HumanRank

Dziś przeczytałem wpis o human.json i stwierdziłem, że temat jest godny pełnowymiarowego wpisu. Nie dlatego, że jest ciekawy, ale dlatego, jak bardzo nieprzemyślany i słabo wykonany jest to pomysł. Uprzedzam, że będzie stronniczo i trochę mi się uleje.

W skrócie, LLMosceptycy wpadli na pomysł, żeby ludzie zaczęli dodawać plik JSON, w którym będą wskazywać URLe do innych treści (stron) tworzonych przez ludzi. Do tego dodatek do przeglądarki, który pokaże ilu ludzi wskazało odwiedzaną stronę na tworzoną przez człowieka i jaka jest odległość (ilu pośredników) względem naszej strony.

Czyli – cytując wytłuszczenia ze strony projektu – autor strony deklaruje się jako człowiek i umieszcza plik. Następnie poręcza za inne strony. I rozszerza scope poręczeń.

Jeśli komuś się z czymś to kojarzy, to – jeśli jeszcze nie zorientował się na podstawie tytułu wpisu – jest to w założeniu bardzo podobne do PageRank stworzonego przez Google. Może i Google stwierdziło, że to nie działa dobrze, jest podatne na manipulacje SEO i wycofało się z projektu, ale tym razem się uda. OK, jest różnica, bo aktualnie human.json nie uwzględnia wag. Ale to wczesna wersja, więc możliwe, że wszystko przed nami.

Wersja Google była o tyle lepsza/prostsza, że nie wymagała osobnego pliku i używała po prostu linków ze strony. Ale to nic, wiadomo, że wszyscy ludzie są techniczni, tu sobie nagłówek dopiszą, tam plik wygenerują. Na ironię zakłada wybór formatu JSON, który jest pomyślany jako przetwarzalny przez automaty i niezbyt przyjazny ludziom.

Dalsze wady pomysłu? Ależ proszę bardzo. Rozwiązanie jest podatne na manipulację. Nie ma żadnego problemu, żeby kupić kilka(-naście, -set) stron, umieścić na nich human.json, który będzie linkować do pozostałych. Zapewne będą miały wyższą ilość potwierdzeń, niż wiele stron tworzonych przez ludzi.

Kolejny problem to założenie, że wszyscy pieczołowicie będą utrzymywać swoje pliki. O ile z dodaniem pliku nie ma większego problemu, to z czasem domeny wygasają, zmieniają właścicieli. Po kilku latach może być na nich zupełnie inna treść. Znam to doskonale i z linków na blogu, i z czytnika RSS. W przypadku PageRank był jeden opiekun, który dbał o jakość wskaźnika.

Czy to koniec problemów? Na pewno nie. Na pewno znajdą się chętni do „wymiany linków” tj. wzajemnego potwierdzenia swojego człowieczeństwa. Pamiętacie sprzedaż linków? Gdyby pomysł jakimś cudem się przyjął (w co nie wierzę) to handel linkami powróci w wielkim stylu. Tym razem linkami w human.json.

Czym więc jest human.json, albo jakie widzę jego niezamierzone skutki? Przede wszystkim jest deklaracją nie lubię LLM. Do tego oczywiście każdy ma prawo. Ale czy człowiek musi polegać na automatycznym, algorytmicznym wskaźniku z przeglądarki, żeby ocenić czy treść jest wartościowa? Wydaje mi się to dziwne.

Ostatni niezamierzony skutek, który widzę, to tworzenie kolejnego bąbelka. Bo czy strony ludzi, z których poglądami się nie zgadzamy, trafią do human.json równie często, jak tych, z którymi się zgadzamy? Szczerze w to wątpię.

Głodny wilk

We wpisie o optymalizacji strony pisałem tym, że wilk może być syty, i owca cała. Czyli, w kontekście reklam AdSense, można mieć reklamy i nie mieć reklam. Zarabiać i nie psuć strony wolnymi reklamami.

Dawno temu pisałem co prawda, że wyłączyłem reklamy AdSense. Przynajmniej na podstawowym blogu. Jednak było zgromadzone sporo środków, ale poniżej progu wypłaty. Co skłoniło mnie do salomonowego rozwiązania – włączenia reklam na wybranych stronach. Dokładnie na tych, które mają najwięcej wejść z wyszukiwarki.

Uznałem rozwiązanie za mało inwazyjne z jednej strony, a z drugiej okazało się zaskakująco dochodowe. To nawet nie było słynne 80/20, to bardziej 95/5. Znaczy się kilka(naście) najpopularniejszych stron robiło praktycznie cały dochód. A skoro nie widać różnicy, to po co spowalniać resztę? Brak inwazyjności objawił się także względnie dopasowanymi reklamami. Może nie były tematyczne, ale gdy zerknąłem parę razy, widziałem reklamy po polsku, bez paramedycznych itp. Raczej duże sklepy itp. Czyli jakby znośnie.

Gdybym był zwolennikiem teorii spiskowych stwierdziłbym, że Google specjalnