Skład Kreta, usuwanie kamienia i inne domowe tematy.

Nie wiedzieć czemu, tematy związane z utrzymaniem domu są niezwykle popularne wśród czytelników. Ponarzekałem nieco na Kreta i widzę w statystykach częste pytania o skład tego produktu. Zatem wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu…

Kret

Źródło: http://www.kaczuszka.co.uk/shop/product/chemist-medicines/kret-pipe-cleaner/58/

Magii tam żadnej nie ma – Kret to po prostu wodorotlenek sodu (NaOH) w różnym – zależnym od producenta – stężeniu. Dodatkowo są tam granulki aluminium (w sumie nie są krytyczne, ale wspomagają reakcję). Bardziej zainteresowanych odsyłam do tego wątku, który radzę przeczytać w całości, bo sporo bzdur i uproszczeń się pojawia.

 

Wracając do Domola (jakiś produkt niemiecki, tylko polska papierowa naklejka i instrukcją) – całkiem fajny jest i nauczył mnie paru rzeczy. Po pierwsze, nie pryska i nie śmierdzi. Prawdopodobnie zawdzięcza to używaniu zimnej, a nie gorącej wody. Myślę, że w przypadku Kreta będzie identycznie. Po drugie, nie 15 minut, tylko pół godziny. I faktycznie czyści dobrze. Nawet bardzo dobrze. Niestety, nie podali procentowej ilości wodorotlenku sodu, więc nie wiem, czy dłuższy zalecany czas wynika to ze stężenia, czy z użycia zimnej wody.

Skoro przy domowych sposobach jesteśmy, to kiedyś pisałem o tanim, domowym sposobie na usuwanie kamienia. Nie tylko z muszli – ogólnie ocet działa w tym zakresie cuda. I też całość opiera się na prostej reakcji chemicznej.

Jeśli gdy nie chcemy, żeby nam śmierdziało (szczerze mówiąc mi po chwili zapach nie przeszkadza), możemy do usuwania zamiast octu użyć kwasku cytrynowego. W szczególności do czajników itp.

 

World of Goo – po promocji.

O częściowych wynikach już pisałem w poprzednim wpisie, teraz pojawiło się pełne podsumowanie. Można zauważyć parę ciekawostek, szczególnie ze względu na Linuksa i gry.

Po pierwsze, kwoty wpłacane na koniec promocji były wyższe, niż na początku. W ostatnich dniach średnia dziennie wpłacana kwota wzrosła do ok. 3 USD. Interesujący jest też rozkład wpłacanych kwot w rozbiciu na system operacyjny. Windows to przeciętnie 2 USD, Mac – 2,5 USD. Jeszcze więcej mają Linuksy różnej maści, przy czym najwięcej użytkownicy pochodnych Debiana (pewnie głównie Ubuntu) – 3,5 USD. Ktoś mówił, że linuksiarze to nie rynek na gry?

Interesujący jest też podział ilościowy – Windows 65% ogółu kupionych wersji, Mac – 18%, Linux – 17%, z czego same debianopochodne to 8% ogółu sprzedanych kopii. Oczywiście trudno uogólniać wynik pojedynczej promocji na całość rynku, ale wygląda, że Linuksy to znacznie więcej, niż – często przytaczane – 1-3% rynku.

Ostatecznie w czasie promocji urodzinowej sprzedano 83 tys. kopii gry. Średnia cena nie została podana, ale ze względu na wzrost średniej ceny w ostatnich dniach na pewno jest wyższa niż 2,03 USD (i na pewno niższa, niż 3 USD), co oznacza, że urodziny przyniosły firmie ok. 200 tys. USD przychodu.

Zainteresowanych zapraszam do źródła, czyli wpisu na blogu producenta, tam też ciekawe porównanie hojności mieszkańców danego kraju na podstawie PKB i wpłacanej kwoty, zestawienie średniej per kraj, no i dane źródłowe.

Plus, podziękowania dla Zala za info o całej akcji.

Wpadka AdTaily z logowaniem.

W piątek, 23.10.2009 część użytkowników AdTaily nie mogła zalogować się do portalu (np. w celu zmiany ustawień) – otrzymywali komunikat o błędym haśle. Co więcej, przy próbie przypomnienia hasła, otrzymywali informację, że ich email nie istnieje w bazie danych. Sprawa jest wyjaśniona, ale stanowisko AdTaily nie do końca mi się podoba, stąd moje stanowisko w tej sprawie.

Na początek fakty. Po pierwsze, uruchomiony został osobny, angielski serwer AdTaily (adtaily.eu – dead link). Po drugie, w piątek ludzie z AdTaily byli na prezentacji w UK, dlatego ustawili przekierowanie na jeden dzień (link). Po trzecie, przekierowanie było robione przy pomocy JS, wyłącznie na podstawie obecności języka angielskiego w ustawieniach przeglądarki (link). Po czwarte, część ludzi miała problem z zalogowaniem się do serwisu (czyli awarię). Po piąte, AdTaily nie pofatygowało się, by zamieścić jakąkolwiek informację na swoim blogu czy blipie.

Ponieważ temat jest – przynajmniej dla mnie – za długi na flakera, gdzie wywiązała się dyskusja na ten temat (dead link), przedstawię moje zdanie. Po pierwsze, stawianie osobnych serwerów dla wersji językowych jest złe. Rozumiem argument o problemach z przeliczaniem (o tyle, że trzeba to dorobić i przetestować, z drugiej strony wiele serwisów sobie z tym radzi bez problemu), ale osobny serwer dla każdej wersji językowej to nieporozumienie. Wystarczy pomyśleć o dwóch wersjach: zdublowane maszyny dla 4 języków w wersji z osobnymi serwerami (8 maszyn) i bez niej (2 maszyny). Oczywiście, koszt maszyn to nie wszystko, dochodzą kwestie load balancingu (no właśnie…), i skończonej wydajności pojedynczych maszyn (no właśnie…) ale i tak zapowiadane jest merge’owanie kont – przynajmniej tych występujących na obu serwisach – więc logikę i tak trzeba będzie opracować i zaimplementować.

Konferencja – się zdarza (i bardzo dobrze, trzeba się rozwijać, także na nowe rynki). Podejrzewam, że AdTaily nie było zbytnio do niej przygotowane, jeśli chodzi o np. materiały reklamowe, więc często (tylko?) pojawiało się na nich .com zamiast .eu, stąd pomysł jednodniowego przekierowania. Niegłupie (jedyne w tamtej sytuacji?) rozwiązanie, z kategorii tymczasowych.

Wykonanie przekierowania. Totalnie nieprzemyślany dramat, jak dla mnie:

function redirect_to_english_version() {  if (navigator.language.match(/en/) && (parent.document.URL == 'http://adtaily.com/' || \parent.document.URL == 'http://www.adtaily.com/')) {    window.location = 'http://adtaily.eu'  }}redirect_to_english_version();

Całkowicie pominięty fakt, że angielski jest językiem międzynarodowym, że sporo polskich użytkowników akceptuje także treści angielskie (TBH, chyba więcej angielskich czytam, niż polskich – polska to zaścianek jeśli chodzi o wiedzę, a jeśli chodzi o newsy, to jest 24-72h za resztą świata) i że polscy użytkownicy (na szybko: 1, 2, 3, 4) nie mają czego szukać na osobnym, angielskim serwisie. Inna sprawa, wiedzenie lepiej, czego user chce i podstawianie innego serwisu na podstawie wersji językowej to bzdura. Rozumiem, podstawić przetłumaczoną treść czy serwować z innej lokalizacji geograficznej…

Śmiem twierdzić, że skutki przekierowania nie zostały (dokładnie) przemyślane. Gdyby zostały, to – mam nadzieję – pojawiła by się choćby krótka wzmianka na blogu i/lub blipie. O takiej perwersji jak ingerencja w kod i dodanie jednej linii tekstu przy komunikacie z błędem logowania nie wspominam.

Wyszło jak wyszło (dla mnie brak możliwości logowania to awaria, a podejście „przekierowanie tylko na dziś” jest nieprofesjonalne), szkoda tylko, że niektórzy AFAIK dość blisko związani z AdTaily, będący w kraju, znający sytuację i rozwiazanie, nie mogli jakiegoś oficjalnego info wrzucić.

Ze swojej strony mam nadzieję, że było warto (i dla twórców i dla userów) i że na przyszłość będzie to bardziej przemyślane i przyjaźnie dla userów zrobione.

Bo takie akcje IMHO nie wpływają dobrze na – i tak nienajlepszy (to akurat zdanie osoby, której poleciłem serwis; nie chciałbym się publicznie na ten temat rozpisywać) – wizerunek serwisu. Brak „skopaliśmy, przepraszamy” też nie.

World of Goo – urodziny przedłużone.

Jak pisał Zal, gra World of Goo z okazji urodzin została przeceniona na „płacisz tyle, ile chcesz”. Promocja miała skończyć się 19. października, ale – szczęśliwie dla mnie, bo zapomniałem kupić – została przedłużona do 25. października. Przy okazji, firma ujawniła wyniki promocji.

Jak można wnioskować po przedłużeniu promocji, okazała się ona – z punktu widzenia firmy – sukcesem. Na promocji, do dnia 19. października, grę kupiło ok. 57 tys. ludzi, a przeciętną płaconą ceną było 2,03 dolara, z czego przeciętnie 13% poszło na prowizję dla PayPal, co daje i tak 100 tys. USD (przed podatkiem).

Najwięcej ludzi, bo prawie 17 tys., zapłaciło najmniej, ile się da, czyli jednego centa. Następna duża grupa (prawie 16 tys.), to ludzie płacący 1 do 2 dolarów. Pamiętać trzeba, że gra nie posiada żadnych zabezpieczeń przed kopiowaniem, dostępne jest demo, więc pewnie spora liczba jednocentówek to legalizacje wersji pirackiej, ewentualnie ludzie, którzy chcą zrobić kuku producentowi (się przeliczą, nie dopłaca) lub PayPalowi (może, może…).

22,7% ludzi deklarowało w ankiecie, że płacą tyle, bo na tyle mogą sobie aktualnie pozwolić, 22,1% zadeklarowało, że podoba im się ten model dystrybucji i dlatego chcą go wesprzeć.

Czy można mówić o sukcesie takiego modelu dystrybucji? Moim zdaniem – tak. Najważniejsze jest oczywiście zdanie firmy, ale warto popatrzeć na sam histogram wpłacanych kwot. Sporo ludzi wpłaca połowę lub ćwierć ceny sugerowanej. Trzeba też pamiętać o tym, że większość ludzi, którzy kupili grę w promocji, za niską cenę, bez promocji nie kupiła by jej wcale.

A ja? Na pewno kupię. Za ile? Pewnie za okolice równowartości piwa w pubie. Szczerze mówiąc, na tą chwilę nie mam nawet gdzie jej przetestować, bo akceleracja 3D mi nie działa.

Więcej danych nt. przedłużenia promocji, dane źródłowe itp. na blogu producenta gry.

Dzień dzielenia.

Dzisiejszy dzień chyba tak muszę nazwać, bo udostępniłem publicznie dwa moje „dorobki”. Zawsze coś tam człowiek sobie rzeźbi, a potem się okazuje, że innym też się może to przydać. Rzeźbiłem i ja.

Pierwsza rzecz, to moje filtry do adblocka. Jest to coś, co chyba każdy używający adblocka tworzy w większym lub mniejszym stopniu. Ja zawsze miałem problem z ich synchronizacją między przeglądarkami (nie tylko moimi). A większość ludzi nie lubi agresywnego flasha czy migoczących reklam, jeśli ma wybór. Dlatego dostępna będzie moja stronak z filtrami do adblocka, można sobie dodać jako subskrybcję.

Jak napisałem, całość jest moja, dla mnie i mocno subiektywna. Nie narzekać, jak komuś coś nie będzie pasować czy nawet przestanie działać jakaś stronka. OTOH, może się przydać komuś. U mnie sieć wygląda dużo lepiej z tymi filtrami.

Przypomniało mi się o tym, jak zacząłem surfować przy użyciu Opery (na potrzeby pewnego eksperymentu, o tym innym razem), bez żadnych adblocków. Było znacznie wolniej, pstrokato i mniej czytelnie. Wyskakujące flashe na pół ekranu, zasłaniające treść zasadniczą. Zdecydowanie wolę sieć z adblockiem.

Druga rzecz, to coś, co dawno miałem zrobić, czyli udostępnienie mojego szablonu joggerowego. No, mojego jak mojego, generalnie jest to zmodyfikowany szablon simpla, który jest dostępny domyślnie na Joggerze (niestety z kilkoma błędami). Tu do pobrania szablon główny oraz szablon komentarzy. Oczywiście należy tam jeszcze dograć CSS, skrypty JS, dokonfigurować grafiki. Bardzo łatwo (stawiam, że w 10 minut) można mieć taki wygląd, jak na moim starym blogu (niezły, jak na gotowca), z oceną wpisów itp. Może d4rky się weźmie i wrzuci na ponoć powstającą wiki joggerową. Generalnie więcej zrobione, niż mniej, bo akurat znalazł się chętny na gotowca… Enjoy!

No i jeszcze dwa słowa o tym blogu. W prawej szpalcie pojawił się banner kampanii anybrowser. W skrócie chodzi o to, aby cała strona była czytelna pod każdą przeglądarką, bez specjalnych wymagań (flash, JS, grafika). Bliska mi idea, przyznam. Szczególnie, jeśli rozciągnie się ją na niewidomych, niedowidzących, komórki itp. Plus, większą czcionkę dałem. Chyba lubię duże (ale nie krowiaste) litery w treści. Niby każdy może sobie dostosować, ale..

 

Kret – produkt drażniący.

Kret

Żródło: http://www.kaczuszka.co.uk/shop/product/chemist-medicines/kret-pipe-cleaner/58/

Do tej pory korzystałem z Kreta w wersji w granulkach. Wady on miał, bo stosowany wg instrukcji potrafiło prysnąć i smród pierwsza klasa generowało, na całe mieszkanie. Taki, że w płucach pali. Ale czyścił.

Coś mnie podkusiło, czy gdzieś wyczytałem, że jest skuteczny żel do czyszczenia odpływów. Co prawda po głowie chodziło żółte opakowanie, ale koniec końców, z niewiadomych przyczyn został nabyty – drogą kupna – Kret w żelu.

Instrukcja zachęcająca – słowa o wrzątku nie ma, skład zachęcający. Dziś zastosowałem. Mam wrażenie, że to jest jakiś delikatny czyścik, a nie środek do udrażniania rur.

Jedyne z czym mogę się zgodzić, to napis produkt drażniący. Owszem drażni. Drażni to, że nie udrażnia, drażni to, że schodzi całe opakowanie na trzy odpływy. Drażni zapach – śmierdzi mniej, niż granulkowy brat, ale jednak śmierdzi. Jeśli chodzi o skuteczny środek do udrażniania rur, to Kret w żelu nim nie jest.

Zatem powiadam wam, czyściciele odpływów, nie idźcie tą drogą!

UPDATE: Gwoli ścisłości, chodzi o produkt w granatowym opakowaniu z napisem 3 w 1. Jest jeszcze czerwony w płynie. A kupiłem Domol w granulkach. Straszne rzeczy na instrukcji, wygląda, że dobry. 😉

Adres IP jako dane osobowe.

W ostatnich dniach GIODO zaszalał nieco i przyczepił sie do blox.pl w sprawie publikowanych adresów IP, że niby są to dane osobowe. Szerzej pisał o tym Dziennik Internautów. Zdania na ten temat są oczywiście podzielone. Przeczytać można wypowiedź prawnika, który twierdzi, że IP to nie dane osobowe. Tymczasem prawda leży – jak to często bywa – pośrodku.

Z jednej strony oczywistym jest, że adres IP to żadna dana osobowa (i – moim zdaniem – GIODO się wygłupił, jeśli z pełną powagą postawił taki zarzut). Tak samo daną osobową nie jest pozycja geograficzna (niebawem również wysyłana przeglądarką), kod pocztowy, samo imię, numer telefonu. Niemniej, w określonych okolicznościach, każda z tych danych może jednoznacznie określać osobę. Wystarczy mieszkać w odpowiednio odludnym miejscu czy mieć wystarczająco mało popularne imię, by można było na ich podstawie jednoznacznie określić osobę.

Jednak co innego wymagania prawne, a co innego dobre praktyki. W jakim celu pokazywać cały adres IP niezalogowanego komentującego wszystkim (także niezalogowanym)? Po co ułatwiać określenie tożsamości osoby, jeśli ta wyraźnie tego nie chce? Tym bardziej, że nie są w tym przypadku równo traktowani wszyscy. Użytkownicy Neostrady są – z racji wymuszanej co 24h zmiany IP – znacznie bardziej anonimowi, niż użytkownicy kablówek o względnie stałych (tygodnie, miesiące) IP.

Rozumiem, że administrator serwisu czy ew. właściciel bloga mogą mieć dostęp do tych danych (a nawet powinni – choćby do celów moderacyjnych, poza tym właściciel łatwo może wstawić odpowiednie narzędzia pokazujące adres IP, albo i znacznie więcej na stronę), ale jakie znaczenie dla pozostałych ludzi ma to, czy ktoś podpisujący się Anonim łączy się z adresu 100.101.102.103, czy z 100.101.102.*. a nawet z 100.101.*.*? Żadne, dopóki nie chce się go namierzyć. A namierza się zwykle w dwóch przypadkach: aby zrobić kuku nielegalnie (wszelkie kwestie plotkarsko-mobbingowo-przestępcze), lub zrobić kuku legalnie (np. komentujący złamał swoim komentarzem prawo). Przy czym w tym drugim przypadku powinna robić to policja/prokuratura i im adres IP na widoku nie jest potrzebny.

Dlatego uważam, że świetnie sprawa adresów IP jest potraktowana w serwisie Hattrick. Dla reszty użytkowników widoczne są jedynie pierwsze dwa oktety adresu IP (czyli widać 100.101.*.*) adresu IP. Resztę widzą (zapewne) administratorzy i moderatorzy.

Świadomość mechanizmów działania internetu i pozostawianych śladów o sobie jest w społeczeństwie nikła (mam wrażenie, że na szczęście dla wielu moderatorów). Lekkomyślne podejście do anonimowości (tej małej, pozornej, na potrzeby ukrycia się przed sąsiadem/współpracownikiem, bo dla policji/prokuratury anonimowi nie są) użytkowników owocować będzie raczej wzrostem popularności narzędzi typu tor, które ułatwiają ukrycie tożsamości na znacznie większą skalę.

Administratorzy blox.pl powinni pamiętać o przytoczonym numerze telefonu (który też daną osobową tak po prostu nie jest, choć może pozwalać na jednoznaczne zidentyfikowanie danej osoby). Praktycznie każdy operator pozwala na jego niepokazywanie innym użytkownikom, przy zachowaniu pełnej informacji o numerze dla siebie. Wydaje mi się, że byłoby dobrze, gdyby adresy IP były traktowane podobnie. Poza warstwą techniczną nie muszą być publicznie widoczne.

Pomysł na grę.

Tak sobie dziś surfowałem po necie z pociągu i widzę, że pomysł na podobną grę mają prawie wszyscy.

Ja myślałem o czymś podobnym, tylko w średniowieczu. Wielu graczy gra przez przeglądarkę. Każdy w swoim państwie. Normalnie określają, czy chcą wydobywać surowce (pracować), trenować jakąś umiejętność. Raz na jakiś czas król (mający wgląd w statystyki i zasoby regionów) robi pobór na na bitwę o wskazane tereny i każdy zarządca skrawku królestwa musi wystawić iluś ludzi, sprzęt itp. Zarządcy rekrutują u siebie (z wglądem w statystyki) i tu kończy się część przeglądarkowa.

Nieszczęśnicy (którzy się nie wykupili) określonego dnia idą na wojnę (różne rodzaje wojsk), a tam szczęściu można nieco pomóc (lepszym sprzętem, sprzęt podczas walk się zużywa, ale ci, którzy przetrwają mogą znaleźć jakieś fanty), ale tylko nieco… Sama bitwa już FPP lub coś b. podobnego. Zarządcy pełnią rolę generałów i mogą wydawać rozkazy (np. trębaczem) oddziałom. Król może komunikować się z generałami i ma podgląd na część strategiczną. Generałowie widok taktyczny. Szeregowi gracze – FPP.

W sumie wymagania nie byłyby aż tak straszne – pewnie można by podzielić pole bitwy na heksy i symulować tylko dany hex dla graczy FPP (oczywiście gracz może przejść do innego heksu). Po stracie określonej liczby ludzi oddział przestaje istnieć (ci, z oddziału, którzy przetrwali zachowują życie, ale tracą ekwipunek). Po utracie określonej liczby oddziałów/zajęciu określonych heksów dana armia przegrywa.

Zwycięzcy znajdują część porzuconych fantów, ci, co przetrwają dostają punkty doświadczenia (pozwalające kupić umiejętności i np. pozwalające na wyświetlenie dodatkowych informacji typu sytuacja na sąsiednich heksach podczas kolejnej bitwy) i mogą być mianowani zarządcami przez króla (na zdobytych ziemiach lub w miejsce tych, którzy polegli/zostali zdegradowani).

Osadzenie w średniowieczu eliminuje problem ogromnego serwera – w sumie w jednym heksie przebywa kilkunastu ludzi, resztę zasłania kurz. Jedyny problem z początkową fazą gry, gdzie w grę wchodzą łucznicy/kusznicy, ale pewnie do przeskoczenia. Problemem mogłaby być bariera wejścia i spora losowość (przy odrobinie pecha można dostać śmiertelną strzałę bez oddania jednego ciosu), ale tak to już jest… 😉

Tak patrzę, to całkiem sporo ludzi miałoby ochotę w coś podobnego pograć.

Koniec poczty na porcie 25, witamy porty 587 i 465 – TPSA list otwarty.

Już jakiś czas temu pisałem o nadchodzącym końcu wysyłki poczty przez port 25 dla klientów Neostrady. Po tegorocznym PLNOG TPSA wystosowało list otwarty zachęcający dostawców poczty do współpracy. W szczególności do opracowania instrukcji zmiany sposobu wysyłki przez klientów i podesłania linka, dzięki czemu będzie łatwiej dostępny dla klientów. Na razie są tam instrukcje od „dużych”.

Przy okazji jest łatwiejszy do zapamiętania link opisujący obsługę poczty z wykorzystaniem portów 587 i 465 w Neostradzie i zmianę polityki antyspamowej TPSA.

Gołąb.

Wychodzę dziś z domu, patrzę, a na klatce schodowej siedzi gołąb. Przerażony okrutnie, lekko zmierzwiony. Widać, że po przejściach. Nie wiem, skąd się wziął, przypuszczam, że wleciał otwartymi drzwiami jakoś. W każdym razie były takie puchowe piórka gdzieniegdzie na piętrach niższych.

Żeby wypuścić, musiałem przejść obok, bo siedział na schodach. Oczywiście się przestraszył i próbował wylecieć przez zamknięte okno. Tragiczny widok, taki gołąb próbujący wylecieć przez zamkniętą szybę. Na szczęście nic mu się nie stało, a po chwili odleciał w bezpieczne miejsce.

Otworzyłem okno, pokazałem, gdzie ma lecieć. Chwilę pomyślał i poleciał, prosto, prościuteńko. Ładny widok, mimo, że za gołębiami nie przepadam.

Tylko nasrał na klatce, skubany.

Chcą nas zabić!

Wczoraj rano wyjrzałem za okno. Deszczowo, a raczej mokro. Wczoraj było zimno, więc zapowiadało się nieciekawie. Wyszedłem po bułki i… uderzyła mnie ciepła, niemal wiosenna pogoda. Do tego zapach… trochę jakby wilgotny stary drewniany garaż. Garaż, bo spaliny, olej z jezdni itp., a drewniany, bo pachniało mokrym drewnem, niemal jakimś pomostem. Tylko bez zapachu jeziora.

Temperatura taka, że w zasadzie można by chodzić w samej koszulce, ale i w bluzie nie było za ciepło. Tak akurat.

Potem, jadąc do pracy, wsiadłem do tramwaju (parę dni nie jeździłem, to trochę odwykłem). Usiadłem. Dostałem strzał gorąca od rozkręconego na maksa ogrzewania. Bo oczywiście MPK wychodzi z założenia, że ludzie wchodząc do tramwaju są ubrani tak, jak w biurze, a nie tak, jak na przystanku. I mamy mrozy. Logiczne.

I tak sobie myślę, że sporo zachorowań wywołanych jest właśnie takim naprzemiennym przegrzaniem i wyziębieniem. I nie rozumiem po co w tramwajach ogrzewanie (przy braku mrozu). Zwłaszcza rozkręcone na maksa.

Demokracja? Manipulacja!

Demokracja to taki fatalny system, ale nikt nie wymyślił lepszego. Ostatnie wydarzenia ładnie pokazują, na czym polega słabość tego systemu.

Chodzi oczywiście o Traktat lizboński i Irlandię. Był to jedyny kraj, w którym o przyjęciu bądź odrzuceniu traktatu decydować miało ogólnopaństwowe referendum, a nie wyłącznie grupa trzymająca władzę. Wstrzymam się w tym momencie od komentarza, czy tak ważne decyzje powinno podejmować całe społeczeństwo.

Referendum w tej sprawie odbyło się 12 czerwca 2008. Wynik? Około 53% głosów przeciw. I gdyby taki wynik był po myśli grupy trzymającej władzę, to byłby koniec. Ale nie był. Ruszyła medialna machina tłumacząca ludziom, czemu nie chcieli, czemu nie mieli racji i że w ogóle źle głosowali. Normalna propaganda, czy może raczej indoktrynacja. Oczywiście za państwowe (unijne?) pieniądze.

Po nieco ponad roku badania wykazały, że ludność jest już tak propagandą urobiona, że wynik głosowania będzie inny, więc 2 października 2009 referendum… powtórzono. Tym razem wszystko poszło o myśli grupy trzymającej władzę, więc zapewne kolejnego referendum nie będzie.

Morał? Drodzy wyborcy! Będziecie głosować będziecie tak długo, aż wybierzecie dobrze. To jest właśnie demokracja. Czy też manipulacja. Ludzie są coraz bardziej ogłupieni medialną, profesjonalnie przygotowaną, kosztującą grube pieniądze papką. Decydują niezdecydowani. Ci, których najłatwiej przekonać (omamić?) do swych racji. I to jest największa słabość obecnej demokracji – rządzą pieniądze i pustosłowie. Tak sobie myślę, do czego nas to zaprowadzi? Kolejny 1933?

Jogger i blox – porównanie.

Niedawno na kanale IRC padło pytanie, jak to mi na tym blox.pl jest. Ponieważ minał trzeci miesiąc, to uważam, że mogę pokusić się o małe, subiektywne porównanie z Joggerem.

Na początek rzeczy dobre: blox.pl jest prosty. Czasem prosty do bólu i nie na wszystko pozwala (chociaż jak patrzę na niektóre blogi, to myślę, że po prostu nie umiem, lub jest to mocno nieintuicyjne), ale generalnie można wziąć gotowy szablon, który nie rani uczuć estetycznych, dostosować go kilkoma kliknięciami w opcjach i go używać, bez konieczności doktoryzowania się z tagów typu COMMENT_BLOCK_NOT_EXIST, jeśli chcemy coś zmienić. Default jest sensowny, a doprowadzenie do obecnej wersji wymagało co prawda grzebania w kodzie, ale było to kilka zmian cyferek i wyhaszowanie kilku linii (grafiki). Z drugiej strony – nadal nie wiem, jak umieścić coś swojego pod każdym wpisem (OTOH zrezygnowałem z oceniania wpisów, wiec nie szukałem), chociaż wiem, że się da (widziałem u kogoś outbrain.com). Dokumentacja jest wystarczająca w obu przypadkach.

Kontynuując dobrą passę: zabezpieczenia przed niechcianymi użytkownikami/komentarzam są o niebo lepsze, niż na joggerze. Rozbudowany system kontroli, od moderowania komentarzy, trackbacków (Jogger do tej pory nie ma moderowania trackbacków, co – jeśli komuś by zależało – umożliwia efektywne, automatyczne spamowanie w komentarzach), przez elastyczny system blokowania po IP/domenie czy po określonych wyrazach. No i oczywiście można blokować użytkownika po loginie (i można wymusić, bo komentować mogli tylko zalogowani). Jogger się chowa.

Miejsce. Na blox.pl dostajemy 30 MB na pliki, przy czym, jeśli dłużej istniejącemu (ponad 5 m-cy) blogowi będzie się kończyło miejsce, to dostanie kolejne 5 MB (w sumie nie jest jasno określone, czy jednorazowo, czy w miarę potrzeb co miesiąc, podejrzewam to drugie). Na jogger.pl takich luksusów nie ma (dostajemy 1 MB, co jest wartością śmieszną), można się posiłkować – ocierającym się o abuse – osadzaniem plików graficznych w treści…

Statystyki to kolejna sprawa, w której blox.pl wypada lepiej. Statystyka wejść ze stron jest fajna i zbliżona do tej ze stat4u.pl w tym zakresie. Dla niewymagających – bardzo fajne i w pełni wystarczające. Wymagający i tak skorzystają z czegoś innego. Jogger co prawda miał dobre zamiary z webalizerem, ale wykonanie jest fatalne i de facto poza transferem niczego sensownego nie można się było z tych statystyk dowiedzieć. A transfer na cudzym hostingu to nie jest przecież coś, co szczególnie usera interesuje.

Wady blox.pl to brak integracji z jabberem (coś tam jest, ale tylko dla jabber.gazeta.pl, więc się nie liczy). Za to są SMSy i MMSy, których brak na Joggerze. Dla mnie wada, bo SMSów nie piszę, a z jabbera korzystałem. Minus dla blox.

Irytujące na blox.pl są ograniczenia na typu zamieszczanych plików (chodzi o rozszerzenia). Brak rozszerzenia .torrent jestem w stanie jakoś zrozumieć, ale brak .gz i .tgz? Przesada. Miałem zgłosić buga, ale ciągle zapominam. Na joggerze mogłem zamieścić cokolwiek, ale co można zamieścić w 1 MB? Niewiele.

Brak poziomów wpisów na blox.pl. Wpisuję dla porządku jako wadę, bo nigdy nie uważałem tego za realne zabezpieczenie (nie tylko z uwagi na dziury w zabezpieczeniach), choć z funkcjonalności – dla porządku – korzystałem. Po prostu, dla własnego dobra, jak nie chcesz, żeby coś było publicznie dostępne, to nie wrzucasz tego do sieci (bez ciężkiego krypto, przynajmniej).

Inne sprawy… Żadna z platform nie wspiera wersji językowych (taki zarzut padł na kanle, więc opiszę). W obu można założyć drugie konto (w przypadku Joggera – płatne SMSem) lub korzystać z kategorii. Remis.

Społeczność Joggera, tak podkreślana i coś, czego nie zrozumiałem nigdy. Cóż. Jak dla mnie to bardziej zawężony krąg odbiorców, po prostu. Jak widzisz ciągle te same nicki, to może i odczuwasz więź społeczną. Ja nie. Blox nie ma społeczności jako takiej. Czytam kilka blogów na blox.pl i raczej nie powtarzają się komentujący, a jeśli nawet, to raczej ze względu na znajomość pozablogową. Za to komentarzy od użytkowników jest na Joggerze zdecydowanie więcej, choć częściej są to onelinery i płytkie kłótnie – czyżby kłaniało się komentowanie przez komunikator?. A może po prostu ludzie lepiej się znają, więc komentują częściej? Tak czy inaczej plus dla Joggera.

Przedostatnia rzecz, to „promowanie” różnej maści. Jogger ma stronę główną, blox też. Tyle, że wpis na głównej (najnowsze) w blox jest widoczny w ciągu dnia kilka-kilkanaście minut. Dla wpisów technicznych na Joggerze jest wydzielony techblog (zamieścić wpis na techblogu może każdy, ale wpisów jest niewiele). Z kolei blox ma Syndykat, czyli wydzielone blogi i ma służyć oddzielaniu sygnału od szumu. Trudno się dostać do Syndykatu, za to wpisów jest dużo. Plus, blox ma kategorie tematyczne blogów. Ciekawa sprawa, na znalezienie podobnych blogów. Jogger musi w tym zakresie posiłkować się zewnętrznymi serwisami (znam w tym zakresie tylko folksr.com, który niestety nie jest zbyt popularny). Około remisu, ale ze wskazaniem na blox.

Ostatnia sprawa to ilość odwiedzających. Ktoś przepowiedział, że jak przeniosę się na blox, to nikt nie będzie czytał i znudzi mi się pisanie. Trochę racji w tym stwierdzeniu jest, trochę nie ma. Ilość odwiedzających spadła, to fakt. Obecnie lekko ponad tysiąc UU miesięcznie, gdzie z samych wyszukiwarek na blogu joggerowym jest ok. półtora raza więcej. OTOH nijak ma się to do chęci pisania, poza tym, pogadamy za trzy lata… 😉

Podsumowując: na punkty serwisy wypadają podobnie (niby jeden punkt więcej dla blox), choć zdobywają je w zupełnie innych aspektach (jak ktoś chce podpiąć własną domenę, to blox odpada). Celowo nie oceniam kontaktu z administatorami i ogólnie ich podejścia. Raz, że za mało miałem z nimi kontaktu w przypadku blox (choć bardzo pozytywny), dwa, że ich postawa była bezpośrednią przyczyną rezygnacji z Joggera.

UPDATE: Jeszcze, gwoli ścisłości, słowo o Syndykacie. Niby są tam blogi istniejące dłużej niż 6 miesięcy i regularnie aktualizowane, ale jak patrzę na kategorię Komputery i internet, to w 10 blogach widzę ostatnie wpisy m.in. z maj, sierpień, początek września, kwiecień, wrzesień. Trochę śmierdzi trupem.