Niezgoda na brak zgody

Ostatnio w okolicach ruchów pro- i antyszczepionkowych na Facebooku głośno o sprawie rodziców z Białogardu. Dla nieznających krótkie przypomnienie: przyjechali do szpitala rodzić; nie wyrazili zgodę na żadne czynności medyczne w tym podgrzewanie, szczepienie itp. Lekarz zareagował podaniem sprawy do sądu, który w trybie przyspieszonym, już po paru godzinach ograniczył prawa rodzicielskie w zakresie opieki zdrowotnej nad dzieckiem i lekarze mogli dokonać procedur. Rodzice zareagowali „kradzieżą” (zabraniem) dziecka ze szpitala i są poszukiwani.

Przyznaję, że kupy mi się to nie trzyma. I zupełnie nie będę tu dyskutował nt. „jak to jest w innych krajach” ani „czy szczepić”. Sensu nie trzyma mi się to z innego powodu: jeśli się o coś kogoś pyta lub pozwala mu się nie wyrazić na coś zgody, to należy tę decyzję uszanować. Reakcja rodziców nie dziwi mnie w żaden sposób. I w sumie nie bardzo widzę podstawy do poszukiwania, nawet przy ograniczonym prawie do opieki zdrowotnej (co też uważam za bzdurę). Dziecko jest zdrowe, więc opieki medycznej nie wymaga.

Absurdalna jest też sytuacja, że czekano parę godzin na wyrok sądu, zapewne naruszając przy okazji prawo do obrony (sorry, ale nie widzę jakoś matki parę godzin po porodzie na sali). Ogrzewać dziecko można na kilka sposobów, skoro wytrzymało kilka godzin, to nie było bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia. A rodzice będą się opiekowali dzieckiem przez resztę życia. I nie przypuszczam, by chcieli dla dziecka źle.

Z pewnością utracono możliwość jakiejkolwiek kontroli zdrowia dziecka w szpitalu, niepotrzebnie stresowano rodziców i naraża się dziecko w tej chwili (skoro się ukrywają, to zapewne się przemieszczają, a to korzystne dla tak małego dziecka nie jest), a postawa siły gwarantuje, że druga strona pozostanie trwale nieprzekonana.

Zastanawiam się, gdzie rodzice zdecydują się rodzić kolejne dzieci. Przypuszczam, że nie w szpitalu, który, nawiasem, zdaniem niektórych jest średnio przyjazny w standardowych okolicznościach – to jednak obce środowisko. Chociaż oczywiście posiada odpowiednie wyposażenie na okoliczność komplikacji.

W każdym razie prezentowane podejście, zamiast łagodnego przekonywania i dialogu powoduje IMO tylko pogłębienie niechęci do służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości i szczepień.

UPDATE: Po namyśle doszły dwie sprawy:
Jakie są konsekwencje dla matek palących czy pijących w ciąży i co jest bardziej szkodliwe dla dziecka, picie i palenie, czy brak zabiegów higienicznych? O niezdrowym odżywianiu nie wspominam.
Jak można mówić o prawie kobiet do przerywania ciąży, skoro zabrania im się decydowania nawet o sposobie opieki nad dzieckiem?

Brexit. Histeria. Histereza.

No i stało się to, czego „nikt nie przewidział”. Zjednoczone Królestwo[1] wychodzi z Unii Europejskiej po referendum i stosunku głosów 52% za wyjściem, 48% za pozostaniem.

Wielu jest w szoku (głównie media), ja nie tak bardzo. UK było w UE, ale… jednak tak nie do końca. Wielka Brytania ani nie przystąpiła do strefy euro, ani nie ratyfikowała Traktatu z Schengen[2], co w przypadku tak dużego członka jest co najmniej dziwne. Trochę bolały ostatnio nierozwiązane problemy wewnątrz UE, więc można było się spodziewać takiego wyniku, chociaż początkowa reakcja na rynkach walutowych była dość histeryczna.

Przypuszczam, że w praktyce wielkich zmian nie będzie. Przypuszczam, że ekonomicznie wiele się nie zmieni (chyba, że mamy na horyzoncie naprawdę większą zawieruchę, ale to pomińmy…), a nawet – paradoksalnie – wyjście UK z UE może doprowadzić nie do rozpadu UE, który wieszczą niektórzy, a do scementowania i wzmocnienia Unii. Zresztą, po początkowej histerii na rynkach walutowych szybko przyszło opanowanie.

I na koniec zastanawia mnie jedna rzecz: jak to możliwe, że w tego typu głosowaniach nie ma histerezy? W tej chwili o kształcie długofalowej polityki decydują pojedyncze punkty procentowe głosujących. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby referendum przeprowadzić parę miesięcy wcześniej albo później, wynik byłby odwrotny. Po prostu przy małych różnicach istnieje ryzyko oscylacji. Znacznie lepiej by było, gdyby przy tego typu referendach wymagać nie zwykłej większości głosów, ale np. 55% za przyjęciem, a następnie do zmiany 55% za odrzuceniem. Na pewno sprzyjało by to stabilizacji polityki długofalowej.

Niestety, pojawia się problem sformułowania pytania (czy jesteś za pozostaniem w UE vs czy jesteś za opuszczeniem UE), istotny zwłaszcza przy pierwszym referendum. Nie bardzo mam pomysł jak to rozwiązać. Być może jakimś rozwiązaniem byłby wymóg większości dla zmiany, ale jak to od strony prawnej ugryźć, to pojęcia nie mam.

UPDATE Jeszcze dwie kwestie, które pojawiły się po referendum. Pierwsza ojej, oni teraz googlają za czym naprawdę głosowali. No jakby mnie to nie dziwi, bo tak jest w większości przypadków w każdych demokratycznych wyborach. Ludzie zaskakująco często głosują niemerytorycznie, bez zrozumienia, na zasadzie kandydat ładnie wygląda na plakacie albo w radyjku mówili, żeby tak głosować. Nie żebym sam jakoś dogłębnie grokował politykę i zdarza mi się głosować „na partię”, no ale główne założenia programu/poglądy partii znam.

Kwestia druga, to młodzi głosowali za pozostaniem w UE, starzy taki zgotowali im los. Dane, na których opiera się ta teza poniżej.

Brexit przedziały wiekowe.

No i znowu, po pierwsze, to sondaż, po drugie praktycznie nikt z pierwszych dwóch przedziałów nie decydował o przystąpieniu UK do UE z tego prostego względu, że za młody był. I jakby wypada oddać im prawo do nie do takiej unii przystępowaliśmy. I dania temu wyrazu.

[1] Jak to ładnie kumpel dziś na FB ujął teraz to ani zjednoczone, ani królestwo.

