Bez reklam na przeglądarkach mobilnych (Chrome, Focus)

Wygląda, że szykuje się lekka rewolucja w mobilnej części internetu. Wersja testowa (canary) Chrome w wersji mobilnej wyposażona jest przez producenta w blokowanie inwazyjnych reklam. Zobaczymy jak to w praktyce wyjdzie, ale wygląda, że szykuje się zmiana zasad gry – de facto oznacza to kontrolowanie rynku reklam przez dostawcę przeglądarki, będącego przy okazji jednym z większych (o ile nie największym) graczy na rynku reklamy w sieci. Podobna zmiana jest zapowiedziana dla wersji desktopowej na początek roku.

Firefox Focus już w tej chwili ma podobne rozwiązanie – wbudowana blokada reklam i ochrona prywatności. Przy okazji, przetestowałem Focusa i wygląda on bardzo zachęcająco. W przeciwieństwie do Firefoksa jest lekki (~2 MB do pobrania) i działa żwawo. Czego o Firefoksie (no dobrze, rok temu, nie wiem jak teraz) powiedzieć się nie dało, więc na smartfonie korzystałem z Chrome. W każdym razie Focus domyślnie blokuje reklamy, nie ładuje zbędnych części strony i czyści historię, co czyni tradycyjne ad-trackery bezużytecznymi. Chwilę poklikałem – jest szybko, jest wygodnie, strony wyświetlały się OK. Polecam, jeśli ktoś nie potrzebuje na smartfonie tabów w przeglądarce. Niestety nie widzę wersji dla desktopa ani kodu źródłowego.

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o korzyści dla użytkowników. Z jednej strony strony mają być szansę lżejsze, nie zamulać urządzeń zbędnymi javascriptami czy animacjami i ładować się szybciej, zużywając mniej transferu. Z drugiej strony, szczególnie w przypadku Google, nie mam złudzeń. Natura nie znosi próżni, więc reklamy nadal będą. Ale od Google (lub za ich zgodą). A Google i tak ma śmieci w reklamach AdSense. Podobnie ze śledzeniem – może strony nie będą w stanie tego robić, ale przeglądarka jak najbardziej… No i może historia zatoczy koło – albo płatna przeglądarka, albo wyświetlanie reklam? To już oczywiście było, w czasach płatnej wersji Opery.

W każdym razie właściciele stron stracą (znowu) trochę wolności.

Rozważania o blokowaniu ekranu

Przy okazji trwającej dramy dotyczącej xscreensavera w Debianie[1] przypomniał mi się pokrewny temat, o którym miałem robić wpis jakiś czas temu. Chodzi o blokadę dostępu do komputera, niezależnie od używanego systemu (Windows, Linux, OS X). Tradycyjnie jest to jakiegoś rodzaju wygaszacz ekranu, który po pierwsze blokuje możliwość odczytu danych z ekranu, po drugie, blokuje możliwość wprowadzania danych do uruchomionych programów. Do odblokowania zwykle konieczne jest podanie przez użytkownika hasła do systemu.

Rozwiązanie znane jest od dawna i wydawać by się mogło, że to wystarczy, ale czy tak jest faktycznie? Coraz więcej danych jest wprowadzanych i odbieranych z komputera nie tylko przy pomocy klawiatury i ekranu, ale także przy pomocy innych urządzeń. Programy do komunikacji VoIP, czy to Skype, czy aplikacja dostępna przez przeglądarkę typu appear.in czy hubl.in, po zablokowaniu ekranu nadal działają. Umożliwiają i odsłuchiwanie połączonych osób, i przekazują dane z otoczenia do nich. Zarówno za pośrednictwem audio, jak i video. Blokada ekranu co prawda wyłączy możliwość podglądu naszego rozmówcy, ale już nie wyłączy naszego webcama…

Jak na razie nie wiem nic o alternatywach dla wygaszaczy ekranu, które w momencie aktywacji blokowałyby nie tylko klawiaturę i ekran, ale dodatkowo wyłączały webcam(y) oraz wyciszały (mute) audio[2]. Pobieżne testy urządzeń z Androidem pokazują, że także na nich problem jest aktualny, przynajmniej w zakresie dźwięku. Warto po prostu pamiętać, że zablokowany komputer czy telefon w naszym otoczeniu wcale nie musi być tak do końca zablokowany…

[1] Skomentowałem u developera na blogu i wystarczy, wpisu nie będzie, sytuacja jest IMHO żenująca, więc szkoda klawiatury – jeśli ktoś ma cierpliwość, to wystarczy śledzić podlinkowane źródła.

[2] Jeśli istnieją systemy z takimi rozwiązaniami, albo samodzielne aplikacje, to chętnie poznam – u nikogo z nowszym Windowsem nie widziałem takiego rozwiązania.

Obciach jest chwilowy, popularność jest wieczna

Pewna rodzina z Poznania (albo okolic) postanowiła wstawić sobie do niemal całego domu kamery, udostępnić w internecie i poszukać sponsorów. Albo rozgłosu. Rodzina składa się z dorosłych, którzy decydowali, oraz dzieci, które głosu zapewne nie miały, a nawet jeśli miały, to raczej nie rozumiały, co się dzieje naprawdę. Zresztą, wiele wskazuje na to, że nie do końca wiedzieli i rodzice…

O całej sprawie można poczytać nieco więcej u Lotty, mnie zdumiały niektóre aspekty. Po pierwsze, wygląda na to, że sąd w ekspresowym tempie nakazał rzecz dość dziwną, mianowicie wyłączenie kamer. I jest to podyktowane rzekomo prawem do prywatności dzieci. Zastanawiam się, gdzie tu miejsce na odwołanie, uprawomocnienie wyroku itp. Zastanawiam się też, gdzie leży granica. Bo jakoś usuwania np. zdjęć dzieci zamieszczonych przez rodziców w internecie nikt usuwać nie każe, a przecież też bez zgody dzieci są publikowane i niekoniecznie z „oficjalnych” okazji. Różnica czy obraz ruchomy czy statyczny? Cóż, obowiązku posiadania firan czy zasłon w oknach w domu też nie ma, ciekawe, czy rodzinami w domach bez zasłoniętych okien też się sąd interesuje?

 

Po drugie, dziwi mnie poruszenie wokół sprawy. Przecież to taki nieudolny, amatorski Big Brother, bez profesjonalnej obsługi, bez napięcia i bez reżyserowania czy selekcji. Podobnie jak w tym programie, uczestnicy sprzedają na chwilę swoją prywatność, w zamian otrzymując pieniądze i zyskując rozgłos. Stąd tytuł. Czy to się opłaca? Patrząc na stronę na Wikipedii poświęconą polskiej edycji Big Brothera – wszystko to już było, te same kontrowersje, te same motywacje. Nie było jedynie dzieci. Czy uczestnikom udało się zdobyć popularność? Z tego co kojarzę, to tak, bo do tej pory potrafi mi w TV mignąć o kimś, że brał udział. Sprawdziłem na ww. stronie – jest ich więcej, choć procentowo mniej, niż się spodziewałem. Cóż, gwarancji sukcesu nie ma.

