Zapowiedź świata post-copyright – refleksje.

Niedawno przeczytałem mini-wpis u Zala nt. tego utworu. Wiele spostrzeżeń jest cennych i trafnych, ale autor nie uchronił się niestety przed błędami i uproszczeniami.

Niestety, argumenty o open source są mocno naciągane i spłycone. Samo stwierdzenie, że zostało ono wymyślone przez Richarda Stallmana jest uproszczeniem i naciąganiem. Dalej, to, że mamy dostęp do źródła nie znaczy, że możemy zmodyfikować program i dalej go rozpowszechniać (w szczególności: pod tą samą nazwą, patrz produkty Mozilli).

Tak samo teza, że większość autorów piszących kod open source robi to za darmo nie do końca się zgadza z rzeczywistością. Łatwo sprawdzić, jakie firmy płacą za (powstanie) open source. Albo, dokładniej, błędny jest argyment, że większość kodu open source powstaje za free (bo 100 autorów dodających po 2 linie vs. 1 piszący 1000 linii to jednak inna sprawa – ten drugi to raczej poprawiacz, niż autor/developer).

Tezę, że większość kodu open source powstaje za darmo, łatwo obalić na przykładzie kodu jądra Linuksa (publikują ładne raporty) – mamy zarówno wkład poszczególnych developerów, jak i firm. Okazuje się, że pozycje none i unknown (czyli przyjmimy, że nie firma), to raptem mniej niż 20% kodu, czyli ilość podobna do łącznego wkładu samych tylko Red Hat i IBM.

Poza tym, stawianie open source jako równoważnika dla literatury jest słabe z tego powodu, że w przypadku oprogramowania autorzy (czy też: poprawiacze, zależnie kogo będziemy mieli na myśli), rozwijają coś, z czego później sami korzystają, czyli wykonują pracę także dla siebie. Autor powieści raczej nie będzie jej potem czytał dla przyjemności. 😉

Zresztą muzycy także raczej nie słuchają swoich nagrań dla przyjemności (tak z doświadczenia). Raczej po to, żeby zobaczyć jak to wyszło i co można poprawić. Nie przeczę, granie (koncerty, próby) sprawia frajdę, ale zysku z utrwalenia muzyk nie ma żadnego. Więcej, jeśli przyjmiemy, że źródłem zysku dla muzyka są koncerty, to utrwalanie (zwł. z dobrą jakością) niekoniecznie będzie dla niego zyskowne. Oczywiście z jednej strony zwiększa popularność zespołu (do tego nie potrzeba rewelacyjnej jakości), ale z drugiej strony pozwala cieszyć się muzyką nie chodząc na koncerty.

I bardzo długo aktualny będzie – w przypadku muzyki – argument: oni się szkolili wiele lat, żeby zarabiać, ale im nie wyszło, więc teraz grają za free. Czy podobny. Nie wnikam w tym momencie, czy jest on faktycznie słuszny (pewnie nie – i ja i wielu znajomych gra i grało wyłącznie for fun, nierzadko dopłacając mniej lub bardziej świadomie do tej zabawy wcale niemałe pieniądze), ale w dyskusjach pewnie się pojawi.

Ogólnie – artykuł ideowo ciekawy, ale nie do końca przystający do rzeczywistości. Nie ikonizowałbym tylu błędów. 😉

PowerDNS a 5 maja 2010.

Jak wiadomo, 5 maja tego roku szykuje się mała rewolucja związana ze zmianą funkcjonowania root serwerów DNS (wprowadzenie DNSSEC), która dla części użytkowników może się skończyć brakiem dostępu do Internetu.

Jeśli chodzi o użytkowników PowerDNS, to autorzy zapewniają, że zmiana nie ma wpływu na funkcjonowanie serwerów, a zmiana na wersję wspierającą DNSSEC nie jest konieczna do zachowania działania w dotychczasowej formie.

Wrażenia z P.I.W.O.

Po raz kolejny wybrałem się na P.I.W.O i po raz kolejny jestem zadowolony. Co prawda żaden z wykładów, na których byłem, nie dostał ode mnie maksymalnej oceny w ankiecie, ale było dobrze.

Wykład o budowaniu społeczności ciekawy, zwł. w kontekście tworzącego się zespołu tłumaczy GNU.org. Sporo cennych uwag, postaram się wykorzystać w praktyce, tylko muszę przetrawić.