[2] Na dodatek używają dziwnych miar i mają kierownicę po złej stronie. Ale nie bądźmy złośliwi…

Kraizm

Mapa świata

Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:BlankMap-World6.svg

Wyobraźmy sobie, że ktoś w cywilizowanym świecie otwiera sklep/oferuje usługę i zabrania korzystania z niego ludziom o określonym kolorze skóry. Na przykład salon fryzjerski albo kino, z napisem Murzynów nie obsługujemy. Albo wyznającym określoną religię. Ewentualnie określonej narodowości. Albo w drugą stronę – sklep/usługa tylko dla białych. Albo Nur für Deutsche… Myślicie, że by przeszło? Ja myślę, że zdecydowanie nie.

To może coś mniej oczywistego. Sklep internetowy (albo usługa…) o podobnych ograniczeniach korzystania. Co prawda trochę trudniej weryfikować, ale zawsze można próbować posiłkować się danymi z social media, czyli wymagać logowania przez Facebooka, a jeśli płeć albo kolor skóry właściciela na zdjęciach się nie spodoba, to odmawiamy dostępu do usług. Ewentualnie można wymagać zdjęcia dowodu tożsamości i próbować określić na tej podstawie. Technicznie wykonalne, z rozsądną pewnością. Myślicie, że to by przeszło? Nie jestem już taki pewny, jak w poprzednim przypadku, ale nadal mam wrażenie, że nie.

Natomiast w sieci każdego dnia spotykamy się z dokładnie taką segregacją ludzi na podstawie domniemania kraju, w którym aktualnie przebywają. Chodzi oczywiście o ograniczanie dostępu do kultury/rozrywki (muzyka, film) przy pomocy DRM, czy to za sprawą regionów DVD, czy innych, podobnych technik. Wystarczy wejść na YouTube – część utworów jest w danym kraju niedostępna (Google, don’t be evil…).

Generalnie o ile nie uznajemy segregowania na podstawie płci, rasy, koloru skóry, religii czy narodowości za właściwe, to już segregacja na podstawie (domniemania) kraju przebywania jest raczej akceptowana. Przynajmniej w sieci. Nawet, jeśli nie wynika ona wprost z przepisów obowiązujących w danym kraju. Swoją drogą, prawa sankcjonujące dyskryminację ze względu na religię/narodowość/kolor skóry/płeć też istniały, więc to żaden argument.

Zastanawiałem się, czy już ktoś użył tego określenia, ale szukając po countrism znajduję tylko countrist, o zbliżonym znaczeniu, ale jednak w trochę innym kontekście. Do rozważań na ten temat bezpośrednio skłoniła mnie sytuacja z Netflix, który co prawda otworzył się na różne rynki, ale jednocześnie dołączył do firm wykorzystujących DRM i zapowiedział blokadę proxy/VPN w celu uzyskania dostępu do treści, ale problem jest oczywiście szerszy.

Jak Vagla do Senatu startował

Miałem napisać ten wpis już jakiś czas temu, ale nie napisałem wtedy, a przed wyborami ostatni dzwonek, więc napiszę teraz.

Kim jest Vagla można sprawdzić na Wikipedii. To może kim jest dla mnie? Pozytywnie zakręconym człowiekiem o sporym poczuciu humoru (biorąc pod uwagę pewne działania; sam dałem się nabrać), którego stronę (nie-blog!) czasami czytuję (choć nie mam jej w RSSach, pewnie to się zmieni zaraz), piszącym o prawie, sieci i wolności (głównie w sensie wolności dostępu do informacji) i działającym na rzecz obywateli (dostęp do informacji publicznej). Ostatnio: kandydatem na senatora. I właśnie o tym będzie.

Na początku był chaos. Po tym, jak Vagla zapowiedział, że kandyduje do Senatu i zbiera 1000 podpisów poparcia, pojawiła się dość nieskładna komunikacja – częściowo na FB, częściowo na istniejącej stronie. Typowe pospolite ruszenie, ale dla osoby jednak trochę znanej zadanie zebrania 1000 podpisów (fizycznych) jest wykonalne, mimo ewidentnych niedociągnięć w komunikacji i wpadek (typu zła ilość okienek na formularzu). Końcówka była lepsza informacyjnie, choć nie doskonała. Podpisałem i ja…

Ciekawa była też obserwacja pewnych… niezamierzonych, jak przypuszczam, konsekwencji prawa. Bo Vagla wystartował głównie dla funu, jak sam pisał, żeby zobaczyć, czy zwykłemu (no…), obywatelowi bez zaplecza partyjnego uda się w ramach obowiązujących przepisów (skrupulatnie je wypełniając) spełnić wymogi prawne stawiane kandydatom do Senatu. Bo to co robił, robił już wcześniej, nie będąc senatorem.

Byłem praktycznie pewien, że o ile pierwszy etap spokojnie uda mu się przebyć, o tyle z drugim (2000 podpisów od ludzi ze swojego okręgu) mogą być spore problemy. Czasu było niewiele, kampania zaczęta późno, a mam wrażenie, że Vagla jest znany raczej w sieci, niż IRL (OK, nic nie wiem o samej W-wie). Prognozy po pierwszych dniach były „na styk”, ze wskazaniem na „o włos za mało”. W międzyczasie bardzo poprawiła się komunikacja (głównie FB). Najbardziej dramatyczna okazała się końcówka, bo sprawa była praktycznie przesądzona (negatywnie), ale w ostatnich dwóch dniach udało się zebrać podpisy, nawet z bezpiecznym zapasem.

Od tego momentu można było zaobserwować parę ciekawych zjawisk, typu publiczna, dostępna online lista przychodów i wydatków komitetu wyborczego (zresztą jawne były też takie rzeczy jak ilość zdobytych w kolejnych dniach podpisów z drugiego etapu), poparcie dla kandydata z różnych stron sceny politycznej (do lewicy, przez centrum, do prawicy), zapowiedzianą migrację ludzi z całej Polski do Warszawy w celu oddania głosu na Vaglę. Oczywiście było trochę trollingu, jak np. fotomontaż z banerem na budynku. Interesujące (choć raczej smutne) były też reakcje ludzi oraz projekcje poglądów – Vagli zostały przypisane już łatki i prawicowca, i lewicowca. Szufladkowanie i instynkty stadne mają się dobrze…

IMO bardzo duży sukces, niezależnie od wyniku niedzielnych wyborów. Nie wiem, na ile sukces samego Vagli, a na ile pomagającego mu sztabu, a na ile po prostu ludzi, ale udowodnił, że „się da”. A co najważniejsze, zbudował bardzo silny przyczółek, którego brakowało teraz, dla wyborów za cztery lata. Oczywiście o ile będzie kandydował…

Póki co, czekam na wyniki niedzielnych wyborów. Okręgi są jednomandatowe, więc, jak rzekomo mówi cytat, there can only be one.

UPDATE: Trzecie miejsce (z czterech startujących w okręgu), 10,2% ważnych głosów (7% uprawnionych do głosowania). Więcej o wynikach.

