Powtarzalność, czyli spacery do pracy.

Dziś w pracy jakoś zgadaliśmy się w temacie, że część załogi ostatnio wcześniej wstaje i na dodatek ma energię i ochotę na aktywność fizyczną o tej nieludzkiej porze (siłownia, spacer). Strzeliłem, że ta pora roku tak ma – nadchodzącą wiosnę się wyczuwa i w ogóle.

Ponieważ w moim przypadku chodzi o spacer do pracy, połączony ze słuchaniem mp3 – wcześniej muzyka, teraz odkryłem, że w końcu mam czas posłuchać wykładów TED; jak na razie rozwiązanie sprawdza się bardzo dobrze – podobnie w pewnym momencie chodziłem na piechotę, spacerkiem, do starej firmy, postanowiłem sprawdzić, czy jest korelacja. Tym bardziej, że wydawało mi się, że robiłem wtedy wpis o tym.

Okazuje się, że faktycznie robiłem wpis o chodzeniu na piechotę do pracy zatytułowany znamiennie, bo spacery. Bingo, dokładność praktycznie koło tygodnia (pierwsza myśl przeszła mi z 2 tyg. temu). Podobieństw jest więcej – dystans (poprzednio 2,25 km, teraz jakieś 2,4 km) i co za tym idzie – czas (well, obecnie poniżej 30 min, wg Google Maps jakieś 35 min, w praktyce 25 min). Podobna różnica między dotarciem do pracy przy pomocy MPK (trochę nieaktualne już, bo rozkład się zmienił), a przyjściem na piechotę, co poprzednio. Jedyne, czego nie ma tym razem, to możliwości wyboru innej trasy. Każda inna jest dużo dłuższa. Ale w praktyce i tak nigdy nie korzystałem z możliwości wyboru innej trasy…

Every time you use breaks on highway, God kills a kitten.

Będzie o minionym jakiś czas temu urlopie, a w zasadzie dojeździe i powrocie. Ponieważ był to wyjazd w góry™, to uznany został za odległy. Ponieważ został uznany za odległy, to pociąg odpadał – mała nie da rady. Samochód jest jednak i bardziej wygodny, i bardziej elastyczny. I – koniec końców – przydaje się na miejscu, bo zawsze można gdzieś podskoczyć. To, że lubię jeździć pomijam.

Okazało się, że Poznań nie tylko w stronę Szczecina nie ma porządnej drogi. W stronę Wrocławia też jest bieda. Za pierwszym razem Google wybrało trasę przez Jarocin (odradzam), za drugim wracałem czymś niby trochę lepszym, ale tak naprawdę miało być o tym, czego nie ma, czyli o autostradach. Stan autostrad w Polsce widać na wiki i specjalnie nie ma co dywagować nad jego oczywistą niedolą. W każdym razie wynika z niego, że z Poznania do stolicy porządną drogą się nie dojedzie (a ze Szczecina i owszem ;->) i że autostrad jest w Polsce… niewiele.

Zapewne z niewielkiej ilości wynika fakt, że przeciętny Polak nie umie jechać po autostradzie. Albo się wlecze (czytaj: jedzie poniżej 120), albo gna na złamanie karku (czytaj: jedzie ponad 180), ale zawsze jedzie nierówno i wymusza nierówną jazdę innych. Nierówną, czyli z dużymi zmianami prędkości. Wręcz z hamowaniem. A przecież every time you use breaks on highway, God kills a kitten.

Czemu piszę Polak? Tak sądząc po blachach. Jakoś Niemcy jeżdżą u nas po autostradach sensowniej. Nawet jeśli jadą nieco szybciej, to widząc, że kogoś wyprzedzasz lub powinieneś zacząć wyprzedzać, żeby samemu nie hamować, zwolnią delikatnie (nie w ostatniej chwili) i wpuszczą, pozwalając bezstresowo wykonać manewr. Z drugiej strony sami też nie czekają z wyprzedzaniem do ostatniej chwili.

Specjalnie zacząłem zwracać na to uwagę w drodze powrotnej i praktycznie zawsze samochody na niemieckich blachach jechały płynnie i umożliwiały płynną jazdę innych w granicach 130-150 km/h (absolutnie bezpieczna prędkość, choć wg przepisów za szybko), natomiast na naszych blachach – loteria i brak myślenia kilkadziesiąt sekund naprzód. A przecież tak naprawdę jazda po autostradzie z taką prędkością to prawie szachy – spokojnie można przewidzieć kolejność samochodów i potrzebne manewry na kilkadziesiąt sekund naprzód dla wszystkich aut w zasięgu wzroku.