Po trzecie, kamery (i mikrofony) są wszędzie i mało kto zdaje sobie sprawę z rozmiarów inwigilacji i możliwości podglądu/podsłuchu. Dobra okazja by przypomnieć grafikę z dawnego wpisu:

Cameras are recording your life 24 hours a day. Think about it.Zdjęcie grafiki na murze, IIRC Nowy Sącz.

Coraz więcej urządzeń, które posiadamy, jest wyposażonych w kamerę lub mikrofon oraz dostęp do sieci. Smartfon, tablet, telewizory, komputery… Wbudowany mikrofon posiada też na przykład Banana Pi (komputer, jakby nie patrzeć). Dedykowane kamery IP montowanych samodzielnie w domach czy teoretycznie zamknięte systemy monitoringu są oczywiste. Wszystkie te urządzenia mogą być (i są!) wykorzystywane do podglądu/podsłuchu przez producentów urządzeń i oprogramowania (Facebook!, Google!), służby (to jakby oczywiste i chyba w sumie najlepiej – przynajmniej teoretycznie – obwarowane prawnie)  i… włamywaczy komputerowych. Zresztą część kamer IP jest po prostu wystawiona do sieci, nawet włamywać się nie trzeba. Zabezpieczenia tego typu sprzętu wielowymiarowo leżą. Poczynając od udostępnienia w sieci przez samego użytkownika, przez niezmienione domyślne hasła[1] po… błędy producenta, typu niemożliwe do zmiany hasło „serwisowe”.

 

Stawiam, że 99% (źródło: sufit, chodzi o skalę) ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, co naprawdę potrafi zrobić (i robi!) ich urządzenie. Czy różnica, czy obserwuje/podsłuchuje nas obsługa producenta, czy losowi ludzie jest naprawdę tak wielka? Naiwna wiara, że systemy monitoringu obsługują jacyś inni ludzie, niż losowi? Kto ma świadomość, że kamera w laptopie może pracować bez zapalonej diody? Kto zamontował fizyczne zabezpieczenie na kamerze w laptopie (polecam wpisać laptop camera cover w wyszukiwarkę)? Co z mikrofonem, który „odciąć” znacznie trudniej i który od zawsze jest aktywowany bez choćby próby fizycznego powiadamiania użytkownika?

Warto też pamiętać, że „publiczne” kamery bywają umieszczane w niezupełnie publicznych miejscach. Typu łazienki/toalety w urzędzie. A monitoring osiedlowy może umożliwiać pracownikom zaglądanie do mieszkań. O kamerach w przedszkolach itp. nie wspominam (a bywają, niekoniecznie zabezpieczone).

Ostatnia sprawa to konsekwencje. W znacznej mierze zgadzam się z twierdzeniem, że to społeczeństwo jest chore (nie owa rodzina). No bo czy ktoś normalny będzie gapił się w te kamery i robił „żarty”, ocierające się o stalking? Nawiasem, stawiam, że nawet gdyby rodzina nie podała namiarów na siebie na stronie, to stalkerzy szybko by ją namierzyli… Faktem jest, że wygląda, że rodzice – przy swojej prymitywnej motywacji – niezupełnie zdają sobie sprawę co się dzieje i jakie są konsekwencje ich działań.

Na koniec: nie, nie popieram tego, co robi ta rodzina. Dziwi mnie jedynie, że ludzie, którzy to znaleźli nie wytłumaczyli im po prostu, czemu robią źle, tylko zaczęli zamawiać pizzę itp. I dziwi mnie pójście na noże, sąd, zamiast wizyty kogoś z instytucji zajmującej się prawami dzieci. Tym bardziej, że IHMO akurat prawnie nie sposób zabronić udostępniania takiego „odsłoniętego okna” w postaci kamer.

Natomiast jest to kolejna okazja do przypomnienia ludziom o wszechobecności kamer i mikrofonów. I o konieczności aktualizacji oprogramowania i zabezpieczenia dostępu, szczególnie do kamer IP.

[1] Insecam.org to serwis, który podaje namiary na kamery z niezmienionym hasłem, dostępne w sieci, z podziałem na kraje i kategorie. Aktualnie z Polski jest 95 kamer, w tym pokazujące obraz z wnętrz różnego rodzaju.

Chromium pobiera zamknięty, potencjalnie naruszający prywatność kod

Do niedawna Chromium w Debianie pobierało niewolny, zamknięty, binarny fragment kodu po instalacji. Jest to oczywiście zachowanie sprzeczne z Umową społeczną Debiana. Co więcej charakter modułu i sposób jego działania (Chrome Hotword Shared Module – obsługa mikrofonu, rozpoznawanie mowy) nie wykluczają, że mogło dojść do naruszenia prywatności użytkowników tej dystrybucji, tym bardziej, że jest on pokrewny „podsłuchowi przez Google”, który opisywano na początku roku.

Jeszcze ciekawszy jest fakt, na który zwrócono uwagę, że nawet wyłączenie w opcjach przeglądarki tej funkcjonalności nie zapobiega ładowaniu czy uruchomieniu niewolnego modułu. Pojawiły się też pytania o to, w jaki sposób oprogramowanie wykorzystujące takie metody dystrybucji pojawiło się w Debianie oraz o to, czy Google powinno w ogóle być upstreamem. Pojawiły się też głosy, że zjawisko tego typu pojawia się coraz częściej.

W Debianie problem został poprawiony w najnowszej wersji pakietu.

Sam fakt pobierania binarnego dodatku nie jest ograniczony do Debiania, wywodzi się to z upstreamu Chromium w wersji 43, więc dotyczy wszystkich dystrybucji Linuksa z tą wersją. Zostało to zgłoszone do upstream Google.

Źródła:

  1. http://www.theregister.co.uk/2015/06/17/debian_chromium_hubbub/
  2. https://bugs.debian.org/cgi-bin/bugreport.cgi?bug=786909
  3. https://code.google.com/p/chromium/issues/detail?id=491435

Diaspora* w użyciu

Patrzyłem na projekt Diaspora* od dłuższego czasu i cały czas uważałem, że nie jest skończony i gotowy. Opis instalacji na Debianie przyprawia lekko o ból głowy, znajomi nie bardzo korzystają… Ale po zniknięciu plum.me (nadal niewyjaśnionym, wygląda jakby wyparowały wszystkie zabawki A. jednocześnie) powstała pustka, więc stwierdziłem, że spróbuję.