Spis wyborców a rejestr wyborców

Człowiek uczy się całe życie. Czasem nawet patrzy i nie widzi. Jakiś czas temu opisywałem głosowanie poza miejscem stałego zameldowania w kontekście wyborów samorządowych. Nawet pomarudziłem, że dużo roboty, w porównaniu z wyborami parlamentarnymi. Tymczasem przeoczyłem słowo rejestr, które się tam pojawia, zamiast słowa spis, które pojawia się zwykle przy wyborach parlamentarnych itp. W innym moim wpisie użyłem w ogóle słowa lista, które też potocznie jest synonimem spisu czy rejestru, ale w prawie w ogóle nie występuje.

Postanowiłem więc przybliżyć różnice między spisem wyborców, a zupełnie innym tworem, jakim jest rejestr wyborców. Wszystkie procedury są opisane dokładnie w Kodeksie Wyborczym (link do tekstu jednolitego jest w linkach zewnętrznych), w razie wątpliwości odsyłam tam, tu będzie tylko skrót. Zaznaczam, że nie jestem prawnikiem, więc pewne niuanse

Dopisanie do spisu wyborców

  • Określone jest w art. 28 Kodeksu Wyborczego,
  • Dokonuje się go w urzędzie gminy w miejscu czasowego pobytu,
  • Jest proste – wystarczy wypełnić formularz i okazać dokument potwierdzający tożsamość,
  • Jest jednorazowe, tj. działa tylko na konkretne wybory. Czyli jest tymczasowe.

Dopisanie do rejestru wyborców

  • Określone jest w art. 19 Kodeksu Wyborczego,
  • Również dokonuje się go w urzędzie gminy w miejscu stałego pobytu,
  • Jest nieco bardziej skomplikowane – dwa formularze, konieczność wykazania stałości pobytu (zaświadczenie z miejsca pracy, umowa najmu, akt własności/nr księgi wieczystej)
  • Działa na stałe – zostajemy wykreśleni z rejestru w miejscu stałego zameldowania i wpisani do rejestru wyborców tam, gdzie złożyliśmy wniosek. Czyli jest stałe.

No i pora na zadanie praktyczne, czyli mały hacking systemu, albo lifehack (zależy jak patrzeć). Zagadnienie, od którego rozpoczęła się dyskusja na FB to:

Czy można, będąc zameldowanym na stałe w Przemyślu, mieszkając na stałe w Szczecinie, pobrać – bez wyprawy do Przemyśla, czyli w szczecińskim urzędzie miasta – zaświadczenie, uprawniające do głosowania w Warszawie?

Wygląda, że da się (rozwiązanie nie jest wymyślone przeze mnie), o ile rozpoczniemy operację odpowiednio wcześniej:

  1. Dopisujemy się do rejestru wyborców w Szczecinie (wykazujemy, że mieszkamy tam na stałe itp.).
  2. Po pomyślnym dopisaniu do rejestru wyborców, udajemy się do urzędu miasta w Szczecinie i informujemy, że chcemy zaświadczenie uprawniające do głosowania poza miejscem zamieszkania (art. 32 Kodeksu Wyborczego).
  3. [solved] 🙂

Barszcz Sosnowskiego, barszcz Mantegazziego

Jak co roku, jest trochę paniki związanej z barszczem Sosnowskiego, wczoraj trochę poczytałem (głównie Wikipedię), podyskutowałem, podsumowanie przemyśleń poniżej.

 

Kiedy barszcz jest groźny?

Nie jest tak, że barszcz Sosnowskiego jest bardzo groźny i wyjątkowy czy rzadko występujący w Polsce. Żeby był naprawdę groźny, muszą wystąpić trzy czynniki:

  1. wysoka temperatura – rośnie wrażliwość ludzi
  2. wysoka wilgotność – rośnie wrażliwość ludzi; wystarczy się spocić
  3. nasłonecznienie – dokładnie promieniowanie UV, warunek konieczny do wystąpienia głębokich oparzeń, tak naprawdę jeśli nie ma słońca, to można nie zauważyć kontaktu.

Niestety, idealnie pasuje do obecnej aury, stąd pewnie ostatnie doniesienia o oparzeniach. Plus media wyolbrzymiają temat, a przecież rośliny te obecne są w kraju od wielu lat.

 

Czy to barszcz Sosnowskiego?

W Polsce rosną dwa podobne, niebezpieczne gatunki roślin – barszcz Sosnowskiego i barszcz Mantegazziego. Nie jest łatwo je rozpoznać, główną cechą są inne liście. Z opisów wynika, że w sumie nie ma specjalnie co rozróżniać, oba mają podobne działanie (oparzenia), oba są podobnie traktowane i zwalczane. Barszcz Mantegazziego jest po prostu mniej medialny (albo zwyczajnie mylony). Gdyby ktoś chciał określić, która to roślina, najprościej patrzeć na liście – barszcz Sosnowskiego ma zaokrąglone, natomiast barszcz Mantegazziego ma ostre końcówki.

Barszcz Sosnowskiego

Powyżej barszcz Sosnowskiego, zaokrąglone końcówki liści; źródło Wikipedia

Barszcz Mantegazziego

Powyżej barszcz Mantegazziego, ostre końcówki liści; źródło Wikipedia

 

Czy zwalczać?

Wikipedia podaje, że roślina jest zwalczana w Polsce, ale szybkie wyszukania pokazują, że… niekoniecznie, albo, raczej, że z mizernym zaangażowaniem. Tak czy inaczej, raczej byłbym zwolennikiem zwalczania i zgłaszania, szczególnie, jeśli chodzi o miejsca łatwo dostępne dla ludzi, zwłaszcza dla dzieci. Trochę śmieszna/żenująca jest odpowiedź urzędu, który od razu chciałby przymuszać. Pewnie wystarczyłoby uprzejmie poinformować właściciela działki, co to u niego rośnie i jak się tego pozbyć, nie trzeba od razu sięgać po środki prawne. Usunięte, bo doczytałem pierwsze akapity.

Jeśli chcemy w Polsce tępić trochę bardziej ambitnie barszcz, to brakuje mi listy adresów email, pod które można wysyłać zgłoszenia dotyczące barszczu (bo to nie pożar, nie dzwoniłbym na 112 ;-)). Widzę też potencjał na aplikację dla smartfonów – określenie pozycji z dokładnością do kliku metrów, możliwość załączenia zdjęcia i wysłanie maila pod stosowny (dla danego rejonu kraju) adres. Urząd nawet mógłby odpowiedzieć po interwencji zgłaszającemu… Gdyby ktoś znał listę, to poproszę o linka. W sumie nawet można na Wikipedię wrzucić.

Skąd w ogóle temat? Ano uprzedziłem rodzinę, żeby uważali. Efektem jest znalezienie barszczu w odległości kilkudziesięciu metrów od jednego z kąpielisk w Wielkopolsce…

 

Monitoring w pracy

Nadzór w pracy istnieje od zawsze. Jakby nie było, jest to jedna z funkcji kadry kierowniczej. Zastanawiałem się ostatnio, jak to wygląda obecnie, co się zmieniło. O tym, że coraz więcej zakładów ma zamontowane kamery powszechnie wiadomo. Zresztą rejestratory video staniały i spowszedniały na tyle, że spora część znajomych ma je zamontowane w samochodach czy na rowerach. Opinie na ich temat w miejscach pracy są różne, część pracowników jest (była?) zdecydowanie niechętna, ale IMO tak naprawdę wszystko zależy, jak są wykorzystywane i umieszczone. Pracuję w miejscu, gdzie są kamery i raz mi osobiście jako pracownikowi się przydały.

Sprawa trywialna, coś z laptopem i dyskiem było. Kumpel przyniósł czyjegoś służbowego lapka, ja wyjąłem z niego dysk, podłączyłem do kieszeni, IIRC zrobiłem diagnostykę, wkręciłem dysk z powrotem, oddaję lapka. No i przychodzi kumpel, pokazuje zdjętą zaślepkę, pusto, i pyta „a gdzie dysk?”. Szukamy. Tak całkiem pewien, że go wsadziłem z powrotem to nie byłem, bo raczej odruchowo działałem, więc sprawdzam biurko, szuflady. Jak się tak rozglądam, to jestem coraz bardziej przekonany, że włożyłem z powrotem. Kumpel upiera się, że dostał ode mnie, otworzył i było pusto. Zgrzyt.

No to wzięliśmy nagranie z rejestratora. I widać jak wyjmuję, podłączam do kieszeni, wkładam z powrotem, przykręcam. Kumpel obraca lapka tak, jak jest na kamerze i pokazuje pustą dziurę po lewej. Patrzymy w monitor, wkręcam po prawej. WTF? Patrzymy na lapka i w śmiech. Ano tak, laptop był 17″ i miał dwa sloty na dysk, ale to zupełnie nie przyszło nam do głowy.

Tak czy inaczej, nagrania z kamer są dość dokładne (no dobrze, zależy od kamery i ustawień jeszcze), ale raczej trudno je analizować automatycznie. Forma strawna dla komputera to raczej osoba, timestamp, określenie miejsca. Oczywiście da się zrobić, bo pozycjonować można choćby smartfona (i aktywnie, przy pomocy aplikacji na smartfonie, i pasywnie, z wifi), no ale nie każdy pracownik w zakładzie musi mieć smartfona, włączonego, z wifi itd.

Niedawno dostałem namiar na stronę https://www.autoid.pl/ czyli dostawcy systemów do automatycznego… praktycznie wszystkiego – identyfikacji osób, przedmiotów, pojazdów itp. i dostałem odpowiedź na moje pytanie, jak można w sposób łatwo przetwarzalny komputerowo monitorować miejsce przebywania pracownika w firmie. Technologia opiera się na RDIF, które mogą służyć nie tylko do jako karty dostępu do drzwi (de facto standard w firmach, kto nie ma karty?), ale w wersji „dalekiego zasięgu” (do 12 m)  mogą być odczytywane bez przykładania do czytnika. Wygląda na prostsze i tańsze od smartfona u pracownika, prawda?

Producent podpowiada nawet sposoby umieszczenia – zaszycie w ubraniu roboczym, oraz jako karta. No i w tym momencie można automatycznie sprawdzić… wszystko. Na przykład to, czy dany pracownik pracuje na swoim stanowisku, czy siedzi i flirtuje z sekretarką. Z których pomieszczeń korzysta. Albo jak często wychodzi do toalety.

Uczucia, podobnie jak w przypadku kamer mam mieszane. Oczywiście wyobrażam sobie nadużycia ze strony pracodawcy z wykorzystaniem tego typu technologii, ale… nie dajmy się zwariować. Równie dobrze może wykorzystywać tego typu rozwiązania do optymalizacji rozmieszczenia narzędzi/pomieszczeń… Tworzący prawo będą mieli kolejny trudny orzech do zgryzienia.

Czyli klasyczne: narzędzia nie determinują wykorzystania. Pozostało życzyć wszystkim normalnych AKA ludzkich pracodawców, którzy rozsądnie korzystają z narzędzi. I pracowników, których nie trzeba kontrolować na każdym kroku.

Wybory – sytuacja, pomysły

Początkowo z wyborami było trochę śmiesznie (no dobrze, śmiech przez łzy), zrobiło się trochę strasznie (okupacja PKW, nie ma zgody na kwestionowanie wyników przez miłościwie nam panującego, wygrana PSL). Pojawiły się też głosy o konieczności stworzenia otwartego, wolnoźródłowego systemu i inicjatywy w tym temacie. Cieszy, bo oznacza, że to nie moje paranoje i pomysł ma sens.

Trochę na FB pisałem, ale to znika, więc dla pamięci (i szerszego grona). Do głowy przyszedł mi wariant minimum. Zaznaczam, że bazuje na starych procedurach ręcznych (ale cóż więcej trzeba?) i starych, sprawdzonych technologiach, choć korzystając z nowych warunków.

Wystarczyłoby, żeby komisje wysyłały proste tekstowe dokumenty o ustalonym formacie (formatkę, czyli odpowiednik protokołu powinny dostać wcześniej) przy pomocy emaila (stara sprawdzona technologia, dobrze się skalująca). W ramach ustalenia autentyczności i tajności[1] podpisanego/zaszyfrowanego GPG. Oczywiście członkowie komisji (a przynajmniej 2-3 z każdej komisji) musieli by mieć potwierdzone klucze, ale z tym nie ma problemu – i tak są na szkoleniu dla członków komisji. Maila każdy w dzisiejszych czasach ma (wystarczą 2-3 osoby z komisji, powtórzę) i wysłać umie. Czyli tak, wysyłali by wyniki podpisane GPG z dowolnych, nawet prywatnych, darmowych kont. Potwierdzenie dostarczenia jest opcjonalne (delivery notification), ale dostępne w programach pocztowych, czyli komisja wie, czy/kiedy protokół dotarł do serwera poczty PKW. Z nowoczesnych dodatków i zwiększania wiarygodności – można załączyć „skany” papierowego protokołu. Wystarczy smartfon z aparatem (znaczy: smartfon)…

Po stronie serwera email PKW nic specjalnego się nie dzieje. Jeśli chodzi o dalszą część serwerową, to program do liczenia łączy się do serwera poczty, odbiera maila, na podstawie tematu przypisuje do komisji (albo z treści formularza…). Następnie weryfikuje autentyczność podpisu GPG i w przypadku zgodności parsuje plik tekstowy.