Wykład o FWiOO (czym jest, czym się zajmuje) poprawny, zabrakło mi informacji jak można wesprzeć FWiOO inaczej, niż finansowo.

Zen z Allegro opowiedział, czemu uważa, że duzi w Polsce nie dają nic do FLOSS, choć sami z niego biorą i – na przykładzie Allegro – co można z tym zrobić, zwł. zmienić (tak, zapowiedziane jest udostępnienie kodu jednego z narzędzi, które powstaje w Allegro).

Gra w życie i gry w życiu – dobre spostrzeżenie o tym, że ludzie lubią klikać dalej, oraz co z tym mogą zrobić autorzy serwisów internetowych, dla dobra swojego serwisu (nie, wcale nie chodzi o grę w serwisie). Trafne, ciekawe.

Geckowa masakra JavaScriptem – trochę za krótko, jak dla mnie (rozumiem niezamieszczenie przykładów, ale może warto byłoby pokazać samą infekcję), ale sprowadza się do tego, że przeglądarki internetowe (tu: oparte o Gecko) nie są bezpieczne, a instalując dowolne rozszerzenie dajesz jego autorowi (albo raczej: stronie na której jest umieszczone, phishing kwitnie…) pełny dostęp do swojej przeglądarki. Dużo straszenia, dużo paranoi, ciekawe, choć trochę oczywiste.

SELinux – trochę kolejny raz MAC vs. DAC z którychś Pingwinariów, trochę zabrakło pokazania w praktyce, co daje takie „uszczelnienie” ejabberd, ale ciekawe. Nadal SELinux wygląda na trudny, z dużą barierą wejścia.

Na deser spotkanie w pubie, niestety Patyczak nie wystąpił tym razem. 🙁

Frekwencja OK, sporo przyjezdnych. Dobrym pomysłem był lunch. Trochę wadą – warsztaty na koniec, przed pubem. Ci co nie szli na warsztaty musieli czekać (nie że jakiś dramat i nie zorganizowało się czegoś, ale być może lepiej byłoby zrobić te warsztaty w okolicy przerwy na lunch). Zdecydowanie nie żałuję skrócenia urlopu i przyjechania na P.I.W.O.

Szczeciński handel detaliczny.

Korzystając z chwili czasu pojechałem realizować zamiary zakupowe. Znaczy kupić graty elektroniczne. Na pierwszy ogień poszła karta pamięci, bo po przymierzeniu 2GB z telefonu do odtwarzacza mp3 zrobiło się całkiem miło, ale z racji cen myślałem o czymś większym. W necie 2GB kosztuje ok. 12 zł + ok. 10 zł wysyłka, razem 22 zł, 4 GB – 34 zł z wysyłką, a 8GB można znaleźć od 52 zł (z wysyłką). Ponieważ czekać mi się nie chciało, stwierdziłem, że kupię na miejscu, tym bardziej, że po sklepach i tak będę jeździć.

Planowałem kupić w Forcenet, który pamiętałem, że jest lokalny i ma dobre ceny. W pasażu A-Z (taki namiar znalazłem, strona nie działa) atmosfera zupełnie niehandlowa. Lekko po godzinie 16, a wiele sklepów pozamykanych. Kupujących jak na lekarstwo. Pusto i przygnębiająco. Na rozpisce sklepu nie widzę, więc wchodzę do pierwszego napotkanego (komórki) i pytam o Forcenet. Zlikwidowany. Pytam o karty pamięci. Są, ale tylko 2 GB (cóż, w do komórek inne niekoniecznie się nadadzą, więc powiedzmy, że rozumiem). No ale, może niekoniecznie wezmę, bo wolałbym 4/8 GB. Pytam o dobre sklepy komputerowe w okolicy z takim towarem. W odpowiedzi słyszę panie, nie ma, chuj nie miasto. Nie są to pierwsze narzekania na zaopatrzenie w Szczecinie jeśli chodzi o sklepy komputerowe. Smuteczek.

Pojechałem do Harta. Nie jest najtańszy, ale zwykle nieźle zaopatrzony, poza tym, nigdy nie miałem problemów z wymianą sprzętu tam, sprzedawcy się znają na rzeczy, rotacja sprzedawców b. niska, co IMO pozytywnie świadczy, więc defaultowo kupuję tam. Na pierwszy ogień poszedł tym razem zakup nr 2, czyli tusze do drukarki. Cena miażdży: 20 zł za sztukę najtańsze (nieoryginalne), 5 sztuk, razem czyni ponad 100 zł. Ja rozumiem, że sklep musi zarobić, ale na Allegro jest 6x zł za analogiczne tusze, z wysyłką.

Ceny kart pamięci też niefajne. Co prawda na plus zaliczam, że w ogóle był komplet pojemności (2, 4, 8, na większe nie patrzyłem), ale 2 GB za 25 zł, o wyższych szkoda gadać (55 za 4 GB z jakimś tam czytnikiem oraz 69 czy 79 zł za 8 GB). Rozumiem, że sklep ma cenę w okolicy ceny z Allegro wraz z wysyłką (choć mógłby mieć sporo taniej i nadal zarabiać, ale równa cena to taka granica przyzwoitości i opłacalności dla klienta). Ale dlaczego znacznie drożej? Zapewne obrót tym mają śladowy w takim układzie…

No i tu pojawia się główne pytanie: komu i czemu służy taka polityka cenowa? Naprawdę lepiej sprzedać towar bardzo rzadko, z wysoką marżą i przyzwyczajać klientów, że nie ma co iść do sklepu, bo wysyłkowo zawsze jest taniej?

PS. Kartę kupiłem, 2 GB. W sumie wystarczy, a i tak zakładam, że zgubię…

Nowy Rockbox, czyli czemu lubię RSS.

Ostatnio trochę częściej słucham muzyki z odtwarzacza, tak się zastanawiałem nawet ostatnio, czy nie ma nowszej wersji Rockbox, czyli opensource’owego firmware’u dla mojej Sansy. Ostatnio natknąłęm się na jakąś wzmiankę, wszedłem na stronę i… okazuje się, że najnowszy stabilny to 3.5.1, a u mnie nadal 3.4.

Bliższe przyjrzenie się stronie Rockboxa szybko wyjaśniło, czemu tak się dzieje – nie ma kanału RSS z powiadomieniami o newsach, który mógłbym zasubskrybować. Dziwne w obecnych czasach. W sumie RSS to praktycznie standard dla takich rzeczy, jak informowanie o nowych wersjach. Przynajmniej takie mam wrażenie. No i idealnie się do tego nadaje, przynajmniej jeśli chodzi o wygodę czytającego (o ile czytający korzysta z RSSów w ogóle). Jeśli chodzi o ilość ruchu, to być może tradycyjny email czy powiadomienie jabberem byłyby lepsze.

Oczywiście daje się to obejść choćby przy pomocy page2rss (dodany dział Download, zobaczymy jak sobie poradzi), ale lepiej byłoby mieć to natywnie, z pewnym działaniem.

Upgrade Rockbox z 3.4 do 3.5.1 oczywiście nie od kopa (choć i bez dramatu). A to nie ma sprawnego USB w kompie, a to nie montuje poprawnie urządzenia (dobra, testing i rzeźba, wybaczam). W końcu krzyczy, że mu wersja, którą sam wykrył, nie pasuje (że niby inna jest) i czy na pewno instalować (instaluj, instaluj). Po restarcie na oko działa, ale będzie trzeba bardziej pomęczyć, żeby mieć pewność.

Myślę o kupnie karty microSD – wbudowane 2 GB to wcale nie tak dużo na muzykę. Tak z 4 GB bym dorzucił jeszcze, ew. kilka tematycznych 2 GB… Poza tym, chyba pomęczę scrobblera do libre.fm. Miałem to kiedyś zrobić i zapomniałem, a jakoś tak wychodzi, że muzyki głównie z odtwarzacza słucham. No i ostatnio z Grooveshark (fajny serwis, dzięki niemu mam dostęp online do wielu rzeczy, które mam tylko na kasetach, co niesłychanie mobilizuje do włączenia tych utworów), ale on nie ma scrobblera. Tak piszę o tym scrobble’owaniu, jakbym jakimś fanem był, a nie jestem. Ale lubię statystyki różnej maści. 😉

Katastrofa prezydencka.

Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałem o katastrofie w sobotę rano. Gdzieś, chyba na na którymś μblogu przewinęło mi się zdanie „samolot prezydencki się rozbił”. Pierwsze skojarzenie i wyobrażenie w stylu „posadzili maszynę na brzuchu, bo się podwozie nie wysunęło, ofiar nie podają, więc nikomu nic się nie stało”. No i drugie skojarzenie „dobrze, że pusty leciał”. W końcu weekend, więc prezydent nie pracuje, a że mediów nie śledzę, to i o wizycie w Katyniu nie wiedziałem. Takie było pierwsze wrażenie…

Chwilę później wiedziałem już, że pierwsze wyobrażenie było złe. Trochę przypomina mi to pierwsze wrażenie dotyczące ataków 11 września 2001 na WTC, gdzie pamiętam, że robiłem coś na kompie z kumplem i słuchaliśmy radia jednym uchem. Komunikat „samolot uderzył w WTC” usłyszany gdzieś tam, w wiadomościach słuchanych jednym uchem i wizja jakiejś awionetki jednosilnikowej. Potem komunikat „drugi samolot uderzył” pomyślenie, że to niemożliwe i co te awionetki wyprawiają. A chwilę później dowiedzenie się, że pasażerskie. I cała reszta.

Pierwsze skojarzenie, po uświadomieniu, że prezydent i wielu ludzi z góry nie żyje – niefajny kontekst. Rosyjski samolot (w sensie Tupolew), Katyń, prezydent, który wraz ze swoją partią miłością do Rosji nie pałał… będą teorie spiskowe. Drugie skojarzenie: jak zareaguje Rosja (w tym: na takie teorie) i co się będzie u nas w kraju działo. Pierwsze doniesienia o przeciążeniu głównych portali i sieci GSM martwią, bo dezinformacja czy pozbawienie dostępu do informacji w takich sytuacjach jest groźne. Ale internet działa, GSM, pomijając pojedyncze doniesienia, działa, większe portale wolno, ale działają. TV informuje na bieżąco…

Po chwili zastanowienie się nad sytuacją i wrażenie, że jednak mieszkamy w dość stabilnym politycznie rejonie, dziwne ruchy ze strony armii nie grożą, a Rosja to jednak wielki kraj z ogromnym doświadczeniem dyplomatycznym, więc nerwowych reakcji nie ma się co obawiać, nawet jeśli pojawią się różne zarzuty i spekulacje. I tak odebrałem zachowanie Rosji – na poziomie, stonowane, bez wyskoków przed orkiestrę i wielkich akcji. Druga myśl – ocenę naszej stabilności politycznej zobaczymy w poniedziałek, po kursach walut (okazało się, że bez dramatu).

Pojawiło się oczywiście pytanie, „co oni tam wszyscy razem robili?„, bo przecież zginął nie tylko prezydent, ale wielu ludzi sprawujących główne funkcje w państwie i armii. Zapewne ograniczanie kosztów, nie na siłę, bo AFAIK nie było takiej sytuacji, by zginęli osoba sprawująca daną funkcję i jej zastępca.

Okolice 14:30. Wszystkie portale „w żałobie”, czyli na szaro. Nie lubię tego zwyczaju, wolę szare logo na głównej lub wstążkę. Nie lubię, bo zawsze się coś głupiego zawieruszy, tak było i tym razem. WP i Onet nie ustrzegły się kolorowych wtop (szybko poprawionych). Z kolei w wielu miejscach razi mnie pominięcie członków załogi z ilości ofiar (podawane 88 osób, zamiast 96).

Chwilę po 15 widzę, że zaczyna się pokazówa oraz – totalnie nie na miejscu IMO – lolowanie. Czas znikać z netu. Całe 6h – takie mamy tempo życia teraz. Potem napiszę autorowi, co o tym sądzę, bo jakkolwiek wolność wypowiedzi stawiam wyżej i można za kimś nie przepadać, to IMHO w takiej sytuacji zamknięcie się krzywdy nikomu nie zrobi. Rozbrat też się „popisał” – chcieli radosną imprezę zrobić z tej okazji. Co prawda zostało to szybko usunięte, a późniejsze komentarze były dużo bardziej stonowane, ale było…

Warto dodać, że media nagle zaczęły pokazywać ludzką twarz prezydenta. Znaczy się stronę sympatyczną. Tu jest to dobrze opisane, więc przedłużać nie będę, jedyna refleksja, to szkoda, że dopiero teraz. Typowo polskie niedocenianie za życia i przecenianie po śmierci?

