Rogalowe Muzeum Poznania

W ramach imprezy Nocy Muzeów (mocno okrojonej i mało nocnej w tym roku, przynajmniej dla nas) trafiliśmy do Rogalowego Muzeum Poznania. Weszliśmy na styk, z marszu (nie polecam, jest napisane, żeby być wcześniej, ale wyszedł spontan) i w sumie nie wiedziałem czego się spodziewać, więc byłem zaskoczony.

Nie jest to typowe muzeum, gdzie chodzimy i oglądamy eksponaty. Jest to bardziej pokaz czy prezentacja, co dla przyjezdnych zwiedzających może być miłą odmianą i chwilą wytchnienia. Zrobione z pomysłem, stylizowane, odpowiednia ilość gwary, robiąca klimat, ale nie nastręczająca problemu ze zrozumieniem przekazu.

Pokaz jest na żywo, z udziałem kolejnych osób z publiczności i polega m.in. na robieniu rogala, z żywego ciasta i składników, z pominięciem co bardziej czasochłonnych etapów. Więcej nie napiszę, żeby nie spoilować.

W każdym razie bardzo ciekawie przygotowane i poprowadzone, mi i dzieciom się podobało, więc zdecydowanie polecam odwiedzającym Poznań uwzględnienie Muzeum w planie wycieczki i zarezerwowanie godziny czasu. Tym bardziej, że blisko Rynku, więc zaraz można iść coś zjeść albo oglądać inne atrakcje.

Poznański Budżet Obywatelski i CAPTCHA

Jak co roku można było głosować na Poznański Budżet Obywatelski. Wszedłem na stronę, zobaczyłem CAPTCHA i… zaniemówiłem. Implementacja, którą zobaczyłem była prostsza do połamania (czyt.: rozwiązania automatem) niż opisywana kiedyś CAPTCHA Agory. Polegała na podaniu wyniku dodawania dwóch liczb, podanych słownie, z zakresu 1-10. Dla ułatwienia tekst był podawany jawnie, jako tekst w HTML.

Jak już podniosłem szczękę z podłogi i przetarłem oczy, to dziesięć minut później miałem skrypt, który bezbłędnie podawał wynik. Zgłosiłem podatność, wraz z sugestią, żeby skorzystać z gotowców, a nie własnej, wadliwej implementacji CAPTCHA i szybko otrzymałem odpowiedź, którą można streścić… it’s not a bug, it’s a feature:

Obecnie funkcjonujący mechanizm CAPTCHY został wprowadzony nie tylko w oparciu o bezpieczeństwo, ale również przystępność użytkowania, co w przypadku tak różnorodnej grupy osób jak grupa głosujących w Poznańskim Budżecie Obywatelskim, jest szczególnie ważne.

[…]

Zaproponowane przez Pana rozwiązanie – skorzystanie z usług zewnętrznych takich jak Google – jest niemożliwe do wprowadzenia, ponieważ musimy opierać się na własnych, niezależnych od firm zewnętrznych rozwiązaniach, co zapewnia nam pełną możliwość ingerowania w przypadku wystąpienia ewentualnych błędów czy problemów z usługą.

Wyciąłem opis dodatkowych mechanizmów weryfikacji osób głosujących, które na szczęście są obecne, ale, biorąc pod uwagę stawkę, o którą toczy się gra (nawet 2 mln za projekt ogólnomiejski), liczę, że w przyszłym roku zabezpieczenia będą lepsze. Rozważyłbym wręcz wykorzystanie Profilu Zaufanego, tak po prostu. W tym roku wygenerowanie dodatkowych głosów było dość proste, choć sam automat do łamania CAPTCHA nie wystarczyłby.

Tak w ogóle nie zagłosowałem w tym roku – pamiętałem, żeby czekać do końca października i… przypomniałem sobie o głosowaniu 31.10. Skończyło się dzień wcześniej. Mówi się trudno.

UPDATE Niewielka aktualizacja w celu doprecyzowania w czym rzecz wynikająca z rozmowy. CAPTCHA, której rozwiązanie jest możliwe automatycznie to… nie CAPTCHA. Spokojnie można ją pominąć. Gdyby ktoś miał złe intencje i dostęp do bazy danych z danymi paru tysięcy mieszkańców Poznania, to stosunkowo łatwo, automatycznie mógłby w tym roku zmienić wyniki głosowania. Przy czym problem jest głębszy i CAPTCHA, nawet działająca, nie ratuje tu sytuacji – skala kilku tysięcy głosów jest do obsłużenia ręcznie, nawet przez pojedynczą osobę.

Profil Zaufany jest podobno mało popularny, nie mam zatem pomysłu jak sensownie zabezpieczyć tego typu głosowanie przez internet.

Wybór najlepszego interfejsu

Dodana kolejna funkcja, zwracająca trasy i odpowiednie dla nich najlepsze interfejsy. Napisane na szybko rano, przetestowane i poprawione przed chwilą, bo nie wiem jakim cudem napisałem rano taki bezsens. Plan był znacznie bardziej ambitny, dzień zapowiadał się pięknie i nawet zaryzykowaliśmy bonusowy wypad do centrum handlowego Posnania celem nabycia oświetlania, ale…

Zanim przejdziemy do ale dygresja nt. owego centrum. Nie wiem co jest zrobione źle. Albo nie jest skończone i nie działają wentylatory, albo jakaś awaria czujników, albo… broken by design. W każdym razie efekt jest taki, że na dość luźnym parkingu, przy braku jeżdżących aut jest duszno i mocno śmierdzi spalinami. Pierwszą rzeczą po wyjeździe było gruntowne przewietrzenie auta, nie chcę myśleć co będzie przy większym ruchu…

Inne wtopa – oprogramowanie do znajdowania trasy na tabletach (oj, można się zgubić, można…) działa w oszczędnej (Poznań, prawda? ;-)) wersji demo, zachęcającej klientów do zakupu licencji. Albo poczekania. Profesjonalnie. Niestety, fotki nie zrobiłem, bo napis zdążył zniknąć, a trochę mi się spieszyło, więc nie uruchamiałem drugi raz.