Gdyby pliki były wysyłane w dokładnie określonym formacie, to całość jest do naklepania w Perlu w parę godzin. No ale pewnie nie będą, bo maile umożliwiają dość dużą dowolność formatu wysyłki pliku i co program, to wynalazki… (szczególne ukłony w stronę Microsoft). Można się bawić oczywiście w napisanie prostego klienta poczty dla komisji. Zaleta rozwiązania jest taka, że po wyborach PKW może udostępnić publicznie wyniki. Albo wręcz przeforwardować wyniki z danej komisji wszystkim zainteresowanym, którzy np. wcześniej zgłoszą takie zapotrzebowanie.

W kontekście wysokiego wyniku PSL i ponownie sporej ilości głosów nieważnych dla przypomnienia kawałek historii:

wybory 2010 głosy nieważne

Źródło: http://uczciwe-wybory.pl/analiza-glosow-niewaznych-wyborach-parlamentarnych-2005-2007-2011-samorzadowych-2010/

W odpowiedzi na to kolejny pomysł – kamery w komisjach i albo streaming online, albo przynajmniej rejestracja i udostępnienie obywatelom bezpośrednio po wyborach[2]. Jeśli jest podejrzenie fałszowania głosów przez członków komisji (a właśnie o dostawianiu krzyżyków mowa), to powinno to rozwiązać problem. Plus obowiązek przebywania głosów „na oczach kamer” od momentu wyjęcia ich z urny do czasu sporządzenia protokołu przez komisję.

W ten sposób obywatele mieliby możliwość prostego zweryfikowania wyborów ze swojej komisji i nadzorowania pracy (przypomnę, po zamknięciu lokali poza członkami komisji i mężami zaufania obywatele nie mają dostępu do lokali).

[1] Tajność wygląda na zbędną. Wysyłki są dokonywane już po zamknięciu lokali, więc nie ma potrzeby utajniać wyniku.

[2] Zdaję sobie sprawę, że danych jest sporo i nakłady na infrastrukturę (kamery plus streaming) nie są małe. Być może wystarczyłaby możliwość montowania kamer (z publicznym streamingiem) przez obywateli.

Wybory samorządowe – głosowanie poza miejscem zameldowania

Byłem przekonany, że w przypadku wyborów samorządowych można głosować tylko tam, gdzie się jest zameldowanym na stałe. Jest nieco inaczej – można się dopisać, choć wymaga to nieco zachodu. IMO nawet więcej, niż nieco, ale wygląda, że się da.

Dokładny opis procedury, wraz z dokumentami i wymaganiami znajdziecie we wpisie dotyczącym wyborów samorządowych na Ulepsz Poznań.

Jak dla mnie trochę przerost biurokracji nad treścią: dwa dokumenty (przy czym deklaracja jest dokładnym powieleniem danych zawartych we wniosku), ksero dowodu osobistego (c’mon, to już wpisanie danych dowodu i okazanie go w urzędzie nie wystarczy?). Do tego dochodzą zaświadczenia z zakładu pracy, akty własności, oświadczenia sąsiadów lub osób wspólnie zamieszkujących. Dużo. Jak dla mnie – za dużo.

Inna sprawa, że nie interesowałem się na kogo głosować, bo byłem przekonany, że i tak głosować nie mogę, więc parcia na pójście na wybory nie mam. Po prostu sobie odpuszczę (choć w sumie samorządowe ważniejsze…), a zamiast tego wyprostuję (w końcu) kwestię stałego zameldowania. Tu też ilość zmian i biurokracji mnie przeraża, będę musiał poszukać jakiejś checklisty co muszę zrobić przy zmianie stałego zameldowania. Węszę hardcore na milion miejsc.

Nawiasem, do prostowania kwestii meldunkowych bardzo zniechęciła mnie dawno temu dezinformacja w UM. Zapytałem w informacji, co muszę zrobić w przypadku meldunku czasowego, usłyszałem, że muszę gonić z książeczką wojskową do WKU. Zapytałem o adres i dostałem… samą ulicę (Bułgarska IIRC). Okraszoną – po moim zapytaniu o dokładny adres – tekstem, że „wszyscy wiedzą, gdzie jest WKU w Poznaniu”. Otóż nie wszyscy mają takie hobby, by studiować lokalizacje WKU w miastach, w których nie mieszkają[1].

[1] Tak, mogłem sprawdzić na necie. Ale wtedy nie miałem netu. I jakby od tego jest informacja w UM, żeby tak podstawowe dane zapewnić. No i nie było to coś, co spędzało mi sen z powiek. Więcej: do niczego ten meldunek czasowy nie był przez lata w praktyce potrzebny. A potem były szumne deklaracje, jak to miłościwie nam panujący znoszą obowiązek meldunkowy. AFAIK nadal nie znieśli, nasi mistrzowie skutecznych działań…

Stanowisko UKE w sprawie CAPTCHA i Aero2

Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej zbadał sprawę wprowadzenia CAPTCHA przez Aero2 i zaprezentował swoje stanowisko. Jak można było przypuszczać, decyzja jest przyzwalająca na stosowanie mechanizmu CAPTCHA. O ile nie jestem zaskoczony samą decyzją, to sformułowania pojawiające się w uzasadnieniu są co najmniej dziwne. Szczególnie prezentowane przez urząd, który za zadanie ma m. in.:

zapewnienie użytkownikom, także użytkownikom niepełnosprawnym, osiągania maksymalnych korzyści w zakresie cen oraz różnorodności i jakości usług,

efektywne inwestowanie w dziedzinie infrastruktury oraz promocję technologii innowacyjnych,

zapewnienie wszystkim obywatelom dostępu do usługi powszechnej,

identyfikację potrzeb określonych grup społecznych, w szczególności użytkowników niepełnosprawnych

Żeby nie było, że sobie wymyśliłem – tu jest źródło. Podkreślenia moje.

Osoby niepełnosprawne

Czytamy w stanowisku UKE:

Z przedstawionych przez Spółkę Aero2 wyjaśnień wynika, iż po konsultacjach z organizacjami zrzeszającymi osoby niepełnosprawne, Spółka wprowadziła możliwość wyłączenia mechanizmu captcha dla użytkowników z dysfunkcją wzroku (niewidomi, słabo widzący oraz głucho-niewidomi).

Więc nie UKE identyfikował samodzielnie potrzeb, tylko zdał się na wyjaśnienia podmiotu, który konsultował z „organizacjami”. Wygodne i mało pracochłonne, prawda?

Swoją drogą, ciekawe czy jest dostępna gdzieś lista organizacji, z którymi była przeprowadzana konsultacja, oraz treść tejże konsultacji? Chętnie bym zerknął.

Ciekawa jest też definicja osoby niepełnosprawnej. Otóż na stronie Aero2 z informacją o dostępnie do BDI dla osób niedowidzących (BTW skopany link w stanowisku UKE) mamy jasno określone, komu przysługuje prawo wyłączenia CAPTCHA:

a. ważne orzeczenie potwierdzające znaczny lub umiarkowany stopień niepełnosprawności z powodu stanu narządu wzroku, wydane przez zespół orzekający o stopniu niepełnosprawności, na podstawie przepisów prawa polskiego – skan orzeczenia;

b. Legitymacja Polskiego Związku Niewidomych – Imię i nazwisko, adres zamieszkania stwierdzająca znaczny lub umiarkowany stopień niepełnosprawności z powodu stanu narządu wzroku – skan legitymacji;

c. ważna legitymacja wydana przez właściwy organ, dokumentująca znaczny lub umiarkowany stopień niepełnosprawności z powodu stanu narządu wzroku zgodnie ze wzorem określonym przez Ministra Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej – skan legitymacji.

Gdyby ktoś był ciekaw, czym jest umiarkowany stopień niepełnosprawności w przypadku wzroku, to (podaję za jednooczni.org):

Do II grupy inwalidów (umiarkowany stopień niepełnosprawności) zalicza się osoby, u których ostrość wzroku po korekcji w lepszym oku wynosi od 6% do 10% normalnej ostrości oraz osoby z zawężonym polem widzenia do około 30 stopni.

Dla jasności, wyłącza to osoby z lekkim stopniem niepełnosprawności, czyli (źródło jak wyżej):

Do III grupy inwalidów (lekki stopień niepełnosprawności) kwalifikują się osoby z obuoczną bezsoczewkowością, osoby jednooczne oraz osoby, których ostrość wzroku w lepszym oku po korekcji szkłami nie przekracza 25% normalnej ostrości. Osoby te nie są prawnie uznawane za niewidome.

Czyli ci z lekką niepełnosprawnością się pogimnastykują z CAPTCHA, a pozostali będą zmuszeni do gimnastyki z urzędami/komisjami i papierkologią. Bo oczywiście nie wystarczyło zrobić oświadczenia, że jest się osobą z wadą wzroku. W przypadku nieprawdziwego oświadczenia opłata za nieuprawnione korzystanie z usługi plus standardowe konsekwencje prawne. Piękny przykład niesłychanie irytującego mnie podejścia udowodnij, że nie jesteś złodziejem[1].

Nawiasem, obecne rozwiązanie, czyli CAPTCHA z możliwością wyłączenia dla wybranych osób nie chroni operatora. Skoro już wcześniej – o czym mowa w uzasadnieniu – handlowano kartami i wykorzystywano je do komunikacji machine to machine[2] to teraz po prostu nastąpi większy popyt na karty z uprawnieniami do korzystania bez CAPTCHA. A operator będzie wydawał kolejne karty.

Promocja technologii innowacyjnych

Obszerny cytat z uzasadnienia będzie, podkreślenia tradycyjnie moje:

Zgodnie z przyjętymi założeniami Prezesa UKE, dostęp do sieci Internet (usługa BDI) kierowana jest do osób wykluczonych cyfrowo, które dostęp wykorzystują do najprostszych działań jak np. przeglądania stron internetowych, przesyłania korespondencji e-mail za pośrednictwem bezpłatnych kont pocztowych, do przesyłania spraw za pośrednictwem portalu e-puap (wnoszenia skarg i wniosków w sprawach, które ich dotyczą), dzięki czemu zmniejsza się ich stopień wykluczenia cyfrowego. Najczęściej do tego typu działań wykorzystywane są urządzenia wykorzystujące typowe przeglądarki internetowe jak: FireFox czy Internet Explorer. Wg publikowanych przez Gemius S.A. rankingów przeglądarek, wskazane przeglądarki (FireFox, Internet Explorer) to najczęściej używane przeglądarki przez internautów w Polsce. Przeglądarki te umożliwiają wyświetlanie i kolejno rozwiązywanie kodu captcha. Osoby wykluczone cyfrowo, które poprzez BDI otrzymują po raz pierwszy dostęp do usługi Internetu, wykorzystują przede wszystkim, ale nie tylko, powszechnie dostępne na rynku urządzenia np. laptopy, które w prosty sposób umożliwiają tak połączenie się z siecią (poprzez modem) jak i korzystanie z usługi BDI za pośrednictwem typowej przeglądarki. Jeżeli dany użytkownik BDI decyduje się na korzystanie z usługi na innych urządzeniach takich jak: smartfony czy tablety, na których z racji np. małego ekranu, problemowe staje się rozwiązanie kodu, bądź też korzysta z dostępu do Internetu za pośrednictwem specjalnych przeglądarek, które dla urządzeń mobilnych typu smartfon zapewniają kompresję danych np. Opera Mini, pośrednio utrudniając wyświetlenie kodu, użytkownik ten korzysta z usługi BDI akceptując zasady jej świadczenia przez Aero2, w tym przyjmuje na siebie obowiązek rozwiązania kodu captcha, w celu uzyskania dostęp do sieci Internet.

Innowacyjność to nie laptop (plus modem), tylko technologie mobilne. Do wysłania i odbioru maila czy przeczytania WWW, oraz obsługi portalu portalu e-puap powinien wystarczyć dowolny sprzęt z dostępem do sieci, bez wskazywania na konkretną technologię. Zwłaszcza laptopa, który w porównaniu z tabletem czy smartfonem jest zwyczajnie drogi, z wielu powodów: smartfon czy tablet może być jedynym urządzeniem, latpop raczej nie. W przypadku laptopa dochodzi zwykle w praktyce koszt systemu. I wspomnianego wcześniej modemu.

Plus, mam wrażenie, że gdyby faktycznie przy BDI chodziło tylko o osoby wykluczone cyfrowo, to można by zrobić z tego kryterium przy ubieganiu się o wniosek, a karty SIM byłyby „przywiązane” terytorialnie. No bo po co komu taka perwersja jak mobilny internet. W domu niech korzysta! Tymczasem na stronie Aero2 chwali się, że 99% użytkowników Polski w zasięgu i nie ma słowa o osobach wykluczonych cyfrowo.

Ciekawie jest też w zakresie dominujących przeglądarek. Z jednej strony Firefox[3] i Internet Eksplorer jako „najczęściej używane”. Z drugiej strony marginalizacja roli Opery (Mini), która jest świetna na urządzeniach mobilnych. Zresztą zwykła Opera z turbo mode, czyli wspomnianą kompresją mająca niedawno 9%, a obecnie ok. 4% rynku też jest świetnym rozwiązaniem, zwłaszcza na wolne łącza, takie jak BDI.

Jeśli chodzi o promocję technologii innowacyjnych to zwyczajnie jej w tym uzasadnieniu nie widzę. Widzę za to promocję wybranych, dominujących, często przestarzałych technologii.

Jak można było sprawę rozwiązać lepiej?

Mając powyższe na uwadze, a także podnoszone przez użytkowników BDI zastrzeżenia należy jednoznacznie wskazać, iż wykorzystywanie BDI przez użytkowników dla nawigacji samochodowej, monitoringu firmy, systemów komunikacji machine to machine, czy też ściągania dużego wolumenu danych, jest sprzeczne z celem regulacyjnym dotyczącym zobowiązania Aero2 do dostarczania usługi BDI.

Po pierwsze, można było wprowadzić opcjonalne kary umowne dla użytkowników łamiących regulamin. Brzydkie i nieefektywne, to fakt, ale z pewnością odstraszałoby potencjalnych abuserów, których zresztą łatwo wykryć.

Po drugie, jeśli BDI ma być – jak sugeruje UKE w uzasadnieniu – tylko dla osób wykluczonych cyfrowo, to należałoby to podkreślić przy składaniu wniosku. Moim zdaniem nie ma być (i nie jest wymagane!) i wtedy zdanie ze strony Aero2: Aero2 realizując projekt BDI ma istotny wpływ na rozwój społeczeństwa informacyjnego ma sens.

Po trzecie, jeśli UKE faktycznie uważa, że ściąganie dużego wolumenu danych[5] jest naruszeniem warunków korzystania, to zamiast utrudniania życia użytkownikom wystarczyłby prosty limit. UKE musiałoby się jednak wysilić nieco i nie rzucać ogólnikami. Plus, wg mojej wiedzy nie ma o tym mowy w warunkach uzyskania koncesji. Ojej.

Po czwarte, do samego wymuszenia rozłączenia połączenia i interwencji manualnej wystarczyłby captive portal (i szczerze mówiąc przypuszczałem, że tak to będzie od początku zrobione). Jasne, da się objeść automatem (czytaj dalej), ale – przy prawidłowej implementacji – działa na każdym systemie i przeglądarce. Także na przeglądarkach w pełni tekstowych. W połączeniu z punktem pierwszym (i ew. trzecim) bardzo skuteczne.

Skuteczność CAPTCHA

Na koniec wisienka: CAPTCHA stosowana obecnie przez Aero2[4] najprawdopodobniej trywialna do złamania przez automaty i tylko patrzeć, jak pojawią się aplikacje na Androida, które automatycznie rozwiążą kod i zrestartują połączenie. W ramach uzasadnienia (i dla chcących napisać taką aplikację) polecam lekturę tego tekstu, czemu CAPTCHA jest zła.

Ale skoro już CAPTCHA, to czemu z takim naciąganym uzasadnieniem?

[1] Zawsze wtedy przychodzi mi do głowy własną miarą sądzą.

[2] Poważnie ktoś tak wykorzystywał? Odważnie. Pomijam fakt, że tani pakiet przez operatora komórkowego to koszt pojedynczych złotówek na miesiąc.

[3] Wypadałoby, żeby urzędnicy znali nazwę popularnej przeglądarki i jej prawidłową pisownię. Firefox, nie FireFox.

[4] W początkowej fazie stosowana była wersja, która wymagała ode mnie zwykle kilku prób (na smartfonie) lub ok. dwóch (na komputerze). Na szczęście poszli po rozum do głowy i obecnie dali coś, co prawie zawsze daje się odczytać…

[5] Prawdziwie profesjonalne sformułowanie. Precyzja aż bije po oczach. Czy pobranie aktualizacji systemu lub odsłuch radia internetowego to już ściąganie dużego wolumenu? Albo – o zgrozo – obejrznie filmu na YT. Przypominam, że niektóre studia filmowe zamieściły część swojego dorobeku na YT.

Wolność w Mozilla Foundation

Albo raczej jej brak. Po tym jak Brendan Eich został CEO Mozilla Foundation, ludzie przekopali jego przeszłość i odkryli, że w roku 2008 dokonał darowizny w wysokości tysiąca dolarów na rzecz poparcia zmiany prawa tak, by małżeństwa osób tej samej płci nie były możliwe w Kalifornii. I zaczęła się nagonka ze strony środowisk LGBT, która zakończyła się ustąpieniem ze stanowiska (prywatnie uważam, że niekoniecznie z własnej nieprzymuszonej woli).

Jak to ma się do wolności przekonań politycznych, religijnych, moralnych i światopoglądowych? Legalne poparcie legalnych instytucji (nie mówimy tu przecież o jakichś bojówkach), ze środków prywatnych, owocuje atakiem medialnym. W moim odczuciu atakiem z powodu prywatnych przekonań, bo Brendan Eich jasno dał do zrozumienia, że w zakresie Mozilla Foundation nic się nie zmienia i pozostają nadal otwarci na różnych ludzi, niezależnie od rasy, płci, religii i orientacji seksualnej.

Uważam, że działaniom środowisk LGBT blisko w tym momencie do dyskryminacji z powodu przynależności partyjnej, religijnej itd. IMO Mozilla niebezpiecznie zbliża się do stanowiska szanujemy wolność wypowiedzi i przekonań, pod warunkiem, że są to przekonania zgodne z oficjalną linią partii. Ciekawe kiedy wpadną na pomysł wprowadzenia mechanizmów cenzury w ramach obrony wolności wypowiedzi?

W każdym razie Mozilla sporo straciła w moich oczach. O ruchu LGBT nie wspominając.

Blokowanie dostępu do The Pirate Bay bez efektu

Byli tacy, którzy wierzyli i utrzymywali, że blokowanie p2p itp. jest możliwe i faktycznie działa (na przykładzie Szwecji). Wbrew faktom, naginając rzeczywistość do swoich teorii. I wspomagając się ignorancją w interpretacji wykresów ruchu sieciowego. Bywa.

Jakiś czas temu odcinanie od sieci wprowadziła Holandia. I teraz się z tego wycofuje, tj. kolejni ISP przestają blokować. Dlaczego? Ano dlatego, że są badania pokazujące, że blokada nie ma wpływu na zachowania użytkowników. W razie gdyby miało zniknąć lokalny mirror.

Trochę smutne, że do ludzi nie dociera, że informacja to żywioł, nad którym ciężko zapanować. I który każdą blokadę będzie próbował ominąć. Zwykle skutecznie.

Film widziałem. Kinowy.

O dziwnej sytuacji dotyczącej Robaczków z zaginionej doliny wiedziałem. Dowiedziałem się od Zuzanki, znacznie więcej jest u Mateusza (części jest sześć, linki na końcu, polecam całość). Poszło info od producenta filmu, że od 27 stycznia będzie prezentowana wersja oryginalna, bo polski dystrybutor zrobił samowolkę.

Przyszła niedziela, nie było pomysłu na dzień. W poznańskim kinie Rialto grali Robaczki. Dzieciaki wcześniej widziały plakaty i wyrażały zainteresowanie. Krótki metraż dostępny na YouTube się podobał. Poszliśmy. Nawet przyszło mi do głowy zapytać, czy aby nie wersja z dubbingiem[1], ale w końcu było oświadczenie producenta… Nie zapytałem. Zresztą, dzieciaki już napalone, więc nawet jakbym w kinie przy kasie zapytał, to pół dnia psu w zadek, bo planu B nie było.

Więc – mimo zapewnień producenta – nadal grają wersję z dumbingiem. Początek jest taki, że widać jadący samochód. A dziadek z wnusiem portalą od rzeczy jak ujarani/nafrytani, że jedzie spalinozaur, smrodozaur. Ryje im się nie zamykają. Normalnie jakby posadzić obok najaranego/naspidowanego drecha opowiadającego kumplowi przez telefon, co się dzieje na ekranie. Te same „dowcipy” po pięć razy. W sumie nie wiadomo, czy dla rodziców, czy dzieci. Często nie tylko tłumaczy mniej lub bardziej oczywiste rzeczy z ekranu, ale jest zwyczajnie od czapy. Często padające z ust dziadka w sumie nieważne dobrze oddaje zamysł, a raczej jego brak. Krótko mówiąc, rozwala to wszelką atmosferę i zwyczajnie przeszkadza obejrzeć film. Jedyny komentarz, filmowy zresztą, który się nadaje na podsumowanie dumbingu

 

O tyle przykre, że ze względów logistyczno-życiowych dzieciaki były pierwszy raz w życiu w kinie[2]. I trafiły na taki crap. Tłumaczenie, że taki teatr, tylko film grają, nie rozmawiamy i nie komentujemy tego, co się dzieje na ekranie spełzło chyba na niczym, bo odczapistycznie komentował dziadek z wnuczkiem. Młodsza ewidentnie się wynudziła, nie wiem na ile dzięki rozpraszającemu, przeszkadzającemu w śledzeniu prostej w sumie fabuły dumbingowi, a na ile po prostu jest za mała. Starsza twierdzi, że się podobało, ale jakoś bez przekonania. I chyba nie do końca rozumie, czemu tak to wyglądało, jak wyglądało.

Czemu po prostu nie wyszedłem? Powstrzymały mnie wyłącznie dzieciaki i nieuchronna awantura z płaczem. Jak wspomniałem, cieszyły się na ten film, a wiadomo, jak z dziećmi jest. No i nie sądzę, by rozumiały powód, czyli odczapistyczność dialogu.

Tak się zastanawiam jeszcze, po co te wszystkie DRMy i ochrona praw autorskich, skoro finalnie i tak można dostać (za dukaty!) nieautoryzowaną, odczapistyczną samowolkę, niezgodną z założeniami twórców? Jak pisze Mateusz:

Od wczoraj próbowaliśmy skontaktować się z polskim dystrybutorem. Pytaliśmy m.in. o to, czy polskie dialogi został dograne do filmu w porozumieniu z twórcami oryginału. Ostatecznie Kino Świat odmówiło nam komentarza w tej sprawie.

No więc mam nadzieję, że producent pociągnie dystrybutora do odpowiedzialności i np. nakaże zwrot kosztów kinom za seanse po 27 stycznia, a kina dzięki temu obniżą ceny na kolejne seanse.

Ku pamięci: dialogi do Robaczków z zaginionej doliny stworzył Jan Jakub Wecsile. I wbrew temu co jest napisane o nim na Wikipedii

Po stworzeniu dialogów do filmu Robaczki z Zaginionej Doliny na zlecenie Kino Świat bez zgody twórców filmu, wszystkie kopie z dodatkowym dialogiem zostały wycofane z polskiej dystrybucji.

nie zostały wycofane wszystkie kopie filmu z dodatkowym dialogiem. A szkoda.

[1] W tym przypadku bardziej pasuje słowo: dumbing. Będę używał w dalszej części.

[2] My zresztą też od dłuższego czasu raczej mały ekran preferujemy.

Piratują RMS.

Richard Matthew Stallman, czyli twórca Projektu GNU i orędownik wolnego oprogramowania, ma – o czym wielu miłośników wolnego oprogramowania wydaje się nie wiedzieć – nieco odmienne podejście do licencji dotyczących dzieł, które wyrażają czyjeś opinie, osąd i poglądy, czyli służą innemu celowi, niż prace dotyczące praktycznych zastosowań, takie jak oprogramowanie czy dokumentacja. W związku z tym, daje on prawo tylko do kopiowania i rozpowszechniania w postaci niezmienionej, dosłownej. Jednym z elementów tego jest publikowanie artykułów na licencji CC BY-ND, która wprost zabrania m.in. tłumaczenia. Więcej na ten temat można poczytać na stronie FSF dotyczącej licencji Licenses for Works of Opinion and Judgment.

Tymczasem świadomość polskich zwolenników wolnego oprogramowania jest w tym względzie niewielka. Przynajmniej dwa razy spotkałem się z „nielegalnymi” publikacjami tekstów RMS. Pierwsza to artykuł na jakilinux.org o jednolitym patencie. Druga, to wpis na nibyblog.pl dotyczący niewolnych gier (skopiowany również na osnews.pl) (dead link). We wszystkich trzech przypadkach złamanie licencji polega nie tylko na stworzeniu utworu zależnego w postaci tłumaczenia. Za każdym razem została też zmieniona licencja na znacznie mniej restrykcyjną CC BY.

Technicznie możemy mówić o piractwie utworów RMS. Żeby było śmieszniej, w tej chwili już sam fakt publikacji tłumaczenia, nawet w dobrej wierze, czyni z publikującego pirata. Przynajmniej przy dosłownym odczytaniu licencji. Dla jasności, sprawę uważam bardziej za śmieszną i to z wielu powodów – poczynając od tego, że RMS używa niemal najbardziej restrykcyjnej licencji Creative Commons, przez niewiedzę orędowników wolnego oprogramowania w temacie licencji, po fakt piractwa materiałów ze strony organizacji, która walczy o dostęp do kodu źródłowego i prawo do swobodnej jego modyfikacji. Zresztą wygląda, że sam RMS nie jest przeciwny takim tłumaczeniom, więc prawdopodobnie mamy do czynienia z niezbyt szczęśliwie wybraną licencją. Moim zdaniem, publikacje tłumaczeń powinny być dozwolone z zastrzeżeniem oznaczenia, że tłumaczenie jest nieoficjalne. Wdałem się w lekką dyskusję z ludźmi z FSF, zobaczymy, czy coś z tego wyniknie…

Natomiast warto mieć świadomość, że licencja Creative Commons, czyli popularny znaczek CC, nie oznacza automatycznie, że z utworem wolno robić wszystko. W szczególności warto mieć świadomość, licencji CC jest więcej, niż jedna, oraz, że w przypadku publikacji oryginalnego utworu, nigdy nie wolno jej zmieniać na inną licencję CC (czy to bardziej, czy mniej restrykcyjną) bez wyraźnej zgody autora. W przypadku utworów zależnych – o ile oryginał nie jest na licencji SA, to możliwe są zmiany licencji. No i ostatecznie warto pamiętać, że tłumaczenie w świetle licencji CC to utwór zależny.