Jak usprawnić sieć w domu? cz. 4

Kolejnym PLC, który otrzymałem na testy, był D-Link PowerLine AV Network Starter Kit DHP-307AV. Bardziej niż konkretny sprzęt jest to przedstawiciel starszego standardu, takiego, do którego przymiarkę robiłem zawodowo, wiele lat temu, pod kątem IPTV (i nie zdecydowaliśmy się wtedy).

W stosunku do opisywanego poprzednio główna różnica widoczna na pierwszy rzut oka, to brak gniazdka sieciowego w urządzeniu. Zaprawdę powiadam wam, pomyślcie dwa razy, nim coś takiego kupicie. Jednak główna zaleta PLC to przesył danych po sieci energetycznej obok prądu, a nie zamiast. Okazało się, że większość gniazdek w domu jest pojedyncza, w szczególności te, na których przeprowadzałem testy. Chciałem mieć równe testu warunki, więc stanęło na tym, że PLC było wpięte w gniazdko, a prąd do urządzeń doprowadzałem przy użyciu przedłużaczy z innych gniazdek, zalegających malowniczo po domu.

Detali typu wygląd, czytelność sygnalizacji, umiejscowienie portów czy przycisków pomijam – nie tego dotyczy test. Zatem do rzeczy. Błędów nie będę powielał, testy tylko w optymalnym zestawieniu, dwa gniazdka w tym samym pokoju, PLC bezpośrednio w gniazdku:

1.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Jitter    Lost/Total Datagrams
[  4]   0.00-60.01  sec   402 MBytes  56.2 Mbits/sec  1.923 ms  25/51490 (0.049%) 
[  4] Sent 51490 datagrams

2.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Retr
[  4]   0.00-60.00  sec   279 MBytes  39.0 Mbits/sec    0             sender
[  4]   0.00-60.00  sec   278 MBytes  38.9 Mbits/sec                  receiver

3.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
600 packets transmitted, 600 received, 0% packet loss, time 60295ms
rtt min/avg/max/mdev = 3.273/3.939/8.552/0.749 ms

4.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
600 packets transmitted, 600 received, 0% packet loss, time 60235ms
rtt min/avg/max/mdev = 2.885/3.943/8.002/1.000 ms

5.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Jitter    Lost/Total Datagrams
[  4]   0.00-3600.00 sec  21.0 GBytes  50.1 Mbits/sec  2.687 ms  9031/2754740 (0.33%) 
[  4] Sent 2754740 datagrams

6.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Retr
[  4]   0.00-3600.00 sec  16.0 GBytes  38.3 Mbits/sec    0             sender
[  4]   0.00-3600.00 sec  16.0 GBytes  38.3 Mbits/sec                  receiver

7.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
36000 packets transmitted, 36000 received, 0% packet loss, time 3622284ms
rtt min/avg/max/mdev = 2.715/4.149/75.146/1.069 ms

8.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
36000 packets transmitted, 36000 received, 0% packet loss, time 3620695ms
rtt min/avg/max/mdev = 2.862/3.903/83.121/1.154 ms

9.
brak danych

Jak widać, w porównaniu z poprzednim testem sprzętu nowszej generacji, urządzenia starszej generacji zapewniają znacząco mniejszy transfer. Choć działają stabilnie, nawet przy niższych opóźnieniach. O ile zaczną działać, bo brak danych w punkcie dziewiątym wynika z tego, że połączenia między pokojem a przedpokojem zwyczajnie nie udało mi się zestawić, mimo kilku prób.

Jeśli chodzi o pobór prądu to zarejestrowałem na pojedynczym urządzeniu od 3,2 W pod obciążeniem, przez 2,7 W przy braku przesyłu danych i podłączonych urządzeniach, do minimalnie 2,3 W parę minut po wypięciu kabla ethernet. Producent obiecuje poniżej 1 W w idle, jak widać jest więcej. Albo kwestia firmware, albo za krótko czekałem, albo urządzenia nie potrafią.

Jak usprawnić sieć w domu? cz. 3

No i z uwagi na lekkie zamieszanie zapomniałem uzupełnić brakujące wpisy. Pora nadrobić. Tym razem ponownie  będzie o TL-PA4010P kit. W poprzednim wpisie opisałem test w niekomfortowych warunkach, pora napisać, co potrafią te PLC wpięte jak należy, czyli bezpośrednio w gniazdka. Dodatkowo gniazdka znajdowały się w tym samym pokoju (poza testem do internetu), czyli warunki optymalne.

1.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Jitter    Lost/Total Datagrams
[  4]   0.00-60.01  sec   679 MBytes  94.9 Mbits/sec  0.959 ms  2399/86899 (2.8%) 
[  4] Sent 86899 datagrams

2.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Retr
[  4]   0.00-60.00  sec   596 MBytes  83.3 Mbits/sec  165             sender
[  4]   0.00-60.00  sec   595 MBytes  83.2 Mbits/sec                  receiver

3.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
600 packets transmitted, 600 received, 0% packet loss, time 60244ms
rtt min/avg/max/mdev = 3.265/4.578/43.719/5.233 ms

4.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
600 packets transmitted, 600 received, 0% packet loss, time 60215ms
rtt min/avg/max/mdev = 22.191/24.164/75.595/5.495 ms

5.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Jitter    Lost/Total Datagrams
[  4]   0.00-3600.00 sec  39.7 GBytes  94.6 Mbits/sec  1.226 ms  166115/5197940 (3.2%) 
[  4] Sent 5197940 datagrams

6.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Retr
[  4]   0.00-3600.00 sec  36.3 GBytes  86.6 Mbits/sec  7730             sender
[  4]   0.00-3600.00 sec  36.3 GBytes  86.6 Mbits/sec                  receiver

7.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
36000 packets transmitted, 36000 received, 0% packet loss, time 3621137ms
rtt min/avg/max/mdev = 2.621/4.664/94.389/5.156 ms

8.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
36000 packets transmitted, 36000 received, 0% packet loss, time 3618021ms
rtt min/avg/max/mdev = 21.802/23.793/196.067/5.318 ms, pipe 2

9.
Inea Orange

Jak widać jest zauważalnie szybciej, zarówno po sieci, jak i do internetu. W przypadku serwera Inea (czyli dostawcy), można uznać, że osiągnięte zostało deklarowane 60/10, przynajmniej w przypadku serwera testowego znajdującego się u dostawcy. Czyli zdecydowanie warto wpiąć w sposób zalecany przez producenta.

