Aktualizacje macOS

Pierwszą aktualizacją macOS, którą robiłem, była ta między „dużymi” wersjami, do wersji Catalina. Wtedy byłem umiarkowanie zadowolony, bo to duża aktualizacja. I pierwsza. I się udała. Od tego czasu miałem parę razy okazję aktualizować system między „małymi” wersjami i… wyrobiłem sobie zdanie.

Źródło: http://www.highstreetcomputers.com/apple-logo-broken/

Aktualizacje systemu w macOS to porażka, generalnie. „Duże” może nie są najgorsze, ale „małe” są tragiczne. Spójrzmy na listę aktualizacji Cataliny na Wikipedii, linkującą do opisu aktualizacji na stronach Apple. Od końca października 2019 do lipca 2020 było sześć aktualizacji. Każda to przynajmniej 3 GB do pobrania i blisko godzina stracona na aktualizację.

No właśnie, jeśli ktoś zastanawia się, o co mi w ogóle chodzi i czy da się system aktualizować lepiej, to szybko nakreślę jak wygląda proces aktualizacji w Linuksie. Otóż sprowadza się do pobrania pakietów i wykonania restartu. Cały czas można pracować na komputerze. Restart i okoliczne czynności nie trwają pół godziny, to zwykły reboot, jak każdy inny, czyli pewnie minuta. Aktualizowany jest zarówno kernel, kluczowe pakiety, jak i pakiety opcjonalne. Nie trzeba pobierać 3 GB, ale to już detal. Chodzi głównie o brak przerwy w możliwości korzystania z komputera.

No właśnie, gdy pisałem o aktualizacji do Cataliny i porównywałem jej czas z aktualizacją Debiana, popełniłem błąd. Porównywałem jabłka z gruszkami – w przypadku macOS brałem pod uwagę czas aktualizacji samego systemu, czyli podstawki, a w przypadku Linuksa systemu i wszystkich dodatkowych aplikacji będących w repozytoriach, a trochę tego jest (LibreOffice, Firefox, Chromium). Nie jest to aż tak ważne, bo to, czy pobieranie trwa pół godziny, czy godzinę nie ma większego znaczenia, jeśli można korzystać z systemu. Kluczowy jest czas niedostępności komputera.

Tyle o aktualizacjach systemu w makach, dopóki coś się diametralnie nie zmieni albo nie wybuchnie przy upgrade, nie będę wracał do tego smutnego tematu.

LXDE, laptop, jasność i głośność – HOWTO

Jest taka rzecz w laptopach z Linuksem, która często nie działa zaraz po instalacji. Przynajmniej nie na środowiskach korzystających z Openbox, np. LXDE. Chodzi o sterowanie jasnością ekranu oraz głośnością dźwięku, czyli klawisze multimedialne.

Nie pamiętam, czy coś się ostatnio zmieniło, czy zawsze tak było, tylko miałem skonfigurowane, ale ostatnio konfigurowałem laptopa z LXDE i jak wszystko działało, tak sterowanie głośnością i jasnością ekranu – nie. Wydaje mi się, że kiedyś obsługa tzw. klawiszy multimedialnych była robiona przez ACPI i skrypty (zob. linki na końcu wpisu), ale teraz można prościej.

W obu przypadkach wykorzystywany będzie plik ~/.config/openbox/lxde-rc.xml.

Jasność

Na początek kontrola jasności. W przypadku karty intela, bo taką miałem, kontrola jasności odbywa się z wykorzystaniem programu xbacklight, który musiałem doinstalować. Rozwiązanie powinno działać także dla innych kart. Dodatkowo musiałem utworzyć plik /etc/X11/xorg.conf.d/20-intel.conf o następującej zawartości:

Section "Device"
    Identifier "Intel Graphics"
    Driver "intel"
    Option "Backlight" "intel_backlight"
EndSection

W pliku XML zaś dodałem:

<keybind key="XF86MonBrightnessDown">
  <action name="Execute">
    <command>xbacklight -5</command>
    <startupnotify>
      <enabled>yes</enabled>
      <name>Decrease screen brightness</name>
    </startupnotify>
  </action>
</keybind>
<keybind key="XF86MonBrightnessUp">
  <action name="Execute">
    <command>xbacklight +5</command>
    <startupnotify>
       <enabled>yes</enabled>
       <name>Increase screen brightness</name>
    </startupnotify>
  </action>
</keybind>

Głośność

Trzeba oczywiście mieć zainstalowane programy, które będziemy wykorzystywać – w przypadku instalacji pełnego środowiska LXDE i Debiana 10 wszystko już było zainstalowane. Natomiast w pliku konfiguracyjnym XML wystarczy dodać:

  <keybind key="XF86AudioRaiseVolume">
    <action name="Execute">
      <execute>pactl set-sink-volume 0 +10%</execute>
    </action>
  </keybind>
  <keybind key="XF86AudioLowerVolume">
    <action name="Execute">
      <execute>pactl set-sink-volume 0 -10%</execute>
    </action>
  </keybind>
  <keybind key="XF86AudioMute">
    <action name="Execute">
      <execute>pactl set-sink-mute 0 toggle</execute>
    </action>
  </keybind>

Istnieją warianty wykorzystujące inne polecania pamixer czy amixer (zob. linki).

Oczywiście w ten sposób można zmieniać zachowanie dowolnych skrótów i wykorzystywać dowolne klawisze, nie tylko te wymienione. Pełna lista w źródłach (zob. linki)

Linki:

UPDATE: Skoro już konfigurujemy klawisze multimedialne, warto też pod Print Screen dodać robienie screenshotów. Podobno jest domyślnie, nie potwierdzam, ale może „zasługa” unstable.

    <keybind key="Print">
      <action name="Execute">
        <command>gnome-screenshot -i</command>
      </action>
    </keybind>

Aktualizacja do Catalina 10.15.5

Dawno nie było nic o macOS. Jest stabilnie, czyli korzystam i zbyt zadowolony nie jestem. Ostatnio zrobiłem aktualizację do 10.15.5, więc jest okazja do narzekania.

Przede wszystkim, robiłem aktualizację z 10.15.3, nie z 10.15.4, który był wydany pod koniec marca, co też świadczy o tym, że te aktualizacje nie są takie lekkie łatwe i przyjemne, bo lubię mieć aktualny soft. Czynników było oczywiście więcej, taki drobiazg jak średnia wygoda by mnie nie powstrzymał. A to zespół opiekujący się systemami w firmie nie dał zielonego światła od razu, a to pandemia, więc trochę strach, że nie pójdzie i co wtedy, a to dyżury i wypada mieć sprzęt działający. Koniec końców, zdążyli wydać 10.15.5, nim zaktualizowałem.

Sama aktualizacja przypomniała mi, czemu nie jest to miły proces – stąd notka. 5 GB danych do pobrania, więc dużo. Wiedziałem, że to trwa, więc załączyłem i poszedłem precz. Gdy wróciłem, system marudził, że nie umie zamknąć programów. Znaczy głaszcz mnie użytkowniku, pozamykaj i try again. Zamknąłem kilka programów, dłuższą chwilę trwała walka z edytorem Atom. Bardzo nie chciał się zamknąć i koniec końców używałem force quit. Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do podejścia linuksowego, gdzie system robi co mu się każe, bez szemrania i dodatkowego popychania – bardzo słabo to wygląda.

Jak już wszystko pozamykałem i w końcu się zrestartował, przypomniała mi się anegdotka o tym jak Windows liczy czas/postęp: ostatnie 5 min/5% trwa kwadrans/jedną trzecią czasu. Jak podczas pobierania wiało optymizmem, że będzie pół godziny, tak pół godziny to zbierał się po reboocie. To już nawet nie tylko Linux, ale nawet Windows jakoś szybciej sobie radzi z aktualizacjami.

Potem, po uruchomieniu, było z górki, za wyjątkiem jednego ostrzeżenia, które wyglądało tak:

Informacja o przestarzałym rozszerzeniu systemowym

Existing software on your system loaded system extension signed by „Fumihiko Kakayama”, which will be incompatible with a future version of macOS. Contact the developer for support.

Zgadza się, nie jest napisane o jaki program chodzi, za to jest imię i nazwisko developera, który podpisał rozszerzenie systemowe. Nie wiem jak czytelnicy, ale ja kojarzę jakiego softu używam, nie kto go jest developerem, a już o rozszerzeniach i osobach je podpisujących nie mam pojęcia. No ale ja truskawki cukrem… Odnośnika brak, w learn more również pustka.

W każdym razie szybkie wyszukanie ujawniło, że chodzi o Karabiner. I jestem trochę przerażony, bo bez tego softu macbook będzie dla mnie nieużywalny praktycznie, przynajmniej w zakresie pisania z pl-znakami. Mam nadzieję, że poprawią lub będzie inna opcja na przemapowanie klawiszy.

Trochę jestem zdziwiony, że nie jest napisane o którą wersję chodzi. Dużą? Małą? Najbliższą? Którąś kolejną?