Oczywiście nie mówię o sytuacjach awaryjnych – takie się zdarzają, podobnie jak dziwne manewry innych i wtedy hamować po prostu trzeba, ale następnym razem jak wyjedziesz na autostradę pamiętaj: every time you use breaks on highway, God kills a kitten. I ogólnie, że świetny refleks przez 99,999% (tak, pięć dziewiątek i wiem co to znaczy) czasu kierowcy się nie przydaje do niczego, za to wyobraźnia i myślenie – jak najbardziej.

PS. Przy podanych prędkościach zakładam, że samochód jest sprawny technicznie, nie jest czterośladem i ma normalne ogumienie, a jazda nie odbywa się w nietypowych warunkach. Kupowanie auta, a na opony nie starczyło jest u nas dość popularne, niestety. Czteroślady chyba jeszcze też.

Szczeciński handel detaliczny.

Korzystając z chwili czasu pojechałem realizować zamiary zakupowe. Znaczy kupić graty elektroniczne. Na pierwszy ogień poszła karta pamięci, bo po przymierzeniu 2GB z telefonu do odtwarzacza mp3 zrobiło się całkiem miło, ale z racji cen myślałem o czymś większym. W necie 2GB kosztuje ok. 12 zł + ok. 10 zł wysyłka, razem 22 zł, 4 GB – 34 zł z wysyłką, a 8GB można znaleźć od 52 zł (z wysyłką). Ponieważ czekać mi się nie chciało, stwierdziłem, że kupię na miejscu, tym bardziej, że po sklepach i tak będę jeździć.

Planowałem kupić w Forcenet, który pamiętałem, że jest lokalny i ma dobre ceny. W pasażu A-Z (taki namiar znalazłem, strona nie działa) atmosfera zupełnie niehandlowa. Lekko po godzinie 16, a wiele sklepów pozamykanych. Kupujących jak na lekarstwo. Pusto i przygnębiająco. Na rozpisce sklepu nie widzę, więc wchodzę do pierwszego napotkanego (komórki) i pytam o Forcenet. Zlikwidowany. Pytam o karty pamięci. Są, ale tylko 2 GB (cóż, w do komórek inne niekoniecznie się nadadzą, więc powiedzmy, że rozumiem). No ale, może niekoniecznie wezmę, bo wolałbym 4/8 GB. Pytam o dobre sklepy komputerowe w okolicy z takim towarem. W odpowiedzi słyszę panie, nie ma, chuj nie miasto. Nie są to pierwsze narzekania na zaopatrzenie w Szczecinie jeśli chodzi o sklepy komputerowe. Smuteczek.

Pojechałem do Harta. Nie jest najtańszy, ale zwykle nieźle zaopatrzony, poza tym, nigdy nie miałem problemów z wymianą sprzętu tam, sprzedawcy się znają na rzeczy, rotacja sprzedawców b. niska, co IMO pozytywnie świadczy, więc defaultowo kupuję tam. Na pierwszy ogień poszedł tym razem zakup nr 2, czyli tusze do drukarki. Cena miażdży: 20 zł za sztukę najtańsze (nieoryginalne), 5 sztuk, razem czyni ponad 100 zł. Ja rozumiem, że sklep musi zarobić, ale na Allegro jest 6x zł za analogiczne tusze, z wysyłką.

Ceny kart pamięci też niefajne. Co prawda na plus zaliczam, że w ogóle był komplet pojemności (2, 4, 8, na większe nie patrzyłem), ale 2 GB za 25 zł, o wyższych szkoda gadać (55 za 4 GB z jakimś tam czytnikiem oraz 69 czy 79 zł za 8 GB). Rozumiem, że sklep ma cenę w okolicy ceny z Allegro wraz z wysyłką (choć mógłby mieć sporo taniej i nadal zarabiać, ale równa cena to taka granica przyzwoitości i opłacalności dla klienta). Ale dlaczego znacznie drożej? Zapewne obrót tym mają śladowy w takim układzie…

No i tu pojawia się główne pytanie: komu i czemu służy taka polityka cenowa? Naprawdę lepiej sprzedać towar bardzo rzadko, z wysoką marżą i przyzwyczajać klientów, że nie ma co iść do sklepu, bo wysyłkowo zawsze jest taniej?

PS. Kartę kupiłem, 2 GB. W sumie wystarczy, a i tak zakładam, że zgubię…