.

Kupno w sklepie internetowym wymaga rejestracji. Nie przepadam, ale taki jest de facto standard, więc nie narzekam. Na plus – zgoda na wysyłkę info o promocjach nie jest obowiązkowa. Na minus – konieczne jest podanie numeru telefonu, który – uprzedzę fakty – do niczego nie jest tak naprawdę potrzebny.

Po finalizacji zamówienia pojawia się informacja, że mail został wysłany. I żeby sprawdzać folder Spam. Zwłaszcza to drugie dziwi, bo istnieją sposoby, żeby takie rzeczy nie miały miejsca. Dla leniwych: są serwisy, przy użyciu których rozwiązuje się ten problem rzutem pieniądza, także polskie. Kolejna rzecz na minus – na maila czeka się długo. Na tyle długo, że zacząłem się dopytywać na Twitterze, ile. I nie, nie chodzi o greylisting. Ani nie wymagam od poczty dotarcia w kilkanaście sekund (choć prawda jest taka, że z większości serwisów maile mam na skrzynce w małe kilkadziesiąt sekund).

Łącznie dostałem cztery maile, wszystkie z jednego adresu (OK!):

  1. Potwierdzenie rejestracji
  2. Twoje zamówienie zostało przyjęte
  3. Twoje zamówienie oczekuje na realizację
  4. Twoje zamówienie zostało przekazane do realizacji

Pierwszego nie trzeba komentować – po prostu potwierdzenie rejestracji. Drugi, wysłany 8 minut(!) później, potwierdza przyjęcie do zamówienia i mówi, że „W kolejnej wiadomości otrzymasz szczegółowe informacje na temat sposobu jego realizacji”. Ciekawostką jest trzeci „Twoje zamówienie nr xxx zostanie skompletowane najszybciej jak to możliwe. Poinformujemy Cię o tym w kolejnej wiadomości. Jeśli terminy dostawy produktów Ci nie odpowiadają, możesz anulować zamówienie klikając na ten link”. Kupiłem dwie sztuki z odbiorem w salonie, dostępna była jedna. Fajnie, że mogę zrezygnować z zamówienia, ale szkoda, że nie ma informacji, ile będę tak naprawdę czekał (brak nawet przybliżonego czasu). Ostatni mail zawiera informację o tym, że zamówienie można odebrać. I został wysłany 25h od złożenia zamówienia, czyli bardzo dobry wynik.

Co mi się nie podoba? Tematy maili. Pierwsze dwa są OK, ale trzeci i czwarty są IMO mylące. Jak dla mnie to zamówienie „oczekuje na realizację”  czy też „jest realizowane” od momentu przyjęcia zamówienia. Nazwałbym to po prostu „opóźnienie w realizacji zamówienia”, bo taka jest wymowa. I dodał orientacyjny termin. Ostatnie – zupełnie nie wiem, czemu nie „zamówienie gotowe do odbioru” ew., jeśli to wspólne dla wysyłek pocztą „zamówienie zrealizowane”.

I tu dochodzi ostatni element, czyli SMS. Po pierwsze, został on wysłany po ostatnim mailu. Minutę, ale jednak. Po drugie, nie zawierał numeru zamówienia. Po trzecie: nic nie wniósł całego procesu. Numer telefonu mógłby być niewymagany, tak naprawdę.

Wyszło, że narzekam. Ale nie narzekam, wręcz przeciwnie. Jest szybko (25h od zamówienia do odbioru w moim mieście) i sprawnie, ceny dobre. Miła odmiana po tym, co opisywałem ostatnio, choć przyznaję, że Chińczycy stawiają poprzeczkę wysoko, jeśli chodzi o ceny, czas realizacji i obsługę klienta (w tym bezpieczeństwo transakcji). Podsumowanie: dobre ceny (przynajmniej na promocjach), szybka realizacja. Będę kibicować i korzystać.

Barszcz Sosnowskiego, barszcz Mantegazziego

Jak co roku, jest trochę paniki związanej z barszczem Sosnowskiego, wczoraj trochę poczytałem (głównie Wikipedię), podyskutowałem, podsumowanie przemyśleń poniżej.

 

Kiedy barszcz jest groźny?

Nie jest tak, że barszcz Sosnowskiego jest bardzo groźny i wyjątkowy czy rzadko występujący w Polsce. Żeby był naprawdę groźny, muszą wystąpić trzy czynniki:

  1. wysoka temperatura – rośnie wrażliwość ludzi
  2. wysoka wilgotność – rośnie wrażliwość ludzi; wystarczy się spocić
  3. nasłonecznienie – dokładnie promieniowanie UV, warunek konieczny do wystąpienia głębokich oparzeń, tak naprawdę jeśli nie ma słońca, to można nie zauważyć kontaktu.

Niestety, idealnie pasuje do obecnej aury, stąd pewnie ostatnie doniesienia o oparzeniach. Plus media wyolbrzymiają temat, a przecież rośliny te obecne są w kraju od wielu lat.

 

Czy to barszcz Sosnowskiego?