Rozważania o wymianie laptopa

W związku z pandemią koronawirusa pojawiła się konieczność zdalnego nauczania. Spowodowało to wzrost cen kamer internetowych w Polsce. Wydały mi się na tyle drogie, że zacząłem się zastanawiać, czy nie prościej kupić cały poleasingowy laptop, z wbudowaną kamerą. I faktycznie, poleasingowe laptopy na Allegro w dość sensownych konfiguracjach „do internetu” (CPU i3/i5, dysk, system[1], 4 GB RAM, kamera) zaczynają się od 400 zł, przy zakupie od firm – pomijam detal. Trzeba uważnie czytać opisy często czegoś im brakuje. Na przykład nie ma baterii, albo są sprawne technicznie, ale mają uszkodzenia obudowy, rozmiar ekranu to tylko 12,5-14″. Niemniej da się znaleźć w pełni sprawne, a nawet takie do nauki wystarczą i o dolną granicę ceny chodziło. To oczywiście drożej, trochę niż sama kamera, ale… porównywalnie.

Pomyślałem jednak o czymś innym – czy warto, ze względu na pobór prąd wymienić laptopa na coś współczesnego? Nawet jeśli mamy do dyspozycji sprawny stary sprzęt. Powiedzmy jakieś C2D z 4 GB RAM i 95W zasilaczem. Trochę ponaciągałem, trochę uprościłem, wrzuciłem dane w kalkulator zwrotu i… się zdziwiłem.

Przyjąłem aż 8h działania laptopa dziennie. Pobór prądu nowego sprzętu na poziomie 15W (raczej zaniżony), pobór starego na poziomie 100W. Ten ostatni zawyżony, skoro zasilacz ma 95W, to rzeczywisty pobór będzie co najwyżej taki, w praktyce sporo mniejszy. Stary sprzęt już jest, nowy kosztuje 400 zł. Cenę prądu przyjąłem 55 gr/kWh, czyli sprzed podwyżek, ale zmiana nie była duża.

Okazało się, że laptop będzie się zwracał aż 3 lata. Bardzo długo, szczególnie, że nie nie mówimy tu o nowym sprzęcie, tylko używanym, więc nawet nie wiadomo, czy tyle „pożyje”. Oczywiście można rozważać inne korzyści, typu bogatsze wyposażenie (szczególnie, jeśli potrzebujemy kamery internetowej, a stary sprzęt nie ma), większa wydajność (dyskusyjne), ale ze względu na sam pobór prądu wymiana nie ma sensu.

Przypomniało mi się, że z podobnych względów nie kupiłem najbardziej oszczędnego sprzętu AGD do domu. Różnica była na poziomie 400-500 zł, co oznaczało zwrot ok. 5 lat, a na tyle szacowałem czas życia produktów. Tu patrząc z perspektywy akurat trochę żałuję decyzji, bo sprzęt działa już dłużej, ceny prądu rosną, ale… to wiem dopiero po fakcie. I nadal przy zakupie AGD nie zakładałbym, że podziała ponad 5 lat.

1. Zwykle Windows 7, ale można go zaktualizować do Windows 10, zresztą tu powinien wystarczyć Linux.

Ergonomia maców – system i software

W poprzednim wpisie o podobnym tytule było o hardware maców, pora zająć się softem i systemem. Będzie z ponad półrocznej perspektywy, ale muszę przyznać, że niewiele się od pierwszego wrażenia zmieniło. A nie ukrywam, że jestem rozczarowany. Mocno rozczarowany.

Pierwsze na co się naciąłem korzystając z macowego filesystemu to fakt, że jest prawie case sensitive. Prawie. Otóż lubię robić symlink download -> Download, bo wygodniej się wpisuje bez shift w konsoli. I co? I nie da się. Nawet nie ma sensownego komunikatu o błędzie.

Odnoszę wrażenie, że ergonomia maców generalnie jest chwalona. Spotkałem się z opiniami, że maci są wygodne, dopracowane, a system jest przyjazny. Tymczasem konfiguracja wyglądu kuleje i nie daje miejsca na dostosowanie do indywidualnych preferencji, nawet w podstawowym zakresie.

Pasek z zegarkiem, statusem Wi-Fi, stanem baterii itp. musi być u góry. Nie da się przesunąć go na dół i sprawdzić, by zawsze był widoczny. Nie i już – musi być u góry, a o tym, że ktoś chciałby cały czas mieć dostęp do zegarka itp. również jakby nie pomyślano – o tym niżej.

Na dole jest z kolei dock, który IMO jest totalnie nieprzydatny i – jak pisała Yzoja – zachowuje się dziwnie i nielogicznie. Na szczęście da się skonfigurować jego ukrywanie, więc kontakt z nim ogranicza się w zasadzie do „skaczących” powiadomień. Może są one ładne, ale na dłuższą metę irytujące. Na szczęście nie wyskakują często.