Diaspora logo

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Diaspora_%28social_network%29

Nie stawiałem swojej instancji Diaspory, tylko skorzystałem z porównywarki podów Diaspory i wybrałem diasp.eu – ma sporo użytkowników, jest SSL, bardzo dobry uptime, stoi w Niemczech. Pierwsze wrażenie: ten klon Facebooka nawet działa! I są jacyś ludzie! Można normalnie korzystać z hashtagów (obserwować je) i po chwili okazało się, że znalazłem polskich znajomych z netu. Całych dwóch, ale zawsze.

Posty zamieszczane na Diasporze formatuje się przy pomocy Markdown – nie jestem fanem, ale jest prosty i można przywyknąć, szczególnie, że jest prosta ściągawka dostępna od ręki. Możliwości bardzo podobne do HTML, tylko bardziej dla ludzi. Załączanie obrazków czy video działa. Są hashtagi.

Są  też – znane z FB – ignorowanie użytkowników, zgłaszanie postów, możliwość ustawienia avatara, wiadomości prywatne i ankiety. Można przypisywać użytkowników do grup oraz tworzyć własne grupy. Można zintegrować Diasporę z Twitterem, Facebookiem, Tumblr czy WordPressem. Nie testowałem, ale zdaje się (opis potwierdza), że chodzi o to, że robimy wpis na Diasporze i mamy możliwość jednoczesnego wysłania go na (wybrane?) serwisy. Jest możliwość eksportu zdjęć i treści.

Wszystko to oczywiście oparte o wolne oprogramowanie, z możliwością postawienia na własnym serwerze, szyfrowane (SSL), odporne na cenzurę wielkich portali i niezależne od nich (nie ma śledzenia, profilowania, reklam). Itd., itp. 😉

Dodatkowo w Diasporze jest funkcja, która może zastąpić bloga (w minimalnym wymiarze). I nie jestem pewien, czy do tego Diaspora* nie nadaje się najlepiej. Mianowicie posty oznaczone jako publiczne dostępne są w formie strony WWW z wygenerowanym kanałem RSS. Czyli tak naprawdę blog, gdzie komentować mogą wyłącznie zalogowani.

Wady Diaspory:

  • Brak API. Nie żartuję, projekt open source, mocno programistyczny i póki co nie ma API. Ewidentny strzał w stopę, bo bez API słabo da się zrobić sensowne klienty (zwł. mobilne).
  • Niezbyt intuicyjny interfejs. Bardzo subiektywne, niby jest ładnie i standardowo, ale jak raz mi mignął link do kanału RSS z publicznymi wpisami, to potem się go naszukałem… Chwilowe i szybko mija.
  • Soft niby działa i jest good enough, ale używając czuć, że nie jest w 100% skończony i doszlifowany. Niekrytyczne.
  • Mała popularność. Trochę samonapędzająca się wada, ale nie mogłem pominąć…
  • Brak edycji wpisu po zamieszczeniu. Oczywiście można usunąć i dodać jeszcze raz, ale trochę overkill, jeśli chodzi tylko o usuwanie literówek.

Wygląda, że Diaspora zastąpi mi plum.me, bo możliwości większe, a nie wszystko nadaje się na bloga/Twittera/FB. Kiedyś przedstawiano – przynajmniej takie miałem wrażenie – Diasporę jako nadchodzącą wielką wolną alternatywę dla FB. IMO nic z tych rzeczy – zwykły serwis i social network, trochę mniej dopracowany, trochę bardziej wolny. Jest łatwa, więc IMO warto spróbować.

UPDATE: Dodany brak edycji w wadach.

Monitoring w pracy

Nadzór w pracy istnieje od zawsze. Jakby nie było, jest to jedna z funkcji kadry kierowniczej. Zastanawiałem się ostatnio, jak to wygląda obecnie, co się zmieniło. O tym, że coraz więcej zakładów ma zamontowane kamery powszechnie wiadomo. Zresztą rejestratory video staniały i spowszedniały na tyle, że spora część znajomych ma je zamontowane w samochodach czy na rowerach. Opinie na ich temat w miejscach pracy są różne, część pracowników jest (była?) zdecydowanie niechętna, ale IMO tak naprawdę wszystko zależy, jak są wykorzystywane i umieszczone. Pracuję w miejscu, gdzie są kamery i raz mi osobiście jako pracownikowi się przydały.

Sprawa trywialna, coś z laptopem i dyskiem było. Kumpel przyniósł czyjegoś służbowego lapka, ja wyjąłem z niego dysk, podłączyłem do kieszeni, IIRC zrobiłem diagnostykę, wkręciłem dysk z powrotem, oddaję lapka. No i przychodzi kumpel, pokazuje zdjętą zaślepkę, pusto, i pyta „a gdzie dysk?”. Szukamy. Tak całkiem pewien, że go wsadziłem z powrotem to nie byłem, bo raczej odruchowo działałem, więc sprawdzam biurko, szuflady. Jak się tak rozglądam, to jestem coraz bardziej przekonany, że włożyłem z powrotem. Kumpel upiera się, że dostał ode mnie, otworzył i było pusto. Zgrzyt.

No to wzięliśmy nagranie z rejestratora. I widać jak wyjmuję, podłączam do kieszeni, wkładam z powrotem, przykręcam. Kumpel obraca lapka tak, jak jest na kamerze i pokazuje pustą dziurę po lewej. Patrzymy w monitor, wkręcam po prawej. WTF? Patrzymy na lapka i w śmiech. Ano tak, laptop był 17″ i miał dwa sloty na dysk, ale to zupełnie nie przyszło nam do głowy.

Tak czy inaczej, nagrania z kamer są dość dokładne (no dobrze, zależy od kamery i ustawień jeszcze), ale raczej trudno je analizować automatycznie. Forma strawna dla komputera to raczej osoba, timestamp, określenie miejsca. Oczywiście da się zrobić, bo pozycjonować można choćby smartfona (i aktywnie, przy pomocy aplikacji na smartfonie, i pasywnie, z wifi), no ale nie każdy pracownik w zakładzie musi mieć smartfona, włączonego, z wifi itd.

Niedawno dostałem namiar na stronę https://www.autoid.pl/ czyli dostawcy systemów do automatycznego… praktycznie wszystkiego – identyfikacji osób, przedmiotów, pojazdów itp. i dostałem odpowiedź na moje pytanie, jak można w sposób łatwo przetwarzalny komputerowo monitorować miejsce przebywania pracownika w firmie. Technologia opiera się na RDIF, które mogą służyć nie tylko do jako karty dostępu do drzwi (de facto standard w firmach, kto nie ma karty?), ale w wersji „dalekiego zasięgu” (do 12 m)  mogą być odczytywane bez przykładania do czytnika. Wygląda na prostsze i tańsze od smartfona u pracownika, prawda?

Producent podpowiada nawet sposoby umieszczenia – zaszycie w ubraniu roboczym, oraz jako karta. No i w tym momencie można automatycznie sprawdzić… wszystko. Na przykład to, czy dany pracownik pracuje na swoim stanowisku, czy siedzi i flirtuje z sekretarką. Z których pomieszczeń korzysta. Albo jak często wychodzi do toalety.

Uczucia, podobnie jak w przypadku kamer mam mieszane. Oczywiście wyobrażam sobie nadużycia ze strony pracodawcy z wykorzystaniem tego typu technologii, ale… nie dajmy się zwariować. Równie dobrze może wykorzystywać tego typu rozwiązania do optymalizacji rozmieszczenia narzędzi/pomieszczeń… Tworzący prawo będą mieli kolejny trudny orzech do zgryzienia.

Czyli klasyczne: narzędzia nie determinują wykorzystania. Pozostało życzyć wszystkim normalnych AKA ludzkich pracodawców, którzy rozsądnie korzystają z narzędzi. I pracowników, których nie trzeba kontrolować na każdym kroku.

All your GSM numbers are belong to us!

Zaczęło się od wpisu Montera o skopanej wysyłce MMS do wielu osób. Long story short: jeśli wiadomość MMS jest wysyłana do kilku osób, to odbiorcy widzą wszystkie numery, na które została wysłana. Analogicznie jak przy wielu odbiorcach w polu To lub Cc w przypadku email (zamiast Bcc).

Telefon komórkowy

Źródło: http://www.publicdomainpictures.net/view-image.php?image=692

Moja teza jest jednak taka, że zjawisko, choć złe, nie jest aż tak tragiczne, na jakie wygląda. Odbiorca dostaje co prawda listę numerów z książki adresowej, ale nie wie do kogo należą i czy w ogóle działają. Może jedynie porównać tę listę ze znanymi sobie numerami i ustalić, jakich mają wspólnych znajomych. Albo zrobić brute force i dzwonić wszędzie (hell yeah, automaty tak robią podobno…).

Całe zdarzenie jest dla mnie porównywalne z listą PINów wszystkich ludzi na świecie (tak, wasz też tam jest, mój zresztą też), jeśli chodzi o naruszenie prywatności czy bezpieczeństwa. Postanowiłem więc zrobić listę wszystkich polskich numerów komórkowych. W trakcie tworzenia, już po pierwszym prefiksie zwątpiłem – plik miał około 100 MB surowych danych, do tego tagi HTML…

Zatem zamiast ryby – wędka i zestaw DIY do stworzenia listy wszystkich polskich numerów GSM. Na podstawie listy polskich prefiksów GSM przypisanych operatorom i odrobiny magii w Perlu, każdy może sobie wygenerować taką listę.

Blox nie lubi nawiasów ostrych, więc wklejka na zewnętrznym serwisie:

Całość działa tak długo, dopóki Wikipedia nie zmieni formatu publikowania artykułów. Klepnięte na kolanie, nieoptymalizowane w żaden sposób. U mnie wygenerowanie wszystkich numerów ww. skryptem trwa od dwóch do czterech minut. Have fun!

PS Wygląda, że w Polsce może być 110300000 numerów telefonów komórkowych. Nie odliczam niewykorzystanych prefiksów itp.

Konsekwencje prawa nieuniknionych konsekwencji

Ponieważ rysiek nie daje możliwości komentowania u siebie (a szkoda), będzie krótki wpis. Ryśkowe prawo nieuniknionych konsekwencji mówi o tym, że:

Jeśli coś jest technicznie możliwe,
jest praktycznie nieuniknione.

Zupełnie się z tym zgadzam. Osobiście wyznaję dość podobną zasadę, którą można streścić

Każde zdarzenie o niezerowym prawdopodobieństwie zaistnienia prędzej czy później nastąpi.

Trochę fatalistyczne, fakt (szczególnie w kontekście kolizji ciał w przestrzeni kosmicznej o niepomijalnej masie), ale sprowadzając do komputerów i bezpieczeństwa: każda baza zostanie wykradziona, każde dane prywatne ujawnione, każde hasło zostanie złamane. Prędzej lub później.

W kontekście Diaspory, która jest przytoczona przez ryśka jako remedium na problemy dotyczące ochrony prywatności m.in. na Facebooku

Zwyczajnie nie da się wprowadzić reklam lub sprzedać danych prywatnych wszystkich użytkowników tej sieci jednocześnie. jest to technicznie niemożliwe.

oznacza to, że da się zdobyć dane wszystkich użytkowników tej sieci. Jak? Wystarczy błąd w aplikacji. Jak trafnie zauważa Wiktor:

One wszystkie ze sobą gadają i mają ten sam, możliwy do sprawdzenia kod.

Wystarczy klasyczny 0 day, i jeśli tylko komuś będzie zależało na tych prywatnych danych, to zdobędzie je. Oczywiście nie wszystkie, bo albo jakiś serwer będzie offline, albo będzie nietypowo skonfigurowany, albo zwyczajnie admin zdąży go załatać. Albo nie zdąży zaktualizować do podatnej wersji.

Fakt, że oprogramowanie jest open source nie eliminuje prawdopodobieństwa wystąpienia błędu. Wystarczy wspomnieć błąd z OpenSSL w Debianie. Zresztą, chyba wszyscy pamiętamy o tegorocznym Heartbleed

Należałoby więc raczej mówić jedynie o zmniejszaniu prawdopodobieństwa zaistnienia zdarzenia, nie jego eliminacji. W tej chwili raczej nikt się na dane użytkowników Diaspory nie połasi, ale nie dlatego, że nie może, tylko dlatego, że się po prostu nie opłaca. Użytkowników Diaspory jest zwyczajnie za mało.

Wyszukiwarka na blogu

Z jakichś powodów szukałem niedawno możliwości podpięcia pod bloga innej wyszukiwarki, niż ta przychodząca z Blox. Pierwsze co przyszło mi do głowy, to Google i któraś z ich usług. Wiem, zewnętrzny serwis, w dodatku Google. Pewnie bym nie użył i tak, ale nie każdemu to przeszkadza… Jednak to co znalazłem u Google miało wadę – nie dawało się zawęzić do danej witryny, szukało także na podlinkowanych stronach.

Dziś u Boniego w komentarzach zeszło na dyskusję nt. wyszukiwarki na blogu i… postanowiłem poszukać, czy DuckDuckGo się dorobiło. TIL:

  • Mają stronkę z pomysłami i całkiem przyzwoitą wyszukiwarką wśród nich. Na dodatek zintegrowaną z forum.
  • Mają też możliwość podpięcia wyszukiwarki do bloga dokładnie w taki sposób, o który mi chodziło. Oczywiście o ile ktoś się nie brzydzi iframe i zewnętrznym serwisem. Ja się nie brzydzę.
  • Obsługują parametr site: dla wyszukiwania w danej domenie. Albo nowe, albo ślepy jestem, bo brakowało mi tego i korzystałem do tego celu z Google.

Dla Google pewnie też zadziała, w analogiczny sposób, ale w trosce o prywatność, anonimowość itd. itp. zostaje DuckDuckGo. Wyszukiwarki z Blox póki co nie zdejmuję, ale zachęcam do korzystania z nowej.

UPDATE Strona opisująca umieszczenie wyszukiwarki DuckDuckGo na stronie.

Dell deanonimizuje Bitcoiny

Niedawno Dell ogłosił, że akceptuje transakcje przy pomocy Bitcoin. Mało tego, dają 10% rabatu na transakcje z użyciem BTC (do $150). Na pierwszy rzut oka jest to dobra wiadomość dla sympatyków BTC i popularyzacji Bitcoin ogólnie, ale mi się od razu zapaliły lampki ostrzegawcze. W szczególności:

We’re piloting bitcoin, the world’s most widely used digital currency, as a purchase option on Dell.com for consumer and small business shoppers in the U.S.

Czemu tylko USA? Jedną z wad Bitcoin jest możliwość prześledzenia całej historii przemieszczania się waluty, czyli zupełna kontrola przeprowadzanych transakcji. Zamawiając sprzęt z dostawą, wiążemy konto BTC (przynajmniej jedno z kont) z naszą tożsamością.

Oczywiście U.S. only może wynikać z tematów formalnych, prawnych czy organizacyjnych, ale zastanawiam się, czy nie wiąże się z łatwością/jakością śledzenia lub obszarem zainteresowania. W sumie rozsądniej byłoby zbierać dane globalnie, nawet obarczone jakimś błędem.

Oczywiście anonimowość (pozorna?) to tylko jeden z aspektów kryptowalut. Niekoniecznie najważniejszy.

Odchudzanie

Wiadomo, wiosna, więc pora zrzucić zbędny balast. Ale nie każdy człowiek ma ten problem. Ja nie mam (i tej wersji będę się trzymał!). Tym razem chodzi o odchudzanie innego rodzaju i czego innego. Ale po kolei. Przedwczoraj w czytniku RSS dotarłem do wpisu o porzuceniu WordPressa na rzecz statycznego generatora bloga. Pomysł nie jest nowy, nawet kiedyś przymierzałem się do czegoś podobnego, tyle że w Perlu[1]. Ba, nawet kilka testowych wpisów mam wygenerowanych gdzieś tak. Główna zaleta – minimalne wymagania dot. zasobów i szybkość działania po stronie czytelników. Z funkcjonalnością jest gorzej (zwłaszcza brak komentarzy mnie zniechęca), ostatecznie zdecydowałem się na gotowe, utrzymywane na zewnątrz rozwiązanie. Ale sam pomysł nadal mi się bardzo podoba.

Dodatkowo tak się złożyło, że w ostatnim wpisie na temat Disqus został poruszony temat dodatku do przeglądarki o nazwie Ghostery. Zainstalowałem tenże dodatek i trochę mina mi zrzedła. Otóż na tym blogu było wykorzystanych osiem różnych serwisów, które są uznawane za potencjalnie naruszające prywatność. OK, jeśli ktoś ma AdBlocka czy NoScript, to efektywna liczba „szpiegów” mogła być niższa, a przynajmniej użytkownik miał możliwość kontroli, no ale mimo wszystko sporo. A przecież nie o taki Internet walczyliśmy

Piórkiem, pod którym załamał się wielbłąd było jednak spojrzenie dziś rano w konto AdSense, całe 80 zł, średnio 2,5 zł miesięcznie. W tym tempie już za 7 lat będę mógł wypłacić środki. O ile znowu nie zwiększą progu – IIRC jak zakładałem konto, to było 200 zł, teraz jest 300 zł. Co prawda nigdy do zarobku nie miało to służyć, a raczej do tzw. bycia w temacie co w sieci piszczy, dodatkowo mogłem liczyć średnią z trochę za długiego okresu, ale to szczegóły. Nawet przy 5 zł/m-c byłyby to 3 lata do wypłaty i sponsorowanie Google w tym czasie. Chyba rozum postradali.

W każdym razie po zainstalowaniu Ghostery popatrzyłem na inne blogi, gdzie wynik oscylował w okolicy zera, no, czasem w porywach 2 czy 3 „śledzących” serwisów i zadałem sobie pytanie po co to wszystko? Stwierdziłem, że nie ma sensu, bo są jakieś priorytety, a social widgety czy nabijanie kasy Google’owi się do nich nie zaliczają. Zrobiłem więc porządki, najpierw rano testowo na starym blogu, potem, po południu na tym. Sporo rzeczy poleciało…

Po kolei (tylko z tego bloga):

  • Facebook i przycisk like pod wpisem – czasem ktoś kliknie, ale głównie służyło do dawania znać o nowych wpisach na blogu. W sumie mogę puścić linka jako wpis na FB (nie każdy korzysta z czytnika RSS, niestety), to nawet bardziej do znajomych dotrze. Zresztą znajomi z FB stanowią niszową grupę czytelników (lub mają czytnik RSS).
  • Przycisk Wykop, podobnie jak Facebook zintegrowany w Blox. Odkąd włączyłem, nikt nigdy nie użył. Poprzednie doświadczenia wskazują, że jak będzie coś ciekawego, to ludzie dodadzą i bez przycisku.
  • LinkWithin, czyli namiary na podobne wpisy na tym blogu. Niby fajne i estetyczne, ale użycie (wg statystyk) nie było znaczące, poza tym, to samo robi Folskr (został i nie jest rozpoznawany przez Ghostery, poza tym to nisza i znam autora). Że tekstowo? Tak miało być. Zresztą kiedyś robiłem porównanie i Folksr wypadł lepiej.
  • Widget G+. Nawet było parę kliknięć. Dosłownie parę, więc bez żalu do /dev/null.
  • Reklamy AdSense – opisałem wcześniej.

Pora na krótkie podsumowanie efektów. Do badania korzystałem z dwóch narzędzi, które wydają mi się dobre do pomocy przy optymalizacji stron. Pierwszym jest Web Page Test (sporo szczegółowych danych, spory rozrzut pomiędzy kolejnymi testami), drugim Insights od Google (trzeba zwracać uwagę na monopolistę, prawda?; bardzo syntetyczny wynik). Poza tym, zwracałem uwagę co mówi Ghostery. Jeszcze wcześniej korzystałem z PageSpeed do wskazówek na temat optymalizacji stron, ale jakkolwiek nadal jest w tym zastosowaniu przydatne, to nie podaje już syntetycznego wyniku.

W przypadku tego bloga[2] początkowy wynik w Web Page Test to 91/100, czas pierwszego ładowania strony 6,5 sekundy, odświeżenia 4,3 sekundy. Odpowiednio 452 i 143 kB przesyłanych danych. Google Insights prędkość 51 mobilnie, 95 wygląd, dla desktopu ocena 80. 8 widgetów wg Ghostery. Po odchudzaniu jest to odpowiednio 88/100 (spadek? chyba z rozrzutu między pomiarami wynika…), czas ładowania 3,3 sekundy dla pierwszego wczytania i 3,9 dla odświeżenia (ewidentnie coś nie tak, pierwsze ładowanie powinno być wolniejsze). Przesyłane dane to 219 i 54 kB. Google Insights 51 prędkość mobilnie, 96 wygląd mobilnie. Wzrost dla destkopu do 83. Ghostery pokazuje 4 widgety. Został Gemius (serwowany przez Blox, nie mam wpływu), Google Tag Manager (chyba to samo, sam chętnie się dowiem, skąd to się bierze… – GA wstawione przez Blox). Ze swojej strony zostawiłem i mojego Piwika, i statystyki stat4u, które są „od zawsze” i IMHO są niegroźne. Poza tym, moja ciekawość wygrywa. 😉

Czy było warto? Chyba tak, przynajmniej na razie podoba mi się. Popatrzę jeszcze chwilę, prawdopodobnie zrobię jeszcze jedno bardziej hardcore’owe podejście (sprzątanie i minify CSS). Pewnie za jakiś czas znowu coś dodam, w ramach zabawy, ale na ten moment pozostanie odchudzona wersja.

Zauważyłem jedną ciekawą rzecz – wyniki serwisów do optymalizacji bardzo zwracają uwagę na dobre praktyki, ale minimalną na realny czas ładowania strony czy ilość przesłanych bajtów. O ile dobre praktyki pomagają w zmniejszeniu ilości przesłanych bajtów i co za tym idzie czasu ładowania, to ostatecznie dobry wynik w tego typu testach jak widać wcale nie musi oznaczać poprawy dla użytkownika końcowego i strona ze słabą oceną, czyli „z błędami”, w praktyce może być dużo przyjemniejsza i lżejsza, niż „zoptymalizowana” strona z dużą ilością dodatków.

[1] Chodzi o Chronicle.

[2] NFM: Stary blog 2,5 i 1,8 sek, 267 i 84 kB przed, 1,5 i 1,2 sek, 72 i 45 kB po, Insights bez zmian.

Bez Disqusji!

Od dłuższego czasu popularność na różnych blogach zdobywa Disqus[1], czyli niezależny od platformy blogowej system komentowania. Nie dziwi mnie to specjalnie, bo Disqus jest dość wygodny. Zalogować się do systemu można przez „wielką trójkę”, czyli Twittera, Facebooka i Google. Oczywiście można też mieć osobne konto tylko na Disqus. Można w końcu komentować jako gość. Dodatkowo komentarze ułożone są w estetyczny i sensowny sposób, z wątkowaniem. Na deser jest jeszcze głosowanie, udostępnianie komentarzy w mediach społecznościowych, możliwość otrzymywania powiadomień o odpowiedziach mailem czy ustawienia moderacji. Cud, miód i orzeszki po prostu. Szczególnie, jeśli porówna się to z wynalazkami wymyślonymi odnośnie komentarzy przez niektóre serwisy blogowe. Rozwiązanie fajne do tego stopnia, że np. Tumblr w ogóle nie ma komentarzy na blogach i Disqus jest jedyną opcją na komentarze tamże. Przyznam, że i ja się skusiłem na moim tumblrowym blogu na to rozwiązanie.

Do niedawna[2] nie zwracałem na to szczególnej uwagi, ale postanowiłem dodać komentarz na blogu Łukasza Bromirskiego. Komentarz zawierał sporo URLi do polskich około technicznych blogów pracowicie wygrzebanych z mojego czytnika RSS (nie wiem co Łukasz planuje, ale możecie podrzucić blogi, których nie ma na liście, czy Łukaszowi, czy tutaj w komentarzu). Ponieważ od jakiegoś czasu nie ograniczam się do podpisu, tylko loguję, na koniec edycji postanowiłem się zalogować. Nawet się udało, tyle, że cała treść komentarza zniknęła. Uśmiechnąłem się tylko, bo przecież od dawna na takie okazj mam Lazarusa (polecam!). I zonk! Lazarus nie radzi sobie z Disqus. Pewnie dlatego, że Disqus to nie typowy formularz na stronie, a javascript. W każdym razie musiałem przepisywać.

Potem było tylko weselej. Wysyłam komentarz i nie ma. Nie wiadomo, czy błąd po stronie Disqusa i komentarz należy uznać za MIA, nie przeszedł przez wbudowany antyspam (w końcu bardzo dużo linków w treści, szczególnie patrząc na stosunek linki/treść) czy po prostu nie przeszedł przez moderację. W każdym razie napisałem i nie ma. I tak jakoś trzy razy (przyznaję, cierpliwy jestem).

Zacząłem się zastanawiać nad tematem i doszedłem do wniosku, że korzystanie z Disqus powoduje implikacje dotyczące wolności i prywatności. Ameryki w tym momencie nie odkrywam, bo część jest opisana w artykule na Wikipedii w części dotyczącej kontrowersji Disqus. Zatem do ograniczeń wolności i prywatności przez Disqus[3]:

  • Obecność na wielu stronach powoduje możliwość śledzenia użytkowników, nie tylko komentujących, ale po prostu odwiedzających strony. Dodatkowo w przypadku komentujących możliwe jest łatwe śledzenie ich zainteresowań i poglądów. Jeśli chodzi o odwiedzających, można to minimalizować przy pomocy wtyczek do przeglądarek typu NoScript, Adblock czy Ghostery. Śledzącym może być Disqus, ale może też chodzić o śledzenie wszystkich komentarzy jednego użytkownika przez innego.
  • Możliwość cenzurowania komentarzy, zarówno w momencie ich zamieszczania, jak i wstecznie. Czy to po słowach kluczowych, autorze, IP z którego jest zamieszczany komentarz… W sumie, w skrajnym wypadku, możliwa byłaby nawet zmiana treści i mamy gotową sytuację z Rok 1984 – szybko można zmienić treść czyjegoś komentarza, by odzwierciedlał obecnie poprawną linię. Można oczywiście podpisywać komentarze przy pomocy PGP. Przynajmniej dopóki Disqus nie odrzuci ich z automatu. 😉
  • Brak możliwości backupu bloga z komentarzami. Proste rozwiązania do backupu bloga nie zadziałają, a przynajmniej nie w 100%. Nie udało mi się pobrać przy pomocy wget tak, by mój komentarz z linkami był widoczny.
  • Zamknięcie Disqus (albo nawet prosta zmiana typu modny ostatnio paywall) spowoduje, że komentarze na wielu stronach, które IMO w przypadku blogów są istotną częścią strony, bezpowrotnie znikną. Obejściem jest regularne robienie backupu komentarzy przez administratora strony. W XML, Disqus way.

I co w związku z tym? W sumie nic, nie przestałem korzystać z Disqus jako autor bloga (skoro już się pojawił kiedyś), nie zlikwidowałem konta na Disqus. Nawet nie zapowiem, że nic nie skomentuję przy jego pomocy. Ale szanse na użycie przeze mnie tego systemu komentarzy drastycznie spadły. Na pewno (na 99,9%) nie wykorzystam go w kolejnym projekcie. Jak widzę, że wpis jest na blogu z podpiętym Disqus, to generalnie nie komentuję. A ponieważ komentowanie (a przynajmniej jego możliwość) jest dla mnie istotną częścią blogowania, to będzie to uwzględnione przy następnej czystce feedów RSS.

[1] Taki eufemizm, bardziej można by go nazwać monopolistą – Wikipedia podaje badanie wskazujące na 75% udziału na stronach wykorzystujących zewnętrzne (3rd party) systemy komentowania. Aż dziwne, że znaleźli niszę, w końcu Facebook takes it all. Przy czym do tej pory kojarzyłem go raczej na zachodnich blogach, ostatnio patrząc w RSS zwróciłem uwagę i na polskich też się rozpanoszył.

[2] No dobra, nie tak niedawna, bo chodziło o ten wpis (BTW chyba nic nie wynikło, a szkoda) – jak widać prawie pół roku połowiczny szkic tej notki przeleżał…

[3] Będzie czarnowidztwo i paranoizowanie, przynajmniej chwilami. Zostaliście ostrzeżeni.

Tails w wersji 1.0 wydany

Projekt Tails, czyli dystrybucji Linuksa ułatwiającej zachowanie anonimowości (szerzej opisana w tym wpisie) doczekał się w końcu wersji 1.0. Poza kosmetycznymi zmianami w nazwie i logo, wydanie przynosi tradycyjne aktualizacje bezpieczeństwa typu aktualizacja przeglądarki Firefox i aktualizacja oprogramowania Tor, w szczególności pod kątem niedawnego błędu Heartbleed.

Prawdę mówiąc uważam, że przeskok numeracji nieco przedwczesny, gdyż na czerwiec przewidziane jest wydanie wersji bazującej na Debianie Wheezy (aktualnie Tails oparty jest o Squeeze). Ale w sumie to tylko cyferki – sam system działa nieźle od dłuższego czasu. Co ciekawe, twórcy donoszą, że liczba użytkowników wzrosła w ciągu ostatniego półtora roku czterokrotnie.

Jakie wady ma Bitcoin?

Tak się składa, że hype związany z Bitcoin czy Litecoin nadal trwa i w ostatnich dniach przeprowadziłem minimum dwie rozmowy o kryptowalutach. Konkretnie o popularniejszej z nich, czyli Bitcoin. Nie ukrywam, że zainteresowałem się nim wcześnie, ale wrodzony sceptycyzm nie przerodził się w uruchomienie kopalni. Z perspektywy czasu żałuję, bo były to czasy (okolice marca 2011 jak widzę), gdy kopanie BTC na karcie graficznej zwracało sprzęt po 4-5 m-cach, wg ówczesnych cen. Jakbym nie wydał tylko trzymał do dziś, to pewnie byłoby minimum niezłe auto…

Bitcoin logo

Źródło: Bitcoin Wikipedia

Było, minęło. Sceptykiem pozostałem, szczególnie gdy zestawię moje podejście z zachwytem niektórych osób, że to takie krypto, pozapaństwowe, anonimowe i w ogóle przyszłość i cudowna alternatywa dla istniejących walut.

Żeby nie rozpisywać się od nowa przy każdej tego typu okazji, poniżej krótkie zestawienie wad, jakie widzę w Bitcoin (ale nie tylko, sporo odnosi się także do innych kryptowalut, np. Litecoin).

Podatność na spekulację

Niby oczywista sprawa, ale nie dla wszystkich. Ja rozumiem, że kurs (póki co) generalnie rośnie w długim okresie, ale to mały rynek, przez co podatny na spekulację. Zmiany kursu o kilkadziesiąt procent w krótkim okresie nie są niczym niezwykłym. W przypadku happeningu sprawa pomijalna, w przypadku podstawowego środka płatniczego – a tak niektórzy zdają się widzieć BTC – nie można tego nie zauważać.

Totalna kontrola przeprowadzanych transakcji

Brak znajomości tego zjawiska dziwi mniej. W końcu krypto w nazwie sugeruje, że coś jest szyfrowane i/lub anonimowe. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Historię każdego BTC można prześledzić do samego początku. Implikacje z punktu widzenia anonimowości czy prywatności są nie do zignorowania. Wielu ludzi kręci nosem, że bank wie o nich wszystko z historii rachunku. To teraz wyobraźmy sobie, że każdy przelew między kontami wiązałby się z ujawnieniem wszystkich transakcji przeprowadzonych przez obie strony przy użyciu danych rachunków. W przeszłości i przyszłości.

Dokładniej nie tyle ujawnienie wszystkich kwot transakcji i rachunków (bo to można zrobić nie będąc stroną), ale powiązanie ich z konkretnym płatnikiem. Gdyby Bitcoin był w powszechnym użyciu, pozwalałoby to określić, gdzie dana osoba mieszka, co ostatnio kupiła itd. itp. Dla stalkerów i marketingowców raj. Chociaż podobno marketingowcy nie umieją korzystać z danych. Ale implikacje są poważniejsze, chociażby w przypadku wglądu ubezpieczalni w zakupy np. leku czy alkoholu. Albo płatności za mandaty. Sky is the limit.