W Polsce rosną dwa podobne, niebezpieczne gatunki roślin – barszcz Sosnowskiego i barszcz Mantegazziego. Nie jest łatwo je rozpoznać, główną cechą są inne liście. Z opisów wynika, że w sumie nie ma specjalnie co rozróżniać, oba mają podobne działanie (oparzenia), oba są podobnie traktowane i zwalczane. Barszcz Mantegazziego jest po prostu mniej medialny (albo zwyczajnie mylony). Gdyby ktoś chciał określić, która to roślina, najprościej patrzeć na liście – barszcz Sosnowskiego ma zaokrąglone, natomiast barszcz Mantegazziego ma ostre końcówki.

Barszcz Sosnowskiego

Powyżej barszcz Sosnowskiego, zaokrąglone końcówki liści; źródło Wikipedia

Barszcz Mantegazziego

Powyżej barszcz Mantegazziego, ostre końcówki liści; źródło Wikipedia

 

Czy zwalczać?

Wikipedia podaje, że roślina jest zwalczana w Polsce, ale szybkie wyszukania pokazują, że… niekoniecznie, albo, raczej, że z mizernym zaangażowaniem. Tak czy inaczej, raczej byłbym zwolennikiem zwalczania i zgłaszania, szczególnie, jeśli chodzi o miejsca łatwo dostępne dla ludzi, zwłaszcza dla dzieci. Trochę śmieszna/żenująca jest odpowiedź urzędu, który od razu chciałby przymuszać. Pewnie wystarczyłoby uprzejmie poinformować właściciela działki, co to u niego rośnie i jak się tego pozbyć, nie trzeba od razu sięgać po środki prawne. Usunięte, bo doczytałem pierwsze akapity.

Jeśli chcemy w Polsce tępić trochę bardziej ambitnie barszcz, to brakuje mi listy adresów email, pod które można wysyłać zgłoszenia dotyczące barszczu (bo to nie pożar, nie dzwoniłbym na 112 ;-)). Widzę też potencjał na aplikację dla smartfonów – określenie pozycji z dokładnością do kliku metrów, możliwość załączenia zdjęcia i wysłanie maila pod stosowny (dla danego rejonu kraju) adres. Urząd nawet mógłby odpowiedzieć po interwencji zgłaszającemu… Gdyby ktoś znał listę, to poproszę o linka. W sumie nawet można na Wikipedię wrzucić.

Skąd w ogóle temat? Ano uprzedziłem rodzinę, żeby uważali. Efektem jest znalezienie barszczu w odległości kilkudziesięciu metrów od jednego z kąpielisk w Wielkopolsce…

 

PUM działa

Doprowadziłem PUMa do takiej postaci, że daje się używać i generuje w miarę strawny i używalny HTML. Przykładowy wynik działania. Oczywiście wszystko jest na GitHubie, który mnie drażni ostatnio, bo pisze (w związku z zupełnie innym projektem, notka leży w szkicach, których coraz więcej, upał taki, że nawet pisać się nie chce), że Can’t automatically merge. Don’t worry, you can still create the pull request. No niby mogę, ale autor upstreamu umiarkowanie nalega na wyprostowanie (się nie dziwię), a ja szczerze mówiąc nie widzę, co mu przeszkadza w automatycznym merge. Pewnie jakbym wiedział, to łatwiej byłoby mi pomóc gitowi ogarnąć się… W każdym razie będę doszkalał się z gita.

Wynikami nie ma się co sugerować zbytnio – sporo hostów zostało dodanych bardzo niedawno, stąd 100%. Jest też rozbieżność pomiędzy wynikami dla All time i jednego roku. Nie bug w skrypcie, tylko tak zwraca dane polecany niedawno Uptime Robot. Zgłosiłem buga i (szybka!) odpowiedź trochę martwi:

The Free Plan can return uptime ratios back to 1 month due to the limit of the logs kept. The Pro Plan supports back to 1 year.

And, the alltimeuptimeratio variable in the API currently returns 1-month uptime (and it’ll be removed from the APIv2).

Mój nos mówi mi, że idzie monetyzacja i z fajnej, darmowej usługi może być wkrótce coś niezbyt fajnego/używalnego. Ale może to tylko moje czarnowidztwo.

Poza tym, po niedawnej awarii (jak ktoś nie zna serwisu downdetector.pl do określania, czy jest awaria u dostawcy, to dość entuzjastycznie polecam) u mojego ISP wylądowałem za NAT (jak wielu innych abonentów). Po telefonie przywrócony publiczny IP, ale od tego czasu dla hosta w domu Uptime Robot pokazuje dziwne rzeczy – host znika, pojawia się, znowu znika… Podejrzewałem jakiś autosuspend w momencie, gdy żadne urządzenie nie jest aktywne, ale raczej nie o to chodzi. IP się nie zmienia, więc nawet w przypadku problemów z odświeżaniem dyndns nie powinno rzutować (ale nie wykluczę…). Problemy z routingiem? Może się zbiorę, ustalę IP z którego Uptime Robot monitoruje i zdiagnozuję… Póki co po prostu pauza, aby się śmieci nie generowały.

UPDATE Odnośnie problemów z git – stupid me, czyli niewiedza w temacie gita i podchodzenie do problemu od zadniej strony. Swoją drogą, namierzenie/szukanie rozwiązaniach po objawach mogłoby trwać długo… Przyczyna to złe forkowanie. Na szczęście GitHub ma świetną pomoc. Robienie forka repo git, następnie synchronizacja forka i wszystko działa.