E-państwo w praktyce

Bywa taki czas, że trzeba załatwić coś w urzędzie i niedawno miałem okazję odwiedzić poznański Urząd Miasta. Niby mogłem wszystko zdalnie, ale z różnych względów wybrałem wizytę w UM. Formalności trochę trwają i byłem pozytywnie zaskoczony, że mogą przysłać maila, że gotowe, zamiast list papierowy i skorzystałem z tej opcji.

Skorzystanie z komunikacji mailowej nie jest trywialne – trzeba nie tylko podać maila, ale także wyrazić zgodę na komunikację mailową. Trochę średnie, bo zgoda jest ogólna, nie do konkretnej sprawy. Oczywiście można ją potem cofnąć, ale logiczne byłoby, że podaje się maila i dotyczy on tylko tej konkretnej sprawy. Niemniej wyraziłem zgodę.

Wybór maila wiąże się z koniecznością potwierdzenia – logiczne. Pani w okienku zapytała się, czy mam dostęp do skrzynki pocztowej, potwierdziłem. I… zostałem poproszony o zalogowanie się i podanie kodu. Eee… ale że chodzi o to, że teraz mam dostęp, z telefonu? No niekoniecznie. Tzn. na upartego miałem, ale wolę kliknąć linka z domu, niż walczyć z przydługim hasłem na telefonie w webmailu. Zapytałem czy mogę kliknąć później, z domu, usłyszałem, że tak, mam 24 godziny. Pięknie.

W domu wchodzę na pocztę i widzę następującego maila:

Screenshot maila w webmailu

To wyżej to webmail, tak naprawdę ujrzałem treść:

From: no_reply@powiadomienia.gov.pl
Subject: RDK – potwierdź adres e-mail

Ministerstwo Cyfryzacji gov.pl
Kod potwierdzający adres e-mail w RDK:
111111
Podaj go na stronie lub urzędnikowi. Kod jest ważny 24 h.
Usługa potwierdzania jest też dostępna pod adresem z tematu tego e-maila.
Ten e-mail został wysłany automatycznie – nie odpowiadaj na niego.

No to klikam linka. Tekst Ministerstwo Cyfryzacji jest linkiem. Prowadzącym do gov.pl. I jest to jedyny link w mailu… Zarówno w wersji tekstowej, jak i w webmailu, co później sprawdziłem.

Głupi ja. Na pewno jest link na papierowym potwierdzeniu, które dostałem w urzędzie! I owszem. Jest tam link. Jeden. Do obywatel.gov.pl. Znalezienie miejsca na wpisanie kodu na tej stronie pozostawiam dociekliwym czytelnikom. Mi się znaleźć go tam nie udało.

Oczywiście ostatecznie sobie poradziłem. Przy pomocy wyszukiwarki. I nawet nie trwało to długo, ale naprawdę ciekawy UX jest realizowany z podatków. Szczególnie zachwyceni będą obywatele mniej obyci z internetem czy mający trudności w korzystaniu z komputera. Zamiast kliknąć w linka w mailu nauczą się korzystać z wyszukiwarek internetowych!

Poznańskie Targi Piwne

W tym roku pierwszy raz w życiu wylądowałem na Poznańskich Targach Piwnych. Jakoś nigdy nie miałem parcia i zawsze wolałem iść do pubu, gdzie wybór piw pewnie mniejszy, ale nadal duży, niż na imprezę typu targi, która kojarzy mi się z halą i kolejkami.

Niesłusznie. Kolejki owszem, były, atmosfera hali również, ale… nie przeszkadza to aż tak bardzo. Wybór browarów i piw faktycznie imponujący, a zawsze miło napić się dobrego piwa w dobrym towarzystwie.

Wstęp na jeden dzień to 20 zł i w ramach wstępu otrzymujemy… wstęp. Nawet bez talonu na jakieś piwo, czyli tak trochę smutno. Do wersji dwudniowej (35 zł) dodawana jest szklanka, niestety 0,5 l. Niestety w ramach wstępu nie było żadnej „mapy” z opisem browarów, więc startowaliśmy po omacku, rozdarci między nowymi browarami, których nazwy nic nam nie mówiły, a tymi, które znamy. Nie był to może duży problem, ale na początku odczuwaliśmy zgodnie głód czegoś do poczytania. Zdecydowanie jest pole do poprawy, można dać i „mapę” stoisk wraz z opisem browarów, i małe (0,25-0,3 l) szklanki do wszystkich pakietów, żeby nie generować tony plastikowych śmieci.

Kolejny minus – ceny piw. W większości stoisk były co prawda porcje 100 ml, ale po 5 zł. Typowa cena za 0,5 l to 13 zł, czyli nadal porównywalnie z pubem, więc wybór był prosty. Szczęśliwie byliśmy grupą i szybko opracowaliśmy system, że kupujemy duże piwa, a każdy ma mały kubeczek do degustacji. Może źle rozumiem ideę targów, ale zakładam, że chodzi o promocję wyrobów, czyli dominować powinny małe porcje w niskich cenach (3 zł za 100 ml brzmi dobrze). Niektóre browary sprzedawały co prawda zestawy bodajże sześciu próbek na tekturowej tacce z otworami. Pomysł niezły, choć nie unikamy plastiku. Niestety ponownie cena nie zachęcała.

Poza piwem było także jedzenie z foodtrucków w przyległej hali, więc jeśli ktoś zgłodniał, to mógł coś przegryźć, a nawet miał spory wybór. Warunki zdecydowanie sprzyjające dłuższej biesiadzie.

Były też dwie dodatkowe atrakcje. Reklamowane ze sceny „badanie jajek”, czyli profilaktyka raka jąder. W jednym ze stoisk można było wykonać badanie. Ostatecznie niestety się nie wybraliśmy, ale pomysł dobry.

Kolejna atrakcja to bieg Piwna mila. O biegu dowiedziałem się zbyt późno (czytaj: po fakcie), a szkoda. Komponuje się z bieganiem, którego ostatnio u mnie więcej (notka wkrótce), więc pobiegłbym. For fun, nie na czas, rzecz jasna. W końcu mila nie dystans…

Browarowych odkryć nie było – dwa browary ugruntowały sobie u mnie dobrą opinię, kolejne dwa zdobyły status godne uwagi. Czas spędzony miło i ogólnie, mimo wymienionych wyżej drobnych minusów, imprezę oceniam wysoko i zdecydowanie postaram się nie przegapić jej za rok.

Dzień bez znaczenia

Dziś w Wielkopolsce z okazji Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu był Dzień bez Samochodu. W związku z tym każdy posiadacz ważnego dowodu rejestracyjnego mógł podróżować bezpłatnie autobusami i tramwajami oraz pociągami Kolei Wielkopolskich i Przewozów Regionalnych na terenie województwa.

Idea piękna, inicjatywa prowadzona od kilku lat, ale… wprowadzona ulga nie ma już znaczenia, tak naprawdę. I nie musi przekładać się w żaden sposób na spadek podróżujących samochodami. System można bowiem zhackować: o ile dotychczas dowód rejestracyjny był niezbędny do jazdy samochodem[1], o tyle od października 2018 nie jest już wymagany. Więc jedna osoba w rodzinie może pojechać jak dotychczas samochodem, a druga wziąć dowód rejestracyjny i jeździć komunikacją miejską za darmo.

Zastanawiam się, na ile to świadome działanie, a na ile bug systemu. Oraz czy nie było tak, że cała akcja była zrobiona z rozpędu. Może w przyszłym roku po prostu w Dniu bez Samochodu komunikacja miejska będzie za darmo? Zwyczajnie i po prostu, bez dodatkowych warunków?

[1] Przynajmniej zgodnie z prawem, bo jego brak groził mandatem.

Obraza uczuć

Plakat Poznań. Źródło: fot. własna.
Plakat Poznań. Źródło: fot. własna

To gdzie ta obraza?

Fotki zrobione w centrum Poznania parę dni temu. Plakat z pierwszego zdjęcia już zniknął. Drugi nadal wisi, w zbliżonym stanie.

Wrocław (zoo)

Korzystając z zalegającego urlopu oraz sprzyjającej prognozy pogody postanowiliśmy odwiedzić Wrocław. W zasadzie wypad stał pod znakiem zoo, ale nieco miasta liznęliśmy.

Coś mi się kołatało w głowie, że Wrocław to korki i słabo się po nim jeździ samochodem. Co prawda początki z Poznaniem miałem takie, że stwierdziłem, że auto w nim to nieporozumienie, więc liczyłem, że może być tylko lepiej, ale… chyba nie jest lepiej. Mimo dnia powszedniego i jazdy poza szczytem, korki gdzieniegdzie były. Kierowcy jeżdżą raczej agresywnie – kilka stłuczek plus częste klaksony. Wolę nie sprawdzać jak to wygląda w godzinach szczytu. Na szczęście tramwaje jeżdżą często i nie trzeba się przejmować biletami – wszystkie tramwaje, którymi jechaliśmy mają kasowniki zintegrowane z czytnikiem kart płatniczych, czyli nie trzeba kupować żadnej karty PEKA czy biletów, można płacić bezpośrednio. Bilety są na przejazd i czasowe.