Przyciski do maksymalizacji, minimalizacji okien są po lewej stronie belki okna i nie da się tego zmienić. Dodatkowo brakuje przycisku do maksymalizacji okna takiej, aby pasek statusu był widoczny. Da się to osiągnąć klikając na belce okna, ale przycisku nie ma, a domyślna maksymalizacja ukrywa pasek z zegarkiem i nie da się tego zmienić konfiguracją. Jak dla mnie poświęcenie kikunastu pikseli ekranu to niewielka cena za stały dostęp do skrótu uruchamiania programów, statusu programu i kilku innych informacji.

Systemowy zegarek. Gdy zobaczyłem, że kliknięcie w zegarek nie pokazuje kalendarza, zupełnie zwątpiłem w zdrowy rozsądek twórców systemu. Funkcja bardzo przydatna, obecna i w Linuksie, i w Windows, nawet nie sądziłem, że tak często z niej korzystam. Nie znalazłem fajnego darmowego rozwiązania, które naprawia ten problem, ale przyznaję, że szukałem pobieżnie – i tak mam cały czas w pracy otwarty Google Calendar.

Przełączanie między programami – pisałem, że mi się podoba, bo przełącza nie kolejno, tylko na ostatnio używane, co jest nawet fajne. Niestety, jeśli mamy uruchomione dwie instancje tego samego programu, np. Firefox z dwoma różnymi profilami, to przełączanie cmd-tab nie działa między nimi i trzeba korzystać z innego skrótu: cmd-`. Czyli najpierw cmd-tab, by wybrać Firefoksa, potem cmd-`, by wybrać instancję. Korzystam na szczęście rzadko, bo jest to wyjątkowo niewygodne. Oczywiście możliwości zmiany zachowania brak. Jak cmd-c i cmd-v działające między wszystkimi aplikacjami są plusem, tak ww. jest analogicznym minusem. IMO bardziej upierdliwym.

Aplikacje i ich instalacja. Yzoja nazwała instalator aplikacji żartem dla kilkulatków. Faktycznie jest fatalnie. Oczywistą wadą w stosunku do Linuksa jest brak centralnego zarządzania pakietami. Nie da się jednym poleceniem/kliknięciem zaktualizować wszystkich aplikacji. Wymagana jest instalacja każdego programu z osobna, a aktualizacje żyją własnym życiem. Miało być łatwo (przeciągnięcie w celu instalacji), wyszło koślawo, bo każda aplikacja realizuje to trochę inaczej (np. pozwalając na różne wersje tej samej aplikacji lub nie), są też aplikacje instalowane zupełnie inaczej (brew, macports). Czyli nie jest to jeden sposób instalacji. Dodatkowo kwestię instalacji nowych wersji komplikuje wymuszanie zamknięcia działających instancji. A czasem po prostu wygodniej jest zainstalować nowszą wersję, dokończyć pracę w starej i dopiero wtedy zrobić restart.

Stabilność aplikacji pozostawia wiele do życzenia. LibreOffice Calc z arkuszem kalkulacyjnym, nawet pustym, wiesza mi się po kilkunastu sekundach. Na szczęście nie potrzebuję arkusza, tj. mam online. Może reinstalacja pomoże, tylko zastanawiam się, co poszło nie tak, bo wersję mam najnowszą…

Virtualbox nie jest szybki (w porównaniu z natywnym linuksowym KVM), ale to jakby niekrytyczne i jestem w stanie wybaczyć. Za to po wybudzeniu z uśpienia zużywał 100% CPU i powodował radosne wycie wiatraków, a tego wybaczyć nie mogę. Drążyłem temat, dobrzy ludzie z supportu desktopów w firmie podpowiedzieli polecenia diagnostyczne (konsola, dużo konsoli), w logach padały często odniesienia do dźwięku i faktycznie – po wyłączeniu dźwięku w wirtualkach jest spokój. Ponieważ moje VMki to raczej serwery, to brak dźwięku w nich mnie nie boli, ale wada pozostaje wadą.

Skoro przy dźwięku jesteśmy to kolejna sprawa. Korzystam ze stacji dokującej (Belkin), do której podłączone mam słuchawki. Po odłączeniu od stacji dźwięk przełącza się na wbudowane głośniki, po podpięciu z powrotem do stacji wraca na słuchawki. Prawie zawsze, bo czasem nie wróci i trzeba klikać w ustawieniach systemowych. Urządzenie jest widoczne, więc nie wiem o co mu chodzi. W każdym razie i w zakresie współpracy ze stacją dokującą ergonomia maców pozostawia sporo do życzenia.

Ja rozumiem, że I don’t like the bugs, but the bugs like me zobowiązuje, ale jak dla mnie macOS łączy najgorsze cechy Windowsa i Linuksa i zdecydowanie daleko mu do wygodnego, bezproblemowego systemu, działającego OOTB, jak niektórzy próbują go przedstawać. YMMV