Wtorek to dzień zażartych dyskusji, czy pogrzeb w Krakowie, na Wawelu czy w Warszawie. Śledzę to piąte przez dziesiąte, bo z pracy, ale we wtorek to zdecydowanie temat nr 1. Grupy poparcia, grupy sprzeciwu (więcej tych drugich). Atmosfera zupełnie nie pogrzebowa, raczej – patrząc z boku, przez pryzmat sieci – wygląda, jakby ktoś chciał się korków z miasta pozbyć. Zresztą, sprawę korków porusza także WP w notatce „Jak będą wyglądać uroczystości w Warszawie i Krakowie”. W jej zajawce pierwsze pytanie to „Czy będą korki?”.

Jak dla mnie oba miejsca są prestiżowe, poza tym, uważam, że miejsce pogrzebu to sprawa któregoś tam rzędu (a jakby sobie któryś prezydent zażyczył pochowania na jakimś małym cmentarzu w rodzinnej miejscowości, to co?). Wawel, miejsce pochówku królów, IMHO pasuje na miejsce pochówku prezydentów Polski. Funkcja w państwie analogiczna… Nawet bardziej, bo wybrani przez ludzi. Rozwiązanie to kryje oczywiste kontrowersje i zapewne nie przejdzie, a szkoda. Szkoda też, że zrobił się z tego temat nr 1.

Zresztą, nie tylko ja uważam, że temat miejsca pochówku został rozdmuchany i totalnie wypaczył całe zdarzenie i nadchodzące uroczystości. Czy zapamiętamy prezydenta Lecha Kaczyńskiego jako tego, na temat którego było najwięcej żartów, który ogłosił najwięcej dni żałoby i o którego miejsce pochówku wzbudziło największe kontrowersje? Być może, a szkoda. Zresztą dobrze widać podział na linii oficjalne media/Internet. O ile w mediach oficjalnych do znudzenia to samo leci, o tyle ludzie w sieci mają tego wyraźnie dość. Nie śledzę mediów jakoś specjalnie, ale chętnie bym obejrzał jakieś podsumowania najważniejszych dokonań ludzi, którzy zginęli w katastrofie, a nie w kółko same trumny, które widzę, co napotkam TV włączony.

Ja na pewno nie będę wspominał tej prezydentury źle, choć generalnie do polityków jestem nastawiony sceptycznie. Gospodarczo, mimo kryzysu, mogę zaliczyć minione lata do dość udanych (nie jakoś przesadnie, zresztą zawsze mogłoby być lepiej, ale udanych). Politycznie też dobrze (w końcu można po prostu wsiąść w auto i pojechać do innego kraju w Europie), szczególnie, że – z tego co obserwowałem – mimo pewnych anizmozji z premierem, stanął na wysokości zadania i nie politykierował i reprezentował cały kraj.

Oczywiście, przypisywanie wszystkich tych zasług prezydentowi to nadużycie, jest to wypadkowa i wcześniejszych prezydentur, i rządów, itd., ale – podobnie jak katastrofa przejdzie do historii jako prezydencka – pozwolę to sobie podpiąć w pamięci pod prezydenta. Nieuniknione jest, że śmierć prezydenta przyćmi śmierć pozostałych osób, które zginęły w tej katastrofie, taka kolej rzeczy. Dziś „najważniejszy” pogrzeb, a od jutra – zapewne czas rozliczeń bez taryfy ulgowej, czas wyjaśnień, czas kampanii. Raczej nic z tego nie będzie poruszane na tym blogu (chyba, że jako update/komentarze do tego wpisu).

Notatka pisana 13-18 kwietnia, pierwsze godziny odtworzone na podstawie μbloga.

Facebook i Mafia Wars w komórce.

Facebook przeżywa w kraju IMO obecnie większy boom, niż Nasza klasa dwa lata temu. Może to złudzenie, może środowisko (kiedyś było interesujące porównanie portali społecznościowych, z których korzystają ludzie w zależności od wykształcenia i poziomu dochodów), ale sporo znajomych migruje tam (nie tylko z NK, także z blogów, ublogów i serwisów „zawodowych”). Facebook to nie tylko znajomi, to także gry zabijacze czasu.