Na zwiedzanie wrocławskiego zoo warto sobie zaplanować cały dzień.  Teren nie jest tak rozległy, jak w Poznaniu, ale atrakcji jest wiele. Chodziliśmy ile sił starczyło, czyli od 10:00 do 15:30. Pogoda też dopisała – niby listopad, ale warunki raczej jak we wrześniu – i w miarę ciepło, i trochę słońca. Dodatkowo poza sezonem we wrocławskim zoo było raczej niewielu ludzi, co oznacza spokój i dobry dostęp do wszystkiego. Znaczy idealnie.

Afrikarium wypadło bardzo dobrze. Co prawda spotkałem się z opiniami, że przereklamowane, ale IMO robi robotę. I to nawet nie sam tunel, ale już same szyby umożliwiające zajrzenie pod wodę są rewelacyjne. Zaskoczyła mnie głębokość zbiorników – do tej pory spotkałem się z podglądem powiedzmy 1-1,5 metra od lustra wody, natomiast tu szyby znajdują się znacznie głębiej – stawiałbym na ok. 3 metry. Efekt jest rewelacyjny, zarówno jeśli chodzi o ryby, jak i inne zwierzęta – kotiki i manaty też wyglądają ciekawie. W ogóle jeśli chodzi o „foki”, to oglądanie ich tylko z góry, jak w poznańskim zoo jest w porównaniu zwyczajnie słabe. I ponownie podkreślę, że brak tłumu przy szybach zdecydowanie poprawia efekt i odbiór, więc warto tę część zoo zwiedzać poza sezonem lub w odpowiednich, mało tłocznych godzinach. Przykładowy pingwin:

pingwin we wrocławskim zoopingwin we wrocławskim zoo
Źródło: fot. własna

Jeszcze jedna rzecz – karmienie zwierząt. Samodzielnie zwierząt nie można karmić (wyjątkiem są pawiany i automat z odpowiednią karmą), natomiast są podane godziny podawania posiłków. Harmonogram był napięty, więc generalnie odpuściliśmy, albo – jak w przypadku rekinów – nie trafiliśmy, bo karmienie nie jest codziennie, natomiast byliśmy na karmieniu kotików i… bardzo je polecam. Spodziewałem się co prawda jakiejś interakcji, natomiast to co zobaczyłem to był praktycznie cyrkowy pokaz.

Nieuchronnie pojawia się pytanie czemu zoo ma służyć. Z jednej strony rozrywka dla zwiedzających, z drugiej strony jest to miejsce, gdzie zwierzęta po prostu żyją. Niektóre bez szans na inną egzystencję, bo w środowisku naturalnym gatunek przestaje występować. We wrocławskim zoo aspekt ten jest podkreślany przez wszechobecne tablice dotyczące stanu zagrożenia gatunku i powodu wymierania. Jeśli chodzi o rozrywkę dla zwiedzających, wrocławskie zoo wygrywa zdecydowanie, jeśli zaś chodzi o warunki dla zwierząt, wydaje mi się, że poznańskie jest lepsze. Po prostu zwierzęta mają więcej przestrzeni.

gnu we wrocławskim zoo
Źródło: fot. własna

Szczególnie dotyczy to starej części wrocławskiego zoo. W pamięci utkwił mi pawilon szympansów, z grubymi kratami. Jeden z szympansów darł się rozdzierająco i kiwał w przód i tył, następnie urządził bieg przez różne klatki, trzaskając kratami (są otwierane). Skojarzenia z więzieniem lub raczej szpitalem psychiatrycznym pogłębiała wystawa prac szympansów w postaci rysunków. Zdaję sobie sprawę, że zamysł wystawy był pewnie inny, a ja mogę źle interpretować zachowanie szympansów. Zdecydowanie lepiej jednak oglądało się zwierzęta pływające w przestronnych basenach czy na dużych wybiegach.

Z innych rzeczy – udało się zaliczyć wyspy na Ostrowie Tumskim wieczorową porą, ładnie podświetloną katedrę i trochę rynek. Bardziej przy okazji posiłków, niż zwiedzając, ale było na co popatrzeć – gdybym miał określić jednym słowem, to Wrocław prezentuje się przyjemnie. Wydawało mi się, że Poznań się poprawił, ale po latach, architektonicznie, jako miasto Wrocław przemawia do mnie nadal znacznie bardziej. Zwiedzanie krasnali odpuściliśmy – co prawda kilka znaleźliśmy, ale bez nastawiania się na nie.

Część dotyczącą Hali Stulecia przenoszę do kolejnego wpisu. Dodałem zdjęcia robione smartfonem. Wiem, fatalnie wychodzą, ogólnie aparat to pięta achillesowa tego modelu. Raczej ze względu na RMSowy kontekst robione i dodane. 😉