Jak usprawnić sieć w domu? cz. 2

W poprzedniej części było o genezie cyklu, sposobach pomiaru i najlepszym możliwym połączeniu, czyli bezpośrednio skrętką. Ze względu na zainteresowanie paru osób wynikami testów PLC, przeskakuję WiFi i przechodzę do wyników testów PLC.

Na testy dostałem TL-PA4010P kit. Z tego co widzę, w wyszukiwarce znajduje zarówno, że jest to AV500 jak i AV600, ale na opakowaniu było AV600, więc link jest prawdopodobnie prawidłowy. Do podłączenia podszedłem zupełnie laicko – z tego miejsca w mieszkaniu internet ma trafić do tamtego – zupełnie nie wnikałem w to jakie są fazy i czy po drodze są listwy.

Błąd. Zalecane jest wpięcie w ten sam obwód i bezpośrednio do gniazdka, z pominięciem listew zasilających. W związku z tym wykonałem kilka testów, w tym wpisie zajmę się tylko wynikami pierwszej, najgorszej topologii – jeden kontroler bezpośrednio w gniazdku, drugi za listwą z włącznikiem i wpiętej w nią listwą zwykłą. Od razu podaję link do wskazówek jak najlepiej podłączyć PLC. Wyniki z optymalnego połączenia są lepsze i będą w kolejnym wpisie, ten to bardziej „jakoś wpiąłem i tak działało”.

Na wstępie miałem małe rozczarowanie, które rozwiewa dopiero lektura powyższego linka. AV600 oznacza 600 Mbps. I jakkolwiek przypuszczałem, że będzie to 300 upload, 300 download, to aby taki wynik osiągnąć, trzeba by mieć w urządzeniu port 1 GE. Tymczasem jak widać są tam porty 100 Mbps i taką prędkość linkowania się z urządzeniami osiągałem. Nie jest to dla mnie wielki problem, bo mój router także ma porty 100 Mbps, ale jeśli ktoś liczy na szybkie połączenie z NAS itp., to może się zawieść.

Samo podłączenie jest proste – sprowadza się do włożenia urządzeń w gniazdka, wpięcia ethernetu i naciśnięciu przycisku do parowania.

Wyniki z testu w niekomfortowych warunkach:

1.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Jitter    Lost/Total Datagrams
[  4]   0.00-60.00  sec   547 MBytes  76.5 Mbits/sec  1.195 ms  0/70059 (0%) 
[  4] Sent 70059 datagrams

2.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Retr
[  4]   0.00-60.00  sec   418 MBytes  58.4 Mbits/sec    0             sender
[  4]   0.00-60.00  sec   417 MBytes  58.3 Mbits/sec                  receiver

3.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
600 packets transmitted, 600 received, 0% packet loss, time 60299ms
rtt min/avg/max/mdev = 3.310/3.657/13.757/0.965 ms
4.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
600 packets transmitted, 600 received, 0% packet loss, time 60338ms
rtt min/avg/max/mdev = 21.582/24.445/35.531/2.837 ms

5.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Jitter    Lost/Total Datagrams
[  4]   0.00-3600.00 sec  32.6 GBytes  77.9 Mbits/sec  1.447 ms  5136/4278660 (0.12%) 
[  4] Sent 4278660 datagrams

6.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Retr
[  4]   0.00-3600.00 sec  24.6 GBytes  58.6 Mbits/sec    0             sender
[  4]   0.00-3600.00 sec  24.5 GBytes  58.6 Mbits/sec                  receiver

7.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
36000 packets transmitted, 36000 received, 0% packet loss, time 3625078ms
rtt min/avg/max/mdev = 2.759/4.280/16.010/1.247 ms

8.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
36000 packets transmitted, 36000 received, 0% packet loss, time 3618568ms
rtt min/avg/max/mdev = 22.662/24.105/106.475/2.133 ms, pipe 2

9.
Inea Orange

Jak widać nawet w tych niekomfortowych warunkach zestaw radził sobie przyzwoicie. Brak strat pakietów, niskie i stabilne opóźnienia. Widać wzrost czasu odpowiedzi w zależności od wielkości pakietu i jak sprawdziłem empirycznie pojawia się on przy rozmiarze pakietu między 900 a 1000 i jest to jedyna istotna różnica w stosunku do zwykłęgo ethernetu.

Niezła szybkość transmisji danych między urządzeniami nie wzbudziła mojej czujności; to, że coś chyba jest nie w porządku zacząłem podejrzewać dopiero po ostatnim teście, po podłączeniu jednego z końców kabla do routera. Dane z internetu pobierały się zwyczajnie wolno i… nie miało to pokrycia w testach syntetycznych. W tym momencie uprzedzę fakty i od razu napiszę, że przy zalecanym połączeniu wyniki w ostatnim teście były identyczne jak na kablu. Ale to już w kolejnym wpisie.

Na koniec słowo o zużyciu energii, ponieważ są to urządzenia aktywne. Podłączyłem urządzenie do watomierza. Bez podłączonego komputera pokazał 1,5W, po podłączeniu komputera i podczas transmisji danych 2,2-2,3W. Jeśli wyłączymy komputer, PLC po paru minutach przechodzi w stan uśpienia i pobiera wówczas 0,8W.

Jak usprawnić sieć w domu? cz. 1

Wstęp

Wpis jest wstępem do serii mini testów, które przeprowadziłem lub przeprowadzę w najbliższym czasie. Chodzi o rozwiązanie kwestii dostępu urządzeń w domu do internetu i zapewnienia ich łączności pomiędzy sobą. Powodem było moje WiFi, które choć doprowadzone aktualnie do zadowalającej używalności, niekoniecznie było optymalne zarówno jeśli chodzi o stabilność połączenia, jak i oferowane przepływności czy opóźnienia. Na rynku istnieje kilka rozwiązań, które mają za zadanie pomóc w dostarczeniu sieci, niedawny wpis o PLC przypomniał mi, że kiedyś interesowałem się bardziej tematem, a technika poszła naprzód.

Szybkie pytanie na wewnętrznym forum firmowym czy komuś nie zalega parka PLC spotkała się z pozytywnym odzewem (uroki pracy w większej firmie, z otwartymi geekami – ciekaw jestem czego nie dałoby się znaleźć… ;-)) i okazało się, że nie tylko zalega chwilowo, ale są różnego typu, stąd pomysł na porównanie i podzielenie się wnioskami.