Lubię się bawić różnymi serwisami, a sporo znajomych grało w Farmille, to postanowiłem się pobawić tą aplikacją. Sianie, zbieranie, zdobywanie gadgetów, pomaganie znajomym. Upraszczając: dużo klikania dalej, efekt zerowy. Mniej gra, bardziej nakładka dająca pretekst do kontaktu ze znajomymi. Symularkum ogródka działkowego (wiem, farmy, ale w chyba w Polsce bardziej jako ogródek jest odbierane?), brakuje jeszcze wirtualnego grilla. Zdecydowanie mnie nie wciągnęło.

Druga aplikacja w kolejce do obejrzenia to – również popularna – Mafia Wars. Bawię się od jakiegoś czasu i… Wiele się od Farmville nie różni. Dalej, dalej, exp, dalej, gadget (który za moment będzie zbędny), dalej, daj coś znajomym, oni dadzą tobie. Po czasie nudzi, więc zapewne niebawem skończę zabawę tą aplikacją.

Ale zanim to nastąpi, parę wniosków. Po pierwsze, aplikacje na FB mają duży potencjał, zarówno dostępu do danych danej osoby (praktycznie każda aplikacja żąda dostępu do danych na facebookowym profilu), po drugie do jej tablicy. Ciekawe, czy już były aplikacje, które po czasie spamowały albo rozsyłały linki do malware’u w imieniu (i za zgodą) użytkowników (nie, nie klasyczne robaki, te wiem, że były, tylko aplikacje właśnie, czy to całkiem nielegalnie, czy na zasadzie „pozwól nam wysłać reklamy, dostaniesz punkty umiejętności”).

Po drugie, takie gry to prosty i skuteczny sposób na „uwiązanie” użytkownika i wymuszenie regularnego logowania do portalu (i samej gry). Gdzie oczywiście dostanie reklamę i/lub ofertę kupna dodatkowych punktów/przedmiotów (za całkiem realną kasę, oczywiście).

Po trzecie (zmierzamy do tematu wpisu), Opera Mini w wersji 5 nie dała rady obsłużyć Mafia Wars. Sam Facebook na Operze Mini działał (na tyle, na ile rzuciłem okiem), ale już samo Mafia Wars nie działało. Postanowiłem poszukać, czy jest coś, co potrafi obsłużyć grę z komórki. Jak można się spodziewać – jest. Polecany wszędzie Bolt Browser to rozwiązanie dla komórek z Javą, które pozwala na grę, gdy nie mamy dostępu do normalnego komputera. Spokojnie da się wykonywać podstawowe czynności (czyli odpowiednio klikać dalej). Nie powiem, że jest to lepsza przeglądarka niż Opera Mini, ale do gry w Mafia Wars z pewnością bardziej się nadaje. Jedyne na co warto uważać, to transfer – Bolt w przeciwieństwie do Opery Mini nie kompresuje stron, więc chwlia bardziej zaawansowanego klikania dalej szybko owocuje zużyciem paru megabajtów transferu, a byle szybkie wejście to kilkaset kB (obrazki w niskiej jakości, jakby ktoś pytał). No ale działa, mobilnie.

Mój pierwszy Mac.

Wczoraj późnym popołudniem nadeszła długo oczekiwana paczka, a w niej… MacBook (13,3″, Core 2 Duo 2,26 GHz, 2 GB RAM). Ekran niby mały, ale w pełni wystarczający, nie to co w netbookach. A przy tym niesłychanie przenośny. Nie bawiłem się nim jeszcze, ale już przy samym wypakowaniu widać różnicę – w pełni profesjonalne pakowanie. Początkowo planowałem instalację Linuksa, ale po włączeniu MacOS zrezygnowałem – system działa po prostu cudownie i nie ma sensu kaleczyć tego sprzętu Linuksem. Więcej wrażeń z użytkowania – wkrótce.

UPDATE: Oczywiście powyższa informacja to primaaprilisowy żart (co czytelnicy patrzący w źródło mogli sprawdzić), raczej udany, bo jedna osoba dała się nabrać, druga prawie. Całość sponsorowana jest przez opóźnione o 7 minut wyjście do pracy, a zainspirowana tym wpisem.

Z ciekawych rzeczy – blox poinformował mnie podczas dodawania tego wpisu, że sięgnąłem limitu 250 tagów. Drugi raz dobijam do limitu, zobaczymy, czy znowu zwiększą…