Oczywiście można się przed tym zabezpieczać. Np. często zmieniać konta. Tylko to średnio wygodne. No i trzeba jakoś przetransferować BTC między kontami. A znana jest cała historia… Są nawet serwisy typu blockchain.info czy sharedcoin.com, pomagające anonimizować transfery przy użyciu BTC. Co dają? Znajomy, z którym dyskutowałem przytoczył cytat:

How can you guarantee that the transaction chain will be broken?
There is no guess work involved, each shared transaction analyzes up to 50,000 outputs or 250 levels deep in the blockchain to ensure the coins sent to the destination  address are 100% untainted with the original coins.

Faktycznie sporo. Zakładając, że ktoś chciałby to analizować ręcznie, rzecz jasna. Komputer poradzi sobie z analizą takiej transakcji w ciągu ułamków sekund. Identyfikacja kont używanych przez taki serwis też nie jest specjalnie trudna. Może nie ze 100% pewnością, ale przy dobrym algorytmie kilkadziesiąt procent pewności nie powinno być trudne do uzyskania.

IMO w kwestii anonimowości nic nie przebije gotówki. Dlatego banki i państwa powoli, ale systematycznie dążą do jej marginalizacji.

Brak organów kontrolnych

Dla jednych wada, dla drugich zaleta. Pamiętam, że w podstawówce wymyśliliśmy sobie własną walutę. Produkowaliśmy banknoty z pociętych kartek. Każdy swoją. Ręcznie (tylko!). Z podpisem. Nawet jakieś kursy wymiany były. Nie dam głowy, czy nie udało się kupić np. lizaka od kumpla za to. Zaliczyliśmy i inflację (najpierw IIRC były odpowiedniki istniejących nominałów, potem i milion dolarów był, chociaż przyznam, że te miliony ratowały się wartością artystyczną) i totalną utratę wartości. Pamiętam, że znalazłem trochę tej waluty w jakimś zapomnianym pudełku sporo po podstawówce. Chyba tylko dlatego zapamiętałem, że takie coś miało miejsce.

Z Bitcoin jest podobnie. Działa, bo ludzie umówili się, że ma wartość, ale nikt tej wartości nie gwarantuje. Dziś można przy jego pomocy kupić, jutro – niekoniecznie. W przypadku zwykłych walut były gwarancje wymiany na np. złoto (OK, też umowne…). Piszę były, bo AFAIK gwaranci od tego odeszli. Niemniej państwo – jakie by nie było – jest postrzegane jako lepszy gwarant, niż grupka ludzi, którzy tak się umówili.

Brak organów kontrolujących rynek sprzyja też poruszonej na początku spekulacji. Jak pokazują ostatnie wydarzenia, które doprowadziły jeden z kantorów BTC do zawieszenia sprzedaży, brak nadzoru i audytu powoduje ryzyko błędnych implementacji. Podobnie sytuacja miała się z włamaniami do kantorów i kopalń BTC. Ogólnie sam algorytm, oprogramowanie i protokoły posiadają ryzyko błędów. Nawet jeśli sam algorytm Bitcoin jest OK, pozostaje ryzyko błędów w oprogramowaniu i protokole. Ostatnie zamieszanie związane z Mt. Gox jest takim przykładem błędów w implementacji.

Ryzyko delegalizacji

O ile państwa nie nauczą się kontrolować transakcji wykonywanych przy pomocy Bitcoin, może im wpaść do głowy pomysł delegalizacji tej kryptowaluty. Szczególnie, jeśli – mimo wyżej opisanych wad – zacznie zdobywać większą popularność. Szansa na to jest niewielka i oczywiście delegalizacja BTC nie spowoduje zupełnego zaprzestania jego używania, ale skutecznie ograniczy zakres dostępnych dóbr.

Wymaga wiedzy i technologii

Nie ma co ukrywać, że obecnie kryptowaluty to domena ludzi związanych z kryptografią i/lub komputerami. Albo osób, które z konieczności szukają środków płatniczych w cieniu (głównie nielegalna działalność). Ogólnie: wąska grupa geeków. Od pozostałych ludzi wymaga nauczenia się, jak to działa, instalacji dodatkowego oprogramowania i ogólnie przełamania nieufności. Dodatkowo, wymaga posiadania komputera (smartfona) i połączenia z siecią. Paradoksalnie, niekoniecznie jest to taki wielki problem – w końcu płatności przy pomocy telefonów są wprowadzane przez tradycyjne banki, a ludziom nie przeszkadza brak zrozumienia stojących za płatnościami tego typu zagrożeń.

Liczna konkurencja

Bitcoin, który jest obecnie najbardziej znaną kryptowalutą i o największej wartości rynku, nie jest jednak jedyny. Co chwila powstają nowe alternatywy, każda wyróżniająca się albo bardziej odpornym na wydobycie nie na CPU, czyli bardziej sprawiedliwym algorytmem (np. scrypt w przypadku Litecoin), albo – jak ostatnio powstały Riecoin – podstawami naukowymi (liczby pierwsze, szczegóły na stronie projektu). Bałkanizacja rynku kryptowalut z pewnością nie pomoże im na przebicie się do mainstreamu – obok pytania czy implementować obsługę, dochodzi pytanie, którą lub które kryptowaluty wybrać.

Podsumowując, w żadnym razie nie jest tak, że Bitcoin do niczego się nie nadaje. Nawet chyba poszukam portfeli (ciekawe, czy pustych?) i uruchomię możliwość postawienia mi piwa w ten sposób. Już znalazłem w poolu, w którym kopałem testowo (na CPU!), BTC warte obecnie jakieś 7 dolarów. Natomiast nie wierzę, że kiedykolwiek zapłacę BTC za pizzę, hotel czy w supermarkecie. Po prostu się nie przyjmie i nie będzie liczącą się alternatywą dla tradycyjnego (w tym elektronicznego) pieniądza.

Bitcoin to nie waluta

Niedawno rząd USA uznał Bitcoin nie za walutę, a za własność. Na potrzeby podatków, oczywiście. Coś jak akcje. Czyli jeśli ktoś kupuje pewną ilość BTC za jednego dolara, wartość zakupionych BTC rośnie do dwóch dolarów na skutek zmiany kursu, a następnie ktoś kupuje za tę ilość BTC kawę (wartą dwa dolary), to kupujący powinien zapłacić podatek od 1 dolara (różnica wartości kupna i sprzedaży BTC), a sklep podatek dochodowy od dwóch dolarów.

UPDATE Dodany akapit o konkurencji. Mt. Gox ostatecznie upadł i wpływ na BTC miało to niemały – spadek cen z ponad 800 dolarów do 400 dolarów (połączony ze znacznym wzrostem wolumenu wymienianych BTC, co ładnie pokazuje spekulacyjny charakter rynku).