Nie ma to być test uniwersalny ani profesjonalny – robię go przede wszystkim dla siebie i w dostępnym mi środowisku (a np. typ ścian czy otoczenie może mieć kolosalne znaczenie dla WiFi, podobnie wygląda kwestia sieci elektrycznej dla PLC), mam jednak nadzieję, że uda się wyciągnąć jakieś wnioski ogólne i może komuś pomoże w wyborze rozwiązania.

O ile nie napisano inaczej, wykorzystywany jest firmware dostarczony z urządzeniami. Systemy nie są specjalnie tuningowane – ot, linuksowy default. Z oczywistych względów trudno mi wypowiadać się na temat stabilności poszczególnych rozwiązań w dłuższym okresie czasu.

Topologia sieci

Topologia sieci jest następująca: modem ISP (kablówka) w przedpokoju, podłączony ethernetem do routera. Router (obecnie TL-841) z wgranym OpenWRT/LEDE dostarcza internet reszcie urządzeń po WiFi. Przedpokój to w miarę centralny punkt w mieszkaniu, odległość od urządzeń końcowych (laptopy, smartfony) ok. 7 metrów, część urządzeń pracuje w 802.11n, część w 802.11g i tak zostanie – modernizacja czy wymiana końcówek są nieopłacalne.

Dla jasności: to działa od lat i w zasadzie wystarcza, jeśli chodzi o przepływność. Wystarczało i na 802.11g, gdy transfery (do mojego laptopa) wynosiły 15-18 Mbps (wg speedtest.net). Po zmianie routera na nowszy jest lepiej – 30 Mbps. Nadal jest to gorzej niż to, co oferuje operator (60 Mbps), ale w zupełności wystarcza do transferów „z zewnątrz”. Zobaczymy jednak, czy są jakieś alternatywy i czego się spodziewać.

Ani mieszkanie w kamienicy, ani dość zaszumiony eter na 2,4 GHz, nie pomagają w dobrym działaniu WiFi, więc nieco gorzej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o stabilność. Rzadko, bo rzadko, ale zdarzały się problemy (straty do routera, wzrost czasów odpowiedzi). Zwykle, w czasach gdy korzystałem z oryginalnego firmware producenta, wystarczał restart routera lub sprawdzenie jak wygląda sytuacja w eterze przy pomocy WiFi Analyzera i zmiana kanału na wskazany jako najlepszy (czyli najmniej używany).

Swoją drogą zmiana kanału na nieużywany jest najprostszym sposobem na poprawę zasięgu czy jakości WiFi, więc jeśli ktoś szuka odpowiedzi na pytanie jak poprawić sygnał WiFi, to zdecydowanie polecam zacząć od tego.

Pomiary

Wykonywane są cztery testy wewnętrzne, oraz ogólny test przy pomocy speedtest.net (beta, czyli bez Flash). Testy wewnętrzne wykonywane były w dwóch wariantach: krótkim (w założeniu ok. 60s) i długim (ok. 3600s).

  1. iperf3 -u -b 0 -t 60 -c 192.168.10.126
  2. iperf3 -t 60 -c 192.168.10.126
  3. ping -i 0.1 -c 600 192.168.10.126
  4. ping -s 1500 -i 0.1 -c 600 192.168.10.126
  5. iperf3 -u -b 0 -t 3600 -c 192.168.10.126
  6. iperf3 -t 3600 -c 192.168.10.126
  7. ping -i 0.1 -c 36000 192.168.10.126
  8. ping -s 1500 -i 0.1 -c 36000 192.168.10.126
  9. speedtest.net

Jak widać jest to pomiar przepływności przy użyciu pakietów UDP, TCP oraz pomiar opóźnień przy pomocy ping ze standardową oraz maksymalną (MTU 1500) wielkością pakietu. Ostatni test to „realne” połączenie z internetem. Wykorzystywane serwery mojego ISP oraz Orange, który często był wskazywany jako najlepszy.

Za klienta służy mój laptop z Debianem, za sondę posłużyło Banana Pi (jedyny SoC z gigabitowym portem, który miałem pod ręką). W obu systemach wykorzystany iperf3. Pomiar nie był jedyną czynnością wykonywaną przez laptopa, ale – poza testami WiFi – był wykorzystany osobny interfejs, a obciążenie było typowe, bez ekstremów.

Dodatkowo mogą pojawić się uwagi, jeśli coś nieplanowanego podczas testów rzuci mi się w oczy.

Wyniki bazowe

Na wstępie spiąłem oba urządzenie kablem „na krótko” i uruchomiłem testy. Synchronizacja oczywiście 1 Gbps.

1.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Jitter    Lost/Total Datagrams
[  4]   0.00-60.00  sec  6.07 GBytes   869 Mbits/sec  0.136 ms  592341/795464 (74%)
2.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Retr
[  4]   0.00-60.00  sec  5.47 GBytes   784 Mbits/sec  138             sender
[  4]   0.00-60.00  sec  5.47 GBytes   783 Mbits/sec                  receiver
3.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
600 packets transmitted, 600 received, 0% packet loss, time 62319ms
rtt min/avg/max/mdev = 0.291/0.372/0.549/0.031 ms
4.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
600 packets transmitted, 600 received, 0% packet loss, time 62290ms
rtt min/avg/max/mdev = 0.427/0.549/24.612/0.996 ms

5.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Jitter    Lost/Total Datagrams
[  4]   0.00-3600.00 sec   374 GBytes   893 Mbits/sec  0.220 ms  36944269/49033499 (75%)
6.
[ ID] Interval           Transfer     Bandwidth       Retr
[  4]   0.00-3600.00 sec   349 GBytes   833 Mbits/sec  8735             sender
[  4]   0.00-3600.00 sec   349 GBytes   833 Mbits/sec                  receiver
7.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
36000 packets transmitted, 36000 received, 0% packet loss, time 3745436ms
rtt min/avg/max/mdev = 0.278/0.369/40.914/0.398 ms

8.
--- 192.168.10.126 ping statistics ---
36000 packets transmitted, 36000 received, 0% packet loss, time 3745111ms
rtt min/avg/max/mdev = 0.260/0.500/2.861/0.046 ms

9.
Inea Orange [1]

Jak widać bez większych niespodzianek – osiągnięte wyniki wynikają raczej z ograniczenia samego Banana Pi. Mimo to widać, że jest szybko, czasy odpowiedzi niskie i jest stabilnie.

[1] W przypadku pomiaru łącz topologia była nieco inna – laptop wpięty po kablu do portu routera (port 100 Mbps). W zasadzie dokładniej byloby wpiąć go bezpośrednio w modem kablowy, ale router jest stałym elementem zestawu w pozostałych topologiach… Dostawca internetu (Inea) deklaruje 60/10 Mbps.

Legimi

W okresie przedświątecznym Inpost zrobił promocję[1] dotyczącą Paczkomatów. Wystarczyło odebrać paczkę w ciągu dziewięciu godzin od powiadomienia o dostarczeniu i dostawało się[2] książkę w Legimi. Ze względu na okoliczności stwierdziłem, że będę miał czas to… posłucham. Bo główna zaleta jest taka, że obok ebooków dają – w większości przypadków – audiobooki.

Skusiłem się, bo tytułów z których można wybrać, było sporo i – sądząc po ocenach – niezłych. Jest choćby Król Szczepana Twardocha czy Konklawe Roberta Harrisa. Wybrać w promocji można trzy tytuły, a bez problemu mógłbym wskazać więcej, więc repertuar ciekawy.

Tyle dobrego, jeśli chodzi o promocję. Odbiór kodu to totalne nieporozumienie. Miałem trzy paczki, za każdym razem po wpisaniu numeru przesyłki dostałem komunikat o błędzie i żebym spróbował za dwie godziny. Niekiedy więcej, niż raz. Drażni i to mocno, bo jak wpisuję kod, to chciałbym od razu dostać możliwość korzystania z książki. Nie wiem, czy wina po stronie Inpostu, czy Legimi, czy obu, ale słabo.

Nieciekawa jest sama aplikacja Legimi. Gdy tylko zacząłem instalację przypomniałem sobie, że już kiedyś była podobna promocja i… nie skorzystałem wtedy, bo appka miała dziwne wymagania, typu dostęp do kontaktów. Jeśli dobrze doczytałem, jest to tylko na potrzeby kolejnej promocji (miesiąc dostępu do pełnej oferty Legimi), ale wtedy odrzuciło skutecznie. Tym razem wizja trzech książek przeważyła i zarejestrowałem się.

Oczywiście rozczarowało mnie to, że nie mogę po prostu pobrać plików z ebookiem lub audiobookiem na komputer i użyć w dowolnym urządzeniu. Jest przymus korzystania z aplikacji Legimi. Czytanie książek na smartfonie odrzucam z założenia – trochę za mały ekran, trochę za szybko ekran zużywa baterię, znaczy niewygodnie. Natomiast audiobooka najchętniej wrzuciłbym na mój odtwarzacz mp3, wygodniejszy do odtwarzania audio, niż smartfon, głównie ze względu na rozmiar. Nie wiem w imię czego to ograniczenie. Gdybym chciał zrobić pirata, to przecież nadal jest to trywialne, choć oczywiście trudniejsze od skopiowania pliku. Podobnie trudno posłuchać audiobooka w samochodzie – na kartę nie nagram, żeby odtwarzać przez samochodowe radio, odtwarzanie z telefonu przez kabel (lub BT) do radia niby jest możliwe, ale niewygodne. Zresztą telefon w samochodzie ma już zajęcie – robi za nawigację.

Sama aplikacja posiada sporo błędów i braków, choć szczęśliwie nie w obrębie podstawowej funkcjonalności. Interfejs jest prosty i intuicyjny, choć staroświecki, opcji – w przypadku audiobooków – niewiele. Ustawia się tylko prędkość odsłuchu (nie zmieniałem), o ile powinno cofać szybkie cofanie (domyślnie jest trzydzieści sekund i IMHO nie jest to zła wartość) i to, czy przy połączeniu przez wi-fi ma ściągać całą książkę. Są zakładki, ale w sumie nie trzeba z nich korzystać, bo aplikacja i tak zapamiętuje w którym miejscu skończyła odtwarzanie.

Jeśli korzystamy z Legimi, lepiej mieć dużo miejsca na urządzeniu. I sama aplikacja jest spora, i – przede wszystkim – zarządzanie miejscem jest… słabe. Nie ma bowiem możliwości ustawienia takich opcji jak automagiczne usuwanie już odsłuchanych fragmentów czy określenia, ile miejsca przeznaczamy na cache. Dlatego przy mniejszej ilości miejsca na urządzeniu możliwość pobrania przez wi-fi jest… teoretyczna. Chyba, że ktoś chce pamiętać i pobierać fragmenty ręcznie. Na szczęście pakiety internetu są na tyle duże, że można po prostu olać temat i zdać się na pobieranie przez sieć komórkową, w miarę potrzeb.

Brakuje też możliwości określenia, czy po wybraniu książki powinna się ona zacząć automatycznie odtwarzać (zaczyna). Wbudowane statystyki pokazują wartości totalnie z sufitu, do niczego niepodobne. Pewnie dam ocenę 2/5 w Google Play, bo da się korzystać, ale wydaje mi się, że powinni albo popracować nad aplikacją, albo nie wymuszać korzystania z niej. W tej chwili toporna appka raczej zniechęca do korzystania z serwisu, a szkoda, bo same audiobooki dobrze zrobione – o ile mogę coś na tak niewielkiej próbce stwierdzić.

W przypadku abonamentu Play nieograniczone korzystanie z oferty kosztuje 20 zł/m-c. Gdyby było luźniej, tj. nie było wymogu posiadania abonamentu w Play i appka nie była tak toporna, rozważyłbym subskrybcję, mimo tego, że tak naprawdę to tylko wypożyczenia, nie kupno książek i mimo braku możliwości pobrania plików na własne urządzenia. Ponieważ jednak appka jest, jaka jest i nie mam abonamentu w Play, ograniczę się do tego typu promocji. Licząc, że pojawi się możliwość kupna w podobnej cenie bez dodatkowych warunków.

UPDATE Im dalej w las, tym więcej drzew. Sprawa pierwsza: poruszanie się bez bookmarków i skomplikowana procedura ładowania/kasowania poszczególnych rozdziałów działają znośnie, o ile jakiś piękny umysł nie wpadnie na to, by wszystkie rozdziały miały taką samą nazwę. Tak jest w przypadku Stanu Idealnego i zdecydowanie robi się nieużywalnie.

Sprawa druga: nie posiadanie książki u siebie potrafi kopnąć w zadek. Wczoraj chciałem wieczorem posłuchać w łóżku przed snem i… nic z tego. Nie wczytywało rozdziałów, nie było czego odtwarzać. Nie debugowałem, pewnie jakaś awaria po stronie Legimi, bo net działał. Rano załadowało jak gdyby nigdy nic. Audiobooki Schrödingera…

[1] Nie promocja tak naprawdę, tylko skłonienie do szybszego opróżnienia paczkomatu. Słuszna zachęta, bo miejsc zwykle brakuje.

[2] Nadal można odebrać, do końca roku, jeśli ktoś spełnił warunki promocji – wystarczyło zmieścić się w czasie.

BlogDay 2016

W tym roku, podobnie jak w latach poprzednich, pięć blogów, które polecam. Co ciekawe, sporo z nich to „nabytki” mojego czytnika RSS z ostatniego roku.

W ramach bonusu, podrzucę też czytelnikom linka do agregatora blogów, jakim jest Planeta Joggera, zrzeszająca blogi, których autorzy zaczynali na Jogger.pl. Więcej o genezie planety w tym wpisie. Pierwotnie w polecanych miały się znaleźć właśnie blogi z planety, ale tych spoza niej zebrało się na tyle dużo, że wolę w ten sposób.

O bezpieczeństwie po polsku

Jakieś dwa tygodnie temu serwis Sekurak.pl opublikował pierwszy numer swojego zina o bezpieczeństwie. Całego jeszcze nie przeczytałem, ale pierwsze wrażenie bardzo dobre. Przyda się chyba wszystkim mającym styczność z komputerami, poczynając od administratorów systemów, przez programistów, po frontendowców i ogólnie „webmasterów”. Bezpiecznikom chyba też, bo chwalą.

Magazyn napisany jest profesjonalnie – czytelne grafiki, streszczenia artykułów, dobre formatowanie i przykłady. Widywałem gorsze artykuły w płatnych czasopismach. Sporo o podstawach, czyli czym jest CSRF, czym jest SQL injection, czym jest XSS. Zdecydowanie warto pobrać i przynajmniej rzucić okiem, tym bardziej, że po polsku i za darmo, poza tym, pisane w taki sposób, żeby czytający od razu się orientował, czy dany artykuł będzie interesujący.

Do pobrania Sekurak Offline w wersji pdf, mobi oraz epub.

Handel po polsku – jednak się da? @XKOM_PL

Generalnie nie mam w zwyczaju opisywać każdego sklepu (chyba, że ostro skopią…), w którym kupuję, ale dla x-kom.pl zrobię wyjątek, bo mnie urzekli aktywnością na Twitterze. Chyba pierwsza polska firma, która robi sensowny i nienachalny marketing w social media (tu: Twitter), więc w nagrodę trochę konstruktywnej – mam nadzieję – krytyki (czepialstwa).

tl;dr – warto obserwować na Twitterze, dobre promocje, działają nieźle i szybko, choć pewne rzeczy, raczej kosmetyczne, można poprawić.

Zaczęło się od tego, że któryś ze znajomych podzielił się statusem o którejś promocji. I okazała się ona być sensowna. Znaczy faktycznie upust do dobrej ceny, a nie „mamy 30% drożej niż konkurencja, to obniżmy cenę o 25% i zróbmy szum”. Rzuciłem okiem, stwierdziłem, że warto dodać do obserwowanych, bo może kiedyś coś mi się przyda, a recenzje klientów dość entuzjastyczne. Poza tym, jest interakcja z użytkownikami i raczej niewiele „pustych” statusów typu „co u was słychać?”. Chociaż – po sprawdzeniu – takie też się pojawiają, ale normalnie nie rzuca się w oczy, więc strawna ilość.

Wczoraj nadszedł ten dzień, że pojawiły się w promocji karty microSD Sandisk 16GB class 10. Za 19,99 zł, czyli cena, w której normalnie można kupić class 4. Sprawdziłem dziś na popularnym portalu Aukcyjnym i najtańsze takie karty były po 24 zł. Pomyślałem, że do Banana Pi jak znalazł i kupiłem. No to obiecane wrażenia z zakupu.

Kupno w sklepie internetowym wymaga rejestracji. Nie przepadam, ale taki jest de facto standard, więc nie narzekam. Na plus – zgoda na wysyłkę info o promocjach nie jest obowiązkowa. Na minus – konieczne jest podanie numeru telefonu, który – uprzedzę fakty – do niczego nie jest tak naprawdę potrzebny.

Po finalizacji zamówienia pojawia się informacja, że mail został wysłany. I żeby sprawdzać folder Spam. Zwłaszcza to drugie dziwi, bo istnieją sposoby, żeby takie rzeczy nie miały miejsca. Dla leniwych: są serwisy, przy użyciu których rozwiązuje się ten problem rzutem pieniądza, także polskie. Kolejna rzecz na minus – na maila czeka się długo. Na tyle długo, że zacząłem się dopytywać na Twitterze, ile. I nie, nie chodzi o greylisting. Ani nie wymagam od poczty dotarcia w kilkanaście sekund (choć prawda jest taka, że z większości serwisów maile mam na skrzynce w małe kilkadziesiąt sekund).

Łącznie dostałem cztery maile, wszystkie z jednego adresu (OK!):

  1. Potwierdzenie rejestracji
  2. Twoje zamówienie zostało przyjęte
  3. Twoje zamówienie oczekuje na realizację
  4. Twoje zamówienie zostało przekazane do realizacji

Pierwszego nie trzeba komentować – po prostu potwierdzenie rejestracji. Drugi, wysłany 8 minut(!) później, potwierdza przyjęcie do zamówienia i mówi, że „W kolejnej wiadomości otrzymasz szczegółowe informacje na temat sposobu jego realizacji”. Ciekawostką jest trzeci „Twoje zamówienie nr xxx zostanie skompletowane najszybciej jak to możliwe. Poinformujemy Cię o tym w kolejnej wiadomości. Jeśli terminy dostawy produktów Ci nie odpowiadają, możesz anulować zamówienie klikając na ten link”. Kupiłem dwie sztuki z odbiorem w salonie, dostępna była jedna. Fajnie, że mogę zrezygnować z zamówienia, ale szkoda, że nie ma informacji, ile będę tak naprawdę czekał (brak nawet przybliżonego czasu). Ostatni mail zawiera informację o tym, że zamówienie można odebrać. I został wysłany 25h od złożenia zamówienia, czyli bardzo dobry wynik.

Co mi się nie podoba? Tematy maili. Pierwsze dwa są OK, ale trzeci i czwarty są IMO mylące. Jak dla mnie to zamówienie „oczekuje na realizację”  czy też „jest realizowane” od momentu przyjęcia zamówienia. Nazwałbym to po prostu „opóźnienie w realizacji zamówienia”, bo taka jest wymowa. I dodał orientacyjny termin. Ostatnie – zupełnie nie wiem, czemu nie „zamówienie gotowe do odbioru” ew., jeśli to wspólne dla wysyłek pocztą „zamówienie zrealizowane”.

I tu dochodzi ostatni element, czyli SMS. Po pierwsze, został on wysłany po ostatnim mailu. Minutę, ale jednak. Po drugie, nie zawierał numeru zamówienia. Po trzecie: nic nie wniósł całego procesu. Numer telefonu mógłby być niewymagany, tak naprawdę.

Wyszło, że narzekam. Ale nie narzekam, wręcz przeciwnie. Jest szybko (25h od zamówienia do odbioru w moim mieście) i sprawnie, ceny dobre. Miła odmiana po tym, co opisywałem ostatnio, choć przyznaję, że Chińczycy stawiają poprzeczkę wysoko, jeśli chodzi o ceny, czas realizacji i obsługę klienta (w tym bezpieczeństwo transakcji). Podsumowanie: dobre ceny (przynajmniej na promocjach), szybka realizacja. Będę kibicować i korzystać.

Blogday 2014

Znowu niemal przegapiłem, ale rzutem na taśmę pięć polecanych blogów. Tym razem bez opisów, po prostu polecam przeczytać parę ostatnich wpisów. Uważam, że warto.

I w miarę dokładnie pokrywa się to z polskimi blogami, które przybyły w moim czytniku RSS w ciągu ostatniego roku. No, niecałego, bo ostatnio zombie blogerzy byli. Jeśli tak dalej pójdzie, to w przyszłym roku po prostu nie będę miał kogo polecać. Chociaż pewnie coś ze starszych jeszcze wygrzebię. Albo wrzucę coś anglojęzycznego.

Zombie blogerzy

Blox się rozpędził i obok BlogDay zrobił klona, czyli Zombie Days. Trochę gęsto z tym polecaniem się robi, ale każda okazja jest dobra (tu: by czyjegoś bloga polecić), a że formuła niezobowiązująca, może parę blogów, które nie załapałyby się (dobra, dobra, nie wiadomo) na BlogDay. A poza tym, BlogDay dopiero za rok.

Zmiętoszony kajecik neurotyka – Siwa pisze o różnych rzeczach, ale zawsze ciekawie. Nie wiem, czy już nie jest zombie, bo ostatnio zawstydzała znacznie młodszą lekarkę opowieściami o swoim hasaniu po górach, ale nieśmiało kąsam.

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu – Zuzanka zamieszcza między innymi recenzje książek, poza tym często fajne foty i sporo o krótszych i dłuższych wycieczkach po Wielkopolsce w ogólności, a Poznaniu w szczególności.

Wycinki technologicznej rzeczywistości – Monter ma niewiele czasu, jest trochę dinozaurem (brak internetu w telefonie i parę nawyków) i pisze o technologii, Internecie, Linuksie… Zombie teraz!

Wiersze z Google – świat po apokalipsie spowodowanej przez zombie nie musi być światem bez poezji. Google ma już na to rozwiązanie (choć niekoniecznie o nim wie). Bardzo meta.

Zaufana Trzecia Strona – z tego bloga można dowiedzieć się o zagrożeniach bezpieczeństwa komputerowego. Wyróżniają go starannie napisane teksty i własne testy (i teksty).

Wszystkie ww. blogi są raczej często aktualizowane, więc polecam dodanie do czytnika RSS.

Blogday 2013.

Z okazji BlogDay 2013 kilka blogów, które czytam.

Kowalstwo obłoków – w sumie o różnych rzeczach (samochody, praca w Szkocji) i powiedziałbym prywatny, ale fajnie napisany i lubię go czytać. Częste wpisy.

Towar niezgodny z umową – blog ze stajni Agory o robieniu konsumentów w konia na różne sposoby. I jak nie dać się nabrać.

RysioBrag – blog trochę nietypowy, bo np. nie można (niestety!) komentować wpisów, a którego autorem jest Michał „rysiek” Woźniak, czyli obecny prezes FWiOO. Oczywiście sporo o wolności, prywatności i wolnym oprogramowaniu. Niestety wpisy dość rzadko.

Ze Zbocza Tajgetublog o życiu z niepełnosprawnością. Najpierw poznałem człowieka (uczestnik/prezentujący na paru eventach poznańskiego IT), potem trafiłem na bloga i zauważyłem, że jest niepełnosprawny. Ciekawe i szkoda, że tak rzadko pojawiają się (nie tylko jego – są także występy gościnne) wpisy.

Majsterkowo.pl – czyli zrób to sam. Ciekawe pomysły (z różnych dziedzin, głównie majsterkowanie i elektronika), które można samodzielnie zrealizować. Pierwszy blog tego typu po polsku, który znalazłem, który regularnie publikuje i ogólnie IMO ma zapędy na bycie profesjonalnym blogiem. Ale w tej formie, którą lubię, tj. z interesującym wkładem własnym, a nie wodolejstwo i przedruki.

I to byłoby tyle tym razem. W zeszłym roku jakoś mi umknęło, a tu wpisy z Blogday 2010 i 2011.

Jaką książkę warto przeczytać?

Jaką książkę warto przeczytać? to pytanie, które zadaje sobie wielu ludzi, którzy czytają książki. I chyba każdy, kto lubi tę rozrywkę i ma apetyt na więcej książek, niż przeczytać jest w stanie. Od dłuższego czasu korzystam z serwisu BiblioNETka do odnotowywania – wraz z oceną – książek, które czytałem, a także do wstępnej oceny książek przy zamawianiu (zwykle w książki zaopatruję się w antykwariatach online).

Serwis zna moje oceny, więc nie powinien mieć problemu ze znalezieniem kolejnych pozycji, które powinny mi odpowiadać. Tym bardziej, że prezentują się jako serwis polecający książki. Niestety, algorytm z którego korzystają jest mało skuteczny i wg mnie sprowadza się do jak użytkownik czytał i lubi Lema, to polecamy Lema. Niezupełnie o to mi chodzi, bo nie wszystkie książki danego autora są równie dobre, poza tym, warto czasem poszerzać horyzonty.

Wydawało mi się, że do skutecznego polecania, a tak naprawdę przewidywania przyszłych ocen danego użytkownika da się zaprząc statystykę, a konkretnie współczynnik korelacji. Zasada jest prosta – jeśli użytkownicy mają ocenionych n takich samych książek i oceniali je podobnie, to pewnie n+1 pozycję również ocenią podobnie. Zresztą, dawno, dawno temu robiliśmy coś podobnego ze znajomymi dla ocen filmów, tyle, że w Excelu. I jakoś tam działało, tylko próbka (i ludzi, i filmów) była niewielka.

Okazuje się, że istnieje serwis korzystający z ocen BiblioNETki, ale używający alternatywnego sposobu polecania książek. Opartego właśnie na współczynniku korelacji. Serwis nie wygląda nowocześnie, ale nie o to przecież chodzi. Na pierwszy rzut oka wygląda, że ma szansę działać dobrze – jest polecanie zwykłe, polecanie „pewniaków”, polecane książki można zawęzić gatunkami. Z listy polecanych pozycji („pewniaków”), po zawężeniu gatunków, wygląda, że robi dokładnie to, czego oczekuję – niekoniecznie poleca autorów, których znam, a w liście jest parę pozycji, o których słyszałem, że warto przeczytać i tak naprawdę są w planie.

Jednak jeszcze ciekawszą opcją jest, moim zdaniem, znajdowanie użytkowników, z którymi mamy dużą zbieżność w ocenach. Potem wystarczy zobaczyć, jakie książki ocenili wysoko i… jest spora szansa, że nam też się spodobają. Dla użytkownika, z którym mam najwyższą zbieżność sprawdza się w moim przypadku doskonale (zresztą, musi – przecież statystyka nie kłamie ;-)) – jest parę pozycji, które bardzo mi się podobały, ale zapomniałem ich dodać, a które u niego mają najwyższą ocenę.

Wady serwisu to: wygląd i zepsute linki do stron użytkowników w BiblioNETce – ta ostatnia zmieniła niedawno format linka. Zgłoszone autorowi.

A może znacie inny niż BiblioNETka (niekoniecznie polski) serwis zbierający oceny książek i mający sensowny algorytm polecania?

UPDATE: Linki zostały poprawione, skreślam.

Recenzja Dell Vostro 1440.

Dell 1440

Źródło zdjęcia (i recenzja, co prawda trochę inny model, bez grafiki AMD, ale reszta się zgadza): http://www.laptopreviews.com/dell-vostro-1440-review-2011-12

Jakiś czas temu pisałem, że kupiłem nowego laptopa. Minęło trochę czasu, więc mogę spokojnie opisać, jak się sprawuje i jak oceniam ten sprzęt, tym bardziej, że dość szczegółowo opisywałem to już dwóm osobom.

Słabe strony:

  • trudna wymiana podzespołów – z tego co piszą, wymiana pamięci RAM wymaga wyjęcia klawiatury, wymiana dysku rozebrania połowy laptopa. Nie ćwiczyłem tego jeszcze i raczej nie zamierzam, wada, której byłem świadomy przed zakupem, wpisuję z przyzwyczajenia. Po sprawdzeniu w manualu – nie jest tak źle, ale nie jest to jedna klapka i 4 śrubki.
  • podświetlanie ekranu – dość duży skok pomiędzy najniższym poziomem (czyli wyłączonym podświetlaniem), a pierwszą wartością. Przydałaby się wartość pomiędzy – w tej chwili często jest tak, że 0 jest trochę za słabe, a 1 trochę za mocne.
  • jakość spasowania elementów – ramka wokół ekranu ma wyczuwalny przy dotknięciu luz w dolnej części, bateria też rusza się w wyczuwalny sposób. To drugie czuć szczególnie podczas pracy z laptopem na kolanach w łóżku.
  • nie do końca doszedłem do porozumienia ze sprzętem w sprawie sterowania wentylatorem i dyskiem, szczególnie na baterii – wygląda, że chce wiedzieć lepiej, czy wentylator ma pracować, a dysk się wyłączać. Być może kwestia systemu.
  • dysk dość mocno się grzeje. Zapewne położony jest w okolicy touchpada i czuć tam ciepło. S.M.A.R.T pokazuje 46 (Min/Max 15/5663), przed modyfikacją parametrów przy pomocy hdparm było tak samo.
  • ogólnie chłodzenie nie jest mocną stroną, widziałem ponad 80 C na procesorze – wygląda na to, że 1440 lubi mieć przewiew pod spodem – tu na forum też piszą o podstawkach chłodzących dla Delli
  • stosunkowo szybko, bo po ok. kwartale wyrobiła się spacja i lekko piszczy/zgrzyta czasami (chodzi płynnie, tylko ten dźwięk – jak pasikonik). Pewnie pomogło by smarowanie. Możliwe, że kwestia pojedynczego egzemplarza. UPDATE: i chyba z czasem mu minęło, chyba, że kwestia temperatury otoczenia.
  • przycisk power w złym miejscu – spokojnie mógłby być na środku, nie w okolicach brzegu. Zdarzyło mi się kilka razy go nadusić i wyłączyć kompa przy przenoszeniu.
  • z wejść z wyszukiwarki laptop dell vostro piszcząca spacja – potwierdzam, czasem, przy niektórych naciśnięciach słychać lekkie cykanie, które w pewnym momencie było zauważalne i irytujące, ale o którym już zapomniałem – chyba się „dotarł” – i gdyby nie to zapytanie, to bym nie pamiętał.

 Mocne strony:

  • ekran – 14″, rozdzielczość 1366×786, matowy i ogólnie bardzo mi pasuje. Różnica między 15,4″ a 14″ jest jednak zauważalna i film zdecydowanie lepiej na 15,4″ włączyć.
  • czas pracy na baterii – około 3h na baterii bez problemu z włączonym wifi, YouTube, jasność ekranu 0 lub 1. Chyba niezależnie od używanej karty graficznej.
  • praktycznie wszystkie gniazda są po bokach – tylko zasilanie jest z tyłu, a czytnik kart SD i MMC z przodu.
  • niezły webcam – przynajmniej w porównaniu z tymi, z którymi miałem kontakt do tej pory, radzi sobie przy słabym oświetleniu. Nie korzystam z webcama praktycznie, więc proszę traktować tę informację z rezerwą.
  • dobre wsparcie pod Linuksem – patrz recenzja z działania Debiana na Dell Vostro 1440 (ang.) na potrzeby Linux on laptops.

Inne uwagi:

  • miękka klawiatura – pisze się jakby ciszej, ale też jakby troszeczkę wolniej (wpisywane szybko hasła często „nie wchodzą”). Specyficzne, nie jest nieprzyjemne, nie przeszkadza, jest troszkę inne po prostu. Do układu, na który narzekałem w poprzednim opisie bez problemu szybko się przyzwyczaiłem. Pracując równolegle na innym, „tradycyjnym” sprzęcie.
  • mimo „pomniejszonego” rozmiaru jeśli chodzi o przenośność daleko mu do ultrabooka 13,3″. Jest po prostu troszkę mniejszy i zauważalnie lżejszy od typowego laptopa 15,4″
  • plastik, pomijając wymienione wyżej spasowanie jest OK
  • wierzch i spód jest „gumowany” – przypominający gumę plastik o dużym tarciu zapewnia pewny uchwyt, ale materiał sprawia wrażenie podatnego na uszkodzenia. Raczej tylko wrażenie – nic się w praktyce nie dzieje.

Gdyby ktoś miał inne pytania, proszę śmiało pytać czy to w komentarzach czy w inny sposób – będę uzupełniał, tym bardziej, że mam wrażenie, że o czymś zapomniałem.

Wrażenia z roweru wypożyczenia.

No to dziś pierwszy raz przejechałem się rowerem z wypożyczalni nextbike.pl. Akurat wybierałem się pod jedną ze stacji, i miałem nieco czasu wolnego, więc postanowiłem przetestować system wypożyczeń w praktyce.

Na początku odstałem chwilę w ogonku, bo jedna osoba próbowała wypożyczyć rower, a kolejna oddawała. W końcu moja kolej. Wprowadzam numer telefonu, który wyświetla się wielkimi wołami, widocznymi z kilku metrów na ekranie, następnie PIN. Na klawiaturze, której przysłonić nie sposób. Hell, yeah.

Po wprowadzaniu danych system podał mi PIN do zapięcia. Oczywiście tylko na ekranie, żeby nie było za łatwo. Ale OK, przyjmijmy, że zapamiętanie 4 cyfr jest wykonalne, także między stacjami. Odwracam się do mojego roweru i widzę, że właśnie kończy go odpinać osoba, która stała jako pierwsza w kolejce. Chwila wyjaśnienia i okazuje się, że wybraliśmy ten sam rower. A system pozwolił mi wypożyczyć już wypożyczony rower. Hell, yeah!

Zwracam niedostępny dla mnie rower (na szczęście się udało) i wybieram kolejny. Tym razem nikt go nie zwija sprzed nosa, ale… nie zauważyłem, że rower ma bonus w postaci przypiętego do niego kolejnego roweru. Kolejny zwrot. Hell, yeah!

Podejście trzecie. Numer telefonu, PIN i… system pyta o kartę kredytową. I tak parę razy. W końcu udaje mi się uzyskać kod do zapięcia i wypożyczyć rower. Tak nawiasem, kod był już ustawiony, wystarczyło pociągnąć. A jeden z rowerów był w ogóle nieprzypięty (ale też niedostępny do wypożyczenia). Taka uwaga do wpisu o zabezpieczeniach rowerów miejskich.

Jadę. Siodło jakieś twarde, dziwnie się jedzie z nieruchomym koszykiem na kierownicy (dałbym głowę, że powinno się skręcać). Może dawno nie jechałem, ale bardziej czuć go góralem, niż klasycznym miejskim z wysoką kierownicą typu jaskółka, do których przywykłem w Holandii. Mniejsza, jedzie do przodu, ma przerzutki, hamulce działają, dzwonek jest. Po chwili stresu, bo jazda po Poznaniu po ulicy nie należy do przyjemności, docieram na miejsce.

Powtarzamy grę w podawanie numeru telefonu i PINu parę razy, przeplataną o numer karty kredytowej. W końcu udaje mi się zwrócić rower. Uff… Podsumowując: wypożyczenie jednego roweru wymagało podania numeru telefonu i PINu jakieś 10 do 15 razy! Hardcore.

Czy powtórzę wypożyczenie? W ostateczności… Jako alternatywa dla komunikacji miejskiej, a tak chciałem korzystać, raczej się to nie nadaje. Wypożyczenie i zwrot trwają zbyt długo.

UPDATE: Dziś powtórzyłem wypożyczenie. Znaczy próbowałem, bo PIN, który został mi podany do danego roweru najzwyczajniej nie działał (i ponownie był ustawiony na zapięciu na stojaku). Wkurzyłem się, zrobiłem zwrot i poczekałem 2 minuty na tramwaj. Przy okazji wyszła kolejna niedziałająca rzecz: mimo zaznaczenia w panelu Przy każdym wypożyczeniu i zwrocie ze względu na bezpieczeństwo proszę pytać mnie o mój Wrocławski Rower Miejski (WRM) PIN. Po zameldowaniu otrzymasz PIN przez SMS, żadnego SMSa przy dzisiejszym wypożyczeniu nie dostałem.

UPDATE2: Po namyśle, opcja z PINem przy wypożyczeniu i zwrocie nie działa tak, że dostaję SMS z kodem do przepisania przy każdym wypożyczeniu/zwrocie. Czyli nie jest to hasło jednorazowe (hm, to co za bezpieczeństwo większe to wprowadza?). Nie zmienia to faktu, że i tak nie działa, tylko w drugą stronę – pytało mnie o PIN nawet, gdy nie miałem zaznaczonej tej opcji, czyli zaznaczenie lub jego brak nic wg mnie nie zmienia.