Wracając do ale: brak czasu, sponsoruje bieg Wings for Life World Run (ciekawa formuła, swoją drogą, może kiedyś się skuszę?). Nie wiedziałem, że się odbywa, więc nie sprawdziłem trasy i na powrocie utknąłem w korkach. Pewnie nie wkurzałoby, gdyby nie fakt, że bieg najpierw blokował główną ulicę z jednej strony centrum, a potem… inną ulicę z drugiej strony centrum. Jak doczytałem później, w międzyczasie jeszcze trzecią ulicę. Generalnie wjazd do centrum w praktyce wyłączony na ponad godzinę (stawka mocno rozciągnięta…), miasto totalnie zablokowane, bo korki się skumulowały, podobno 800 aut stało na rondzie Śródka.

Nie wiem co za umysł wytyczył tak trasę, ale jeśli chce w ten sposób zniechęcić ludzi do biegów czy też tej konkretnej imprezy, to jest na doskonałej drodze. Bo rozumiem start w centrum, przebiegnięcie przez centrum i jakieś utrudnienia w ruchu, żeby biegacze „byli widoczni”, ale totalna blokada centrum i pałętanie się biegaczy przez godzinę? Noż wyraz.

W każdym razie po godzinie stania w korku cała energia i chęć pisania czegokolwiek poszły się paść, więc tylko poprawki, ten wpis i tyle. Sondy dziś nie będzie.

PS Oświetlenie kupiłem.

Allegro Tech Talks Poznań #4 – wrażenia

W projekcie abcc panuje chwilowy zastój, spowodowany czynnikami różnymi – od osobistych (bardziej, znacznie bardziej), przez zawodowe (mniej, znacznie mniej), ale faktem jest, że spocząłem na laurach nieco i nic się od ostatniego wpisu nie zmieniło w temacie. Plan jest taki, żeby uruchomić sobie stację testową opartą o Raspbbery Pi, która będzie działać na dwóch lub trzech łączach (kabel, modem GSM i być może, jeśli RPi wyrobi prądowo, karta WiFi) i zrzucać pomiary, w celu lepszego dobrania parametrów. Ale to plany…

Tymczasem w ramach pożeraczy czasu byłem w zeszłym tygodniu na spotkaniu Allegro Tech Talks Poznań #4. Staram się bywać, jeśli akurat mam czas. Jeśli dobrze zrozumiałem, po raz pierwszy można było wysłuchać przez net na żywo, ale jakoś nie przepadam za taką formą – lepiej mi się obiera na żywo, nie mam nawyku słuchania przez net. No i zawsze można spotkać znajomych i poplotkować.

Prezentacje były dwie, obie dotyczyły Apache Solr, więc zupełnie nie moja działka, i przyznaję, że wahłem się, czy w ogóle iść, ale obie były IMO bardzo dobrze i interesująco poprowadzone, więc części merytorycznej też nie żałuję.

Pierwsza prezentacja dotyczyła uruchamiania Solra w kontenerach dockerowych, poczynając od tego jak to skonfigurować i uruchomić, przez przedstawienie wyników benchmarków pomiędzy sprzętem fizycznym (bare metal), przez pełną wirtualizację, po kontenery. Różnice były duże, przedstawione dane przekonują do kontenerów, ale… Zawsze jest jakieś ale, w tym przypadku testy były robione na ustawieniach domyślnych. Z jednej strony rozumiem, bo jakiś wspólny mianownik trzeba mieć, z drugiej produkcję konfiguruje się pod konkretny przypadek. Niemniej, różnice były na tyle istotne, że konfiguracja raczej nie będzie w stanie ich zniwelować. W sumie można było traktować tę prezentację mniej jako o Solr, bardziej jako o dockerze.

Druga prezentacja dotyczyła optymalizacji Solra w Allegro. Jak pisałem, nie moja działka, więc momentami była to trochę chińszczyzna (na zasadzie: nie wiem co to dokładnie jest), ale opowiedziane przystępnie, ciekawie i z przykładami. Mocno nieoczywiste przypadki i wyniki, efekty dobre. Stawiam, że dla osób zajmujących się Solrem perełka. Jest dostępna w wersji online.

Spotkałem też starych znajomych i poplotkowaliśmy, więc ogólnie bardzo udane wydarzenie – 10/10.

Smogly – miernik poziomu smogu

Dużo ostatnio mówi się w mediach o smogu i zanieczyszczeniu powietrza, widzę też, że pomału wśród znajomych popularne stają się różnego rodzaju, mniej lub bardziej DIY, mierniki poziomu zanieczyszczeń powietrza. Niezależnie od tego, co słychać w mediach, istnieją oddolne obywatelskie inicjatywy, mające na celu monitorowanie zanieczyszczenia powietrza w miastach. Przykładem jest Smogly AKA EnviroMonitor.

Czym jest Smogly?

Celem projektu jest stworzenie otwartego, zarówno sprzętowo, jak i programowo, przystępnego cenowo rozwiązania do monitoringu zanieczyszczenia powietrza, zbudowanie społeczności zainteresowanej jakością powietrza i finalnie zbieranie danych z wielu punktów pomiarowych w celu tworzenia pełnego obrazu jakości powietrza, nie tylko w Polsce, choć większość twórców – o ile nie wszyscy – pochodzi z Polski.

Istnieją co prawda podobne rozwiązania, ale brakuje im przekrojowości. Przykładowo w Poznaniu są dwa czujniki zanieczyszczeń dostępne online – jeden na obrzeżach miasta, drugi w okolicach centrum, ale zanieczyszczenia potrafią się różnić znacząco między poszczególnymi rejonami miasta, nawet między sąsiednimi dzielnicami.

Projekt Smogly składa się z kilku części. Zasadniczą jest sam miernik jakości powietrza. Potrafi on mierzyć ciśnienie, wilgotność, temperaturę oraz zanieczyszczenie pyłami PM 2.5 oraz PM 10. Czujnik przeznaczony jest do samodzielnego montażu (DIY) i wysyła dane do serwera łącząc się z internetem przy pomocy WiFi. Można skorzystać z własnego serwera lub – co jest lepszym rozwiązaniem – wysyłać dane do serwera utrzymywanego przez twórców projektu.

Koszt części (bez obudowy) szacowany jest na ok. 150-200 zł. Nie jest to dużo, biorąc pod uwagę, że – jak
zapewniają twórcy – pomiary były konfrontowane z wykonywanymi przez WIOŚ i różnice w przypadku wersji z grzałką, zapewniającą osuszenie powietrza przed pomiarem zanieczyszczeń, są na poziomie kilku procent.

Kolejne elementy układanki to wspomniany serwer, odbierający dane z sensorów, frontend, prezentujący dane w
przeglądarce oraz obudowa. Sonda badająca jakość powietrza musi być zamontowana na zewnątrz, do zasilania wystarcza zasilacz o prądzie 1A.

Czemu Smogly?

Wyróżniki Smogly na tle „konkurencji” są następujące:

  • montaż zewnętrzny, zapewniający realne dane nt. stanu powietrza w okolicy
  • grzałka, zapewniająca poprawne działanie także w warunkach zwiększonej wilgotności
  • usieciowienie, czyli zbieranie danych z różnych punktów do wspólnej bazy, możliwość odczytu wyników za pomocą np. smartfona
  • otwarty projekt, pozwalający na swobodne ulepszanie i dający nadzieję na utrzymanie i rozwój

Jak pomóc?

W tej chwili najpotrzebniejszą rzeczą są ochotnicy, którzy zbudują i zamontują czujki. Ambicją twórców projektu są 2-3 sensory w każdej dzielnicy, żeby zapewnić miarodajne wyniki. Na pewno projektowi przyda się nagłośnienie, więc jeśli macie znajomych interesujących się ochroną środowiska albo geeków interesujących się Arduino, to dajcie im znać. Podobnie dajcie znać znajomych zainteresowanych kupnem gotowego miernika – prawdopodobnie taniej mogą mieć urządzenie dokładniejsze, o większych możliwościach i bardziej użyteczne społecznie.

Przyłączyć się można za pośrednictwem GitHuba – standardowy flow pracy, czyli zgłaszanie issues,
forkowanie i pull requesty. Projekt korzysta również ze Slacka, dostępnego na zaproszenie – automat zapraszający dostępny jest tutaj.

Na koniec garść linków na temat pyłów PM10 i PM2.5:

  1. O pyłach PM2.5 i PM10 https://airnow.gov/index.cfm?action=aqibasics.particle
  2. Artykuł na Wikipedii https://en.wikipedia.org/wiki/Particulates
  3. Strona projektu Smogly https://github.com/EnviroMonitor
  4. Wpływ zanieczyszczeń na zdrowie http://smog.imgw.pl/content/health
  5. Dopuszczalne normy zanieczyszczeń powietrza http://smog.imgw.pl/content/norm
  6. Poziomy zanieczyszczeń PM2.5 i PM10 online: http://aqicn.org/

Rowery miejskie cztery lata później

Pozmieniało się… Po pierwsze, zmieniło mi się miejsce pracy. Oczywiście można dojeżdżać tramwajem, ale ponieważ pogoda ciągle jeszcze dopisuje, trochę się trzeba ruszać, a na Kręć Kilometry można wygrać nagrody, postanowiłem wrócić do wypożyczania rowerów. Teoretycznie mogłem korzystać z domowego roweru, ale właścicielka korzysta i ma opory, więc jednak nie.

Rowery miejskie w Poznaniu

Rowery miejskie Nextbike w Poznaniu. Źródło: fot. własna.

Po drugie, wiele się w Nextbike’u zmieniło. Jak patrzę na stare wpisy, to jest lepiej. Przede wszystkim w końcu w Poznaniu jest dość sensowna ilość stacji. Oczywiście zawsze mogłoby być więcej, ale w stosunku do początkowych kilku, jest bajka – jak widać na mapie, centrum jest pokryte nieźle, obrzeża jako tako. Wpis o rowerach miejskich w Szczecinie jest praktycznie nieaktualny, bo to też już Nextbike. Doczekaliśmy się zniżek dla posiadaczy kart PEKA[1], z tego co czytałem na FB ma też być zrobiona integracja wypożyczeń z PEKA. Jedno co się nie zmieniło, to możliwość sprawdzenia stanu rowerów miejskich każdym z miast na poszczególnych stacjach w lekkiej formie.

Trochę wyluzowałem (to tak ogólnie z wiekiem chyba…) i przywykłem do długich zwrotów i tego, że coś nie działa. Tzn. często zdarza mi się, że stacja nie działa albo wystąpi inny wyjątek w systemie, ale IVR jest przyzwoity, z dodzwonieniem się na infolinię nie ma problemu, a obsługa jest miła i pomocna. Jedyne co bywa nie do przeskoczenia, to brak prądu na stacji i rowery wpięte elektrozamkiem. Raz prawie mi się zdarzyło. Prawie, bo kilka było przypiętych tylko linką. Podobno appka na Androida też jest fajna i bardzo ułatwia, ale jeszcze jej nie testowałem.

W Poznaniu przybyło ścieżek rowerowych i… nawet da się jeździć. Co prawda ścieżki momentami są mocno nieoczywiste, kręte, momentami trudno dojść czy są jedno- czy dwukierunkowe a oznaczenia są… niekoniecznie czytelne, ale da się przywyknąć. Doszedłem do tego, że warto jeździć, rozglądać się za znakami (często ścieżka znika, a pojawia się dopuszczony ruch rowerowy na chodniku) i patrzeć, co robią inni rowerzyści. Dzięki temu można poznać trochę knyfów, gdzie warto przeskoczyć na drugą stronę ulicy, zamiast stać na światłach po „właściwej” itp. Niestety, mocno to wszystko nieoczywiste i w niektórych miejscach rowerzyści jeżdżą co prawda po ścieżce, ale pod prąd. Pakując się pod auta, które się ich tam nie spodziewają, szczególnie jeśli kierowca sam jest rowerzystą i wie, jak w tym miejscu jechać.

Zauważyłem też ciekawą manierę wśród poznańskich rowerzystów – z konsekwencją godną lepszej sprawy omijają studzienki telekomunikacyjne obecne gdzieniegdzie na ścieżkach. Nie wiem o co chodzi – studzienki są równe i stabilne. Jakieś wypadki były o których nie wiem?

Skoro o samochodach i rowerach mowa, ostatnio widziałem mem mówiący, żeby rowerzyści zwalniali przy przejazdach/skrzyżowaniach, bo kierowcy samochodów ich nie widzą. I mam mieszane uczucia. Z jednej strony jakby jechać rowerem, stać na każdych światłach (to i tak trzeba…) i jeszcze zwalniać do prędkości – jak rozumiem – pieszego przy każdym przejeździe, to cała przyjemność z jazdy i sens poruszania się rowerem ginie. I ciśnie się na klawiaturę sam sobie kierowco zwalniaj, żebyś miał czas się rozejrzeć. Z drugiej strony wiem o co chodzi, bo widuję rowerzystów mijających z pełną prędkością (tak ~30 km/h i więcej) samochody z włączonym kierunkowskazem sygnalizującym zamiar przekroczenia ścieżki. OK, nie mają pierwszeństwa, ale… to skrzyżowanie i szczególna ostrożność dotyczy wszystkich uczestników ruchu. Więc fajnie, jakby i kierowcy, i rowerzyści zwalniali tam, gdzie ich drogi się krzyżują.

Jeszcze uwaga do rowerzystów: jak jest ciemno, to was nie widać i bierzcie to proszę pod uwagę. Pomijam całkiem nieoświetlonych albo tylko z odblaskami, ale nawet zwykłe oświetlenie rowerowe wypada w porównaniu ze światłami samochodów, latarniami ulicznymi i reklamami… blado.

Na koniec krótko o Kręć Kilometry – zainteresowałem się późno, bo we wrześniu, ale wygląda, że parę wyzwań uda mi się zrealizować. Appka prosta, dokładność przyzwoita, choć jak to z GPS – nie jest idealnie. W sumie i tak starałem się rejestrować aktywność typu bieganie czy jazda na rolkach (choć innymi narzędziami), a tu jest zabawa, wyzwania, dodatkowa motywacja do dziś rower, nie tramwaj i szansa na nagrody. Więc czemu nie?

[1] Mam wrażenie, że ta informacja nie jest należycie nagłośniona. Co prawda był wpis na stronie i FB, ale nie ma jej w cenniku, a wpis jest „schowany” w archiwum.

Urlop II i III

Uważni czytelnicy zapewne dostrzegli pewną lukę, bo był urlop I, był urlop IV, a zabrakło dwóch części pomiędzy. Otóż był to urlop, który nie był urlopem. Po prostu młodzież została sprzedana – po raz pierwszy na dłuższy czas, czyli pełen tydzień – dziadkom. Oznaczało to, że nagle – mimo chodzenia do pracy – jest dużo czasu wolnego. Udało się ogarnąć parę spraw, odpocząć. Generalnie dużo mniej krzątania, a więcej czasu dla siebie, stąd określenie urlop. Ponadrabiane zaległości filmowe, trochę wypadów na miasto.

Wszystkim trzem stronom podobało się to na tyle, że zostało za jakiś czas powtórzone, bo czemu młodzież ma się nudzić w domu w mieście, kiedy może korzystać z wakacji co prawda też w mieście, ale z działką i w ogóle.

Do wpisu musowo komentarz muzyczny, taki stary, ale oddaje klimat. Chociaż z racji braku urlopu tak dobrze to nie było. 😉 No i tym wpisem można w zasadzie zakończyć wakacje.

Samochodowe podsumowanie roku 2015

Od siedmiu miesięcy korzystam z Yanosika, rok się kończy, więc pora na małe podsumowanie roku. Zaleta jazdy z Yanosikiem jest podobna do prowadzenia bloga – wiadomo co było, kiedy dokładnie itp, czyli mam twarde dane dotyczące ilości przejechanych kilometrów. W końcu mogę się odnieść do tego, ile naprawdę jeżdżę samochodem.

Oczywiście nie jest tak, że Yanosika włączam zawsze. Krótkie trasy, po mieście i znanych trasach były często jeżdżone bez włączonego Yanosika, ale po pierwsze, raczej nie jeżdżę autem po mieście (Poznań jest bardzo zakorkowany, tramwaje jeżdżą przyzwoicie, więc zwykle wygodniej użyć komunikacji miejskiej), po drugie, nie są to duże odległości, więc wielkiego wpływu na wynik być nie powinno. Z kolei jeśli jadę w mniej znane miejsce lub kawałek dalej (10 km i więcej), to już raczej Yanosika włączam.

Druga sprawa to zużycie baterii przy korzystaniu z Yanosika. Próbowałem jeździć z włączonym ekranem, z przygaszaniem i wyłączonym ekranem i… niestety, pierwszy tryb, mimo podpiętej ładowarki, zdecydowanie oznacza rozładowywanie telefonu. Przygaszanie jest w sumie najlepsze – bateria bardzo wolno, ale się ładuje. Z kolei wygaszanie miało jakieś problemy przez chwilę (IIRC po odinstalowaniu i zainstalowaniu nowej wersji zaczęło działać), a potem okazało się, że często zapominam wyłączyć Screebl Lite, który funkcjonalnie gryzie się z Yanosikiem, bo zapobiega wyłączeniu/przygaszeniu ekranu. W każdym razie: zdarzyło mi się parę razy, że w telefonie skończyła się przez to bateria przy dłuższej trasie. Nie żeby mi specjalnie zależało, ale wynik będzie znowu zaniżony. Łącznie myślę, że trzeba by dorzucić tysiąc kilometrów.

W każdym razie uważałem, że jeżdżę mało, w okolicach 10 tys. km rocznie. Co prawda znajomi z pracy twierdzili, że chyba zawyżam szacunek, (ale akurat praca to miejsce, gdzie bardzo rzadko zjawiam się autem – zły dojazd, złe parkowanie, za to dobry dojazd komunikacją miejską. OK, pora na twarde dane: 3600 km w 7 m-cy. Plus powiedzmy ten tysiąc z nierejestrowanych tras. Razem czyni 4600 km, czyli ok. 650 km/m-c. Czyli bardziej 7800, w zaokrągleniu 8 tys. km/rok. Malutko. Kiedyś tyle to chyba w kwartał robiłem, no ale to było za dawnych, dobrych czasów.

Tyle podsumowania roku, jednocześnie korzystając z okazji życzę wszystkim, by nadchodzący 2016 był lepszy od roku bieżącego.

Obciach jest chwilowy, popularność jest wieczna

Pewna rodzina z Poznania (albo okolic) postanowiła wstawić sobie do niemal całego domu kamery, udostępnić w internecie i poszukać sponsorów. Albo rozgłosu. Rodzina składa się z dorosłych, którzy decydowali, oraz dzieci, które głosu zapewne nie miały, a nawet jeśli miały, to raczej nie rozumiały, co się dzieje naprawdę. Zresztą, wiele wskazuje na to, że nie do końca wiedzieli i rodzice…

O całej sprawie można poczytać nieco więcej u Lotty, mnie zdumiały niektóre aspekty. Po pierwsze, wygląda na to, że sąd w ekspresowym tempie nakazał rzecz dość dziwną, mianowicie wyłączenie kamer. I jest to podyktowane rzekomo prawem do prywatności dzieci. Zastanawiam się, gdzie tu miejsce na odwołanie, uprawomocnienie wyroku itp. Zastanawiam się też, gdzie leży granica. Bo jakoś usuwania np. zdjęć dzieci zamieszczonych przez rodziców w internecie nikt usuwać nie każe, a przecież też bez zgody dzieci są publikowane i niekoniecznie z „oficjalnych” okazji. Różnica czy obraz ruchomy czy statyczny? Cóż, obowiązku posiadania firan czy zasłon w oknach w domu też nie ma, ciekawe, czy rodzinami w domach bez zasłoniętych okien też się sąd interesuje?

 

Po drugie, dziwi mnie poruszenie wokół sprawy. Przecież to taki nieudolny, amatorski Big Brother, bez profesjonalnej obsługi, bez napięcia i bez reżyserowania czy selekcji. Podobnie jak w tym programie, uczestnicy sprzedają na chwilę swoją prywatność, w zamian otrzymując pieniądze i zyskując rozgłos. Stąd tytuł. Czy to się opłaca? Patrząc na stronę na Wikipedii poświęconą polskiej edycji Big Brothera – wszystko to już było, te same kontrowersje, te same motywacje. Nie było jedynie dzieci. Czy uczestnikom udało się zdobyć popularność? Z tego co kojarzę, to tak, bo do tej pory potrafi mi w TV mignąć o kimś, że brał udział. Sprawdziłem na ww. stronie – jest ich więcej, choć procentowo mniej, niż się spodziewałem. Cóż, gwarancji sukcesu nie ma.

Po trzecie, kamery (i mikrofony) są wszędzie i mało kto zdaje sobie sprawę z rozmiarów inwigilacji i możliwości podglądu/podsłuchu. Dobra okazja by przypomnieć grafikę z dawnego wpisu:

Cameras are recording your life 24 hours a day. Think about it.Zdjęcie grafiki na murze, IIRC Nowy Sącz.

Coraz więcej urządzeń, które posiadamy, jest wyposażonych w kamerę lub mikrofon oraz dostęp do sieci. Smartfon, tablet, telewizory, komputery… Wbudowany mikrofon posiada też na przykład Banana Pi (komputer, jakby nie patrzeć). Dedykowane kamery IP montowanych samodzielnie w domach czy teoretycznie zamknięte systemy monitoringu są oczywiste. Wszystkie te urządzenia mogą być (i są!) wykorzystywane do podglądu/podsłuchu przez producentów urządzeń i oprogramowania (Facebook!, Google!), służby (to jakby oczywiste i chyba w sumie najlepiej – przynajmniej teoretycznie – obwarowane prawnie)  i… włamywaczy komputerowych. Zresztą część kamer IP jest po prostu wystawiona do sieci, nawet włamywać się nie trzeba. Zabezpieczenia tego typu sprzętu wielowymiarowo leżą. Poczynając od udostępnienia w sieci przez samego użytkownika, przez niezmienione domyślne hasła[1] po… błędy producenta, typu niemożliwe do zmiany hasło „serwisowe”.

 

Stawiam, że 99% (źródło: sufit, chodzi o skalę) ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, co naprawdę potrafi zrobić (i robi!) ich urządzenie. Czy różnica, czy obserwuje/podsłuchuje nas obsługa producenta, czy losowi ludzie jest naprawdę tak wielka? Naiwna wiara, że systemy monitoringu obsługują jacyś inni ludzie, niż losowi? Kto ma świadomość, że kamera w laptopie może pracować bez zapalonej diody? Kto zamontował fizyczne zabezpieczenie na kamerze w laptopie (polecam wpisać laptop camera cover w wyszukiwarkę)? Co z mikrofonem, który „odciąć” znacznie trudniej i który od zawsze jest aktywowany bez choćby próby fizycznego powiadamiania użytkownika?

Warto też pamiętać, że „publiczne” kamery bywają umieszczane w niezupełnie publicznych miejscach. Typu łazienki/toalety w urzędzie. A monitoring osiedlowy może umożliwiać pracownikom zaglądanie do mieszkań. O kamerach w przedszkolach itp. nie wspominam (a bywają, niekoniecznie zabezpieczone).

Ostatnia sprawa to konsekwencje. W znacznej mierze zgadzam się z twierdzeniem, że to społeczeństwo jest chore (nie owa rodzina). No bo czy ktoś normalny będzie gapił się w te kamery i robił „żarty”, ocierające się o stalking? Nawiasem, stawiam, że nawet gdyby rodzina nie podała namiarów na siebie na stronie, to stalkerzy szybko by ją namierzyli… Faktem jest, że wygląda, że rodzice – przy swojej prymitywnej motywacji – niezupełnie zdają sobie sprawę co się dzieje i jakie są konsekwencje ich działań.

Na koniec: nie, nie popieram tego, co robi ta rodzina. Dziwi mnie jedynie, że ludzie, którzy to znaleźli nie wytłumaczyli im po prostu, czemu robią źle, tylko zaczęli zamawiać pizzę itp. I dziwi mnie pójście na noże, sąd, zamiast wizyty kogoś z instytucji zajmującej się prawami dzieci. Tym bardziej, że IHMO akurat prawnie nie sposób zabronić udostępniania takiego „odsłoniętego okna” w postaci kamer.

Natomiast jest to kolejna okazja do przypomnienia ludziom o wszechobecności kamer i mikrofonów. I o konieczności aktualizacji oprogramowania i zabezpieczenia dostępu, szczególnie do kamer IP.

[1] Insecam.org to serwis, który podaje namiary na kamery z niezmienionym hasłem, dostępne w sieci, z podziałem na kraje i kategorie. Aktualnie z Polski jest 95 kamer, w tym pokazujące obraz z wnętrz różnego rodzaju.

Ikea uczy, bawi, wychowuje

Stoisko dla dzieci w Ikea Poznań. „Szklanki” z nóżką – pierwsze widzę. Te w górnym rzędzie, częściowo schowane, kształtem i gabarytami jako żywo przypominają naczynka do shotów.

Kieliszki Ikea

Źródło: fot. własna

Nie rozumiem, czemu Ikea kieliszków nie nazywa rzeczy po imieniu, czyli kieliszkami? Kieliszki Absolut – czy to nie brzmiałoby lepiej?

Gra Ingress – wrażenia

W Ingress grałem od początku października 2014 do początku stycznia 2015, czyli bity kwartał. Intensywność różna, choć najwyżej umiarkowana. Żadnych wielkich zrywów, maratonów itp. Ostatecznie osiągnąłem poziom 7 (i pół) z 16 aktualnie dostępnych w grze. Kiedyś było 8 poziomów. Wydaje mi się, że tyle wystarczy, by wyrobić sobie zdanie o produkcie.

Logo Ingress

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Ingress_Logo_vector.svg

Czym jest Ingress?

Ingress – gra z gatunku MMO w systemie rzeczywistości rozszerzonej – tako rzecze Wikipedia w artykule nt. Ingress. I zasadniczo ma rację, bo nic dodać, nic ująć, ale własnymi słowami: gracze dzielą się na dwie drużyny (frakcje; Resistance i Enlightened) i działają za pośrednictwem urządzeń wyposażonych w GPS i dostęp do internetu (czytaj: smartfon) w wirtualnym świecie nałożonym na rzeczywisty. Działania graczy sprowadzają się do interakcji przy użyciu wirtualnego sprzętu z wirtualnymi portalami, umieszczonymi na interesujących bądź przynajmniej charakterystycznych elementach rzeczywistych (tablica, pomnik, most, grafitti, rzeźba itp.).

Gra jest tak skonstruowana, że nie ma konkretnego celu ani zakończenia. Ogólnie chodzi o to, żeby nasza frakcja zdobywała (w danym okresie/etapie) więcej punktów, niż frakcja przeciwna. Gracz poruszając się w świecie (rzeczywistym) zdobywa punkty akcji, które może wykorzystać do rozbudowy portali, linków (połączenia portali) lub pól (obszary ograniczone linkami) swojej frakcji lub niszczenia portali (linków, pól) frakcji przeciwnej. Jak widać, by móc działać wystarczy połazić po mieście, a przy odpowiednim balansie gra może trwać w nieskończoność. Sprytne.

Dodatkowo dochodzi element gamifikacji – poziomy, odznaki, osiągnięcia, statystyki, w tym także dotyczących działań w świecie realnym (np. ilość przebytych km w danym okresie czasu). Trzeba przyznać, że całość gry jest dobrze przemyślana i wciąga.

Jak grać w Ingress?

Kilka szybkich i ważnych porad dla początkujących, których nie znałem, gdy zaczynałem grać:

  • odległość od portalu w momencie stawiania rezonatora ma znaczenie – im dalej, tym lepiej, bo trudniej zniszczyć taki portal,
  • długość tworzonych linków nie ma znaczenia dla punktacji,
  • wielkość tworzonych nie ma znaczenia dla punktacji.

Więcej porad znajdziesz na stronie Ingress Resistance Poznań.

Jak można to wykorzystać?

Poza najbardziej oczywistą rzeczą, czyli poligonem dla autorów aplikacji opartych na GPS (poprawa algorytmów, zarówno lokalizacji, jak i działania programu typu oszczędzanie baterii, poprawa map), czy badaniem poruszania się/zagęszczenia ludzi w danym rejonie, widzę dla Ingress parę innych zastosowań.

Przede wszystkim, skłonienie użytkownika do podawania dokładnej lokalizacji otwiera drogę do serwowania reklam. Dokładnych reklam, dotyczących sklepów/usług w zasięgu wzroku. Jeśli połączyć to z wiedzą, czego szukał użytkownik ostatnio w sieci (apteka, szewc, zegarmistrz, karta SD, fryzjer), to robi się interesująco. A teraz dodajmy do tego wiedzę, ile czasu i w jaki sposób poruszał się użytkownik oraz np. stan baterii i można zaproponować np. jedzenie albo picie w miejscu oferującym możliwość doładowania telefonu (OTOH dziwię się, że tak się fast foody itp. nie reklamują…). Przypuszczam, że tego typu reklamy miałyby szanse być bardzo skuteczne.

Kolejna możliwość, to dobrze znane z różnych gier promocje czy kupne bonusy i power-upy. Ale nie w formie płacenia prawdziwymi pieniędzmi za czysto wirtualne przedmioty, tylko skrzyżowania z reklamą. Co prawda chyba jeszcze nie jesteśmy systemowo przygotowani na coś takiego, ale wyobrażam to sobie w sposób podobny do powyższego – kupujesz pizzę w określonym lokalu, wklepujesz kod z paragonu (ew. korzystasz z wbudowanych płatności…) i dostajesz przedmioty w grze.

Czemu przestałem grać w Ingress?

Nie ukrywajmy, choć niby można grać „przy okazji”, to zabawa w Ingress zajmuje trochę czasu. Nawet, jeśli gra się wyłącznie przy okazji, w drodze, to jednak tu i tam się przystanie, tu zwolni, parę minut z życiorysu znika. Kolejna sprawa to czas pracy urządzenia na baterii. Gra po prostu wysysa energię z akumulatorów i oznaczała u mnie dodatkowe ładowanie w ciągu dnia. Transfer też znika dość szybko – mi na umiarkowane granie przy okazji schodziło ok. 1 GB danych miesięcznie.

Gwoździem do trumny było jednak coś, co pojawiło się przy którejś aktualizacji: wymuszona zgoda na otrzymywanie powiadomień (zamieszczona poniżej). Czyżby przymiarka do opisanego wyżej sposobu wykorzystania? Nie wiem. Stwierdziłem, że enough is enough, przemyślałem za i przeciw i po prostu odinstalowałem grę.

Ingress licencja

Źródło: screenshot z aplikacji Ingress.

PS Wpis przeleżał blisko pół roku w szkicach, nie wszystkie informacje muszą być więc aktualne. Zdaję sobie sprawę, że grałem dość nietypowo, bo zupełnie bez aspektu socjalnego. Podobno ludzie spotykają się IRL w celu grania. Trochę zazdroszczę ilości wolnego czasu, ale fakt, Ingress może być fajnym pretekstem do wycieczek, spacerów, pozwala zwrócić uwagę na pewne aspekty rzeczywistości, które normalnie umykają itp. Z drugiej strony, jest to trochę chodzenie z nosem wlepionym w wyświetlacz, zamiast rozglądać się wokół.

Awizowy chaos @PocztaPolska

Tło

W mojej okolicy są dwa urzędy pocztowe. Jeden trochę bliżej miejsca zamieszkania (nazwijmy go A), drugi trochę dalej (nazwijmy go B). Przynależę do tego trochę dalej (B). Ostatnio kupuję drobnych gadżetów w Chinach, więc przesyłki dość często się pojawiają. Część nie wchodzi do skrzynki, wtedy dostaję awizo, że nierejestrowana, rozmiar wyklucza pozostawienie w skrzynce. Albo jakoś tak.

Dzień pierwszy – poranek

Awizo w skrzynce. Wyjąłem i następnego dnia rano wyruszam na pocztę (urząd B). Wręczam awizo, pokazuję dowód. Pani szuka. Przesyłki jakby nie ma. Pani zagląda do szafki. Im bardziej zagląda do szafki, tym przesyłki bardziej nie ma. Wraca, patrzy jeszcze raz na awizo i tryumfalnie obwieszcza, że to do odbioru w urzędzie A. Mówię, że zawsze tu byłem obsługiwany. Słyszę, że od czerwca się pozmieniało. No OK, myślę, bywa. Nawet lepiej, bo będzie bliżej domu poczta. Ale… czy mogłaby pani sprawdzić, co jest napisane na awizo? A tam jak byk, że przesyłka do odbioru w urzędzie B. Słyszę coś o niezmienionej pieczątce i filiach. Średnio zwracam uwagę, bo w sumie nieważne. Nic to, jest ranek, w kolejce nie stałem, w sumie tu i tu po drodze mam, nie róbmy afery. Zresztą nawet do mnie nie dotarło w pełni co się właśnie wydarzyło i cieszyłem się na odbiór gadżetów.

Dzień pierwszy – popołudnie

Wchodzę na pocztę A. Daję awizo i mówię, że słyszałem, że się pozmieniało. Pani z okienka nic nie wie o zmianach. Ale przesyłka faktycznie tu do odbioru, bo kierowca/listonosz się pomylił i odstawił nie do tego urzędu. Cóż, trzeba było tak od razu. Jest po staremu, czyli dobrze, a ludzki błąd – zdarza się. Lepsze to, niż dostać awizo na urząd B i musieć iść do urzędu A, prawda? Upewniam się jeszcze raz, że to wyjątek i wszystko jest po staremu.

Wracam do domu. W skrzynce widzę kolejne awizo. Nowe gadżety czekają!

Dzień drugi – poranek

Biorę awizo i pędzę na swoją pocztę, czyli B. Daję awizo. Pani patrzy i mówi, że to nie do nich przecież i jest napisane, że poczta A. Patrzę i faktycznie! O ja głupia [cenzura]! Nie przeczytałem, a tam faktycznie jak byk: do odbioru w urzędzie pocztowym A. Ale pani w B mówi, że sprawdzi, na wszelki wypadek. No i jest przesyłka!

Zakończenie

Pogubiłem się. Zaczynam się bać otwierać skrzynkę. Może być awizo. A jeśli będzie, to czy sugerować się tym, co jest napisane, czy wręcz przeciwnie? Myślałem o przejściu na te nowe powiadomienia SMSem, ale nie wiem, czy wypada. Może po prostu na poczcie chcą mnie widywać częściej? W obu urzędach?

PS Na razie traktuję całą sytuację jako zabawną aberrację. Ale wolałbym, żeby się unormowało. 😉

UPDATE Wygląda, że już wszystko po staremu, czyli działa. W sobotę wyjąłem awizo, poszedłem na wskazaną pocztę, odebrałem przesyłkę. Uff… 😉

Barszcz Sosnowskiego, barszcz Mantegazziego

Jak co roku, jest trochę paniki związanej z barszczem Sosnowskiego, wczoraj trochę poczytałem (głównie Wikipedię), podyskutowałem, podsumowanie przemyśleń poniżej.

 

Kiedy barszcz jest groźny?

Nie jest tak, że barszcz Sosnowskiego jest bardzo groźny i wyjątkowy czy rzadko występujący w Polsce. Żeby był naprawdę groźny, muszą wystąpić trzy czynniki:

  1. wysoka temperatura – rośnie wrażliwość ludzi
  2. wysoka wilgotność – rośnie wrażliwość ludzi; wystarczy się spocić
  3. nasłonecznienie – dokładnie promieniowanie UV, warunek konieczny do wystąpienia głębokich oparzeń, tak naprawdę jeśli nie ma słońca, to można nie zauważyć kontaktu.

Niestety, idealnie pasuje do obecnej aury, stąd pewnie ostatnie doniesienia o oparzeniach. Plus media wyolbrzymiają temat, a przecież rośliny te obecne są w kraju od wielu lat.

 

Czy to barszcz Sosnowskiego?

W Polsce rosną dwa podobne, niebezpieczne gatunki roślin – barszcz Sosnowskiego i barszcz Mantegazziego. Nie jest łatwo je rozpoznać, główną cechą są inne liście. Z opisów wynika, że w sumie nie ma specjalnie co rozróżniać, oba mają podobne działanie (oparzenia), oba są podobnie traktowane i zwalczane. Barszcz Mantegazziego jest po prostu mniej medialny (albo zwyczajnie mylony). Gdyby ktoś chciał określić, która to roślina, najprościej patrzeć na liście – barszcz Sosnowskiego ma zaokrąglone, natomiast barszcz Mantegazziego ma ostre końcówki.

Barszcz Sosnowskiego

Powyżej barszcz Sosnowskiego, zaokrąglone końcówki liści; źródło Wikipedia

Barszcz Mantegazziego

Powyżej barszcz Mantegazziego, ostre końcówki liści; źródło Wikipedia

 

Czy zwalczać?

Wikipedia podaje, że roślina jest zwalczana w Polsce, ale szybkie wyszukania pokazują, że… niekoniecznie, albo, raczej, że z mizernym zaangażowaniem. Tak czy inaczej, raczej byłbym zwolennikiem zwalczania i zgłaszania, szczególnie, jeśli chodzi o miejsca łatwo dostępne dla ludzi, zwłaszcza dla dzieci. Trochę śmieszna/żenująca jest odpowiedź urzędu, który od razu chciałby przymuszać. Pewnie wystarczyłoby uprzejmie poinformować właściciela działki, co to u niego rośnie i jak się tego pozbyć, nie trzeba od razu sięgać po środki prawne. Usunięte, bo doczytałem pierwsze akapity.

Jeśli chcemy w Polsce tępić trochę bardziej ambitnie barszcz, to brakuje mi listy adresów email, pod które można wysyłać zgłoszenia dotyczące barszczu (bo to nie pożar, nie dzwoniłbym na 112 ;-)). Widzę też potencjał na aplikację dla smartfonów – określenie pozycji z dokładnością do kliku metrów, możliwość załączenia zdjęcia i wysłanie maila pod stosowny (dla danego rejonu kraju) adres. Urząd nawet mógłby odpowiedzieć po interwencji zgłaszającemu… Gdyby ktoś znał listę, to poproszę o linka. W sumie nawet można na Wikipedię wrzucić.

Skąd w ogóle temat? Ano uprzedziłem rodzinę, żeby uważali. Efektem jest znalezienie barszczu w odległości kilkudziesięciu metrów od jednego z kąpielisk w Wielkopolsce…

 

Urlop

No i urlop się kończy, więc można podsumować. Znowu nad morzem (Bałtyk). To znowu to stwierdzenie faktu, nie oznaka nudy. Doceniłem, że jeździmy na ubocze i w sumie poza sezonem. Wszystko za sprawą jednodniowego wypadu do Międzyzdrojów. Zaczęło się od żubrów, które jak co roku odwiedzamy. Mieliśmy pójść na molo, ale zaskoczył nas deszcz, więc innego dnia zrobiliśmy powtórkę.

Ilość „atrakcji” przytłacza i przygnębia. Podobnie jak ilość ludzi. Spędy wszędzie, ruszyć się nie można (zwł. jak się jest dzieckiem), a to jeszcze nie sezon. Wycieczki starców i dzieci, porykiwania wychowawców. Ja rozumiem, że nie było tego dnia idealnej pogody na plażę, ale za taki „wypoczynek” to ja dziękuję. Niemniej, molo fajne i zdecydowanie warto. Hint: masa płatnych parkingów i strefa koło plaży, ale jak ktoś ma ochotę na dziesięciominutowy spacer, to znajdzie i darmowe parkingi – wystarczy kierować się w stronę „od morza” (ot, wyszedł ze mnie Poznaniak).

Są też i lepsze – na oko – atrakcje, dzieciaki pewnie by szalały, ale po pierwsze, były już nieco padnięte, po drugie, nie przyjechaliśmy do Międzyzdrojów na dłużej, a raptem na jeden dzień, więc nie trzeba było się posiłkować atrakcjami a’la wesołe miasteczko. Poza tym, namioty czy tam pawilony handlowe. Ale jestem niemal pewny, że księgarnia z książkami „od 1 zł”, gdzie zrobiliśmy większe zakupy książkowe to był namiot handlowy, nie pawilon, po prostu. W każdym razie Międzyzdroje zaliczone, na parę lat starczy. 😉

Skoro już przy książkach jesteśmy – trochę „poczytałem”. Cudzysłów, bo nie tylko tradycyjne lektury, w końcu przekonałem się bardziej do audiobooków. I uznałem, że będę je traktował na równi z książkami (czyli będą tak samo oceniane). Miałem wątpliwości, bo i „czytam” inaczej (np. tramwaj czy pociąg), i raczej tematyka inna, i lektor potrafi wpłynąć na odbiór, ale w sumie uznałem, że nie ma co na siłę robić rozróżnienia, skoro to czytana książka. Trochę nadrobiłem czytelnictwo na urlopie.

Ciekawą obserwacją są też ceny atrakcji. Np. gofrów. W Dziwnówku IIRC 2,5 zł za gofra gołego lub z cukrem pudrem. Z bitą śmietaną – 7 zł. Międzyzdroje – standardowo goły 3,5 zł, cukier puder podnosi cenę do 4 zł. Bita śmietana to nadal 7 zł. I więcej. Wersje na wypasie – 10 zł i więcej. Trochę dużo jak za – nie ukrywajmy – bardziej odpowiednik ciastka, niż posiłku.

No, ale większość czasu siedzieliśmy w ciszy, spokoju i odosobnieniu. Pusta plaża, te klimaty. W końcu się zebrałem i zacząłem trochę biegać. Nieopodal szlak biegowy, więc jakoś skusiło AKA zmotywowało. Zresztą był taki plan, nawet buty wziąłem. Już drugiego dnia odkryłem wiązanie z tzw. heel lock, czyli do czego jest dodatkowa dziurka w bucie. Nie wiem, czy coś daje, ale nie wadzi w niczym i jest OK, więc będę używał.

Oczywiście bieganie bez GPS się nie liczy (się nabijam, oczywiście; wiem, że to choroba i się, bo zawsze biegałem po prostu dla przyjemności biegania, ale się skusiłem…), więc telefon w garść, soft do zapamiętywania trasy włączony i bieg. Z pozytywów – pobawiłem się Perlem, GPS i skryptami. Jest szansa, że powstanie coś wolnego/otwartego do wrzucania wyników na stronkę w strawnej formie.

Poza tym, znalazłem rozwiązanie jednego drobiazgu, który mnie męczył w Perlu, co oznacza, że może niedługo światło dzienne ujrzy jeszcze jeden projekcik. Trochę rozwinąłem mojego Perl Uptime Monitor – umie wygenerować bardzo podstawowy HTML. Z największych okołoperlowych rzeczy – wróciłem do tłumaczeń. Tym razem nie GNU, tylko właśnie niezły- jak mi się wydaje – serwis o Perlu. Chwilowo się nie chwalę (choć jak ktoś poszuka, to znajdzie, co robię). Mam postanowienie wrzucania więcej na GitHub.

Ogólnie – brakowało mi urlopu. Klasyczne oderwanie i podładowanie baterii. Pora wrócić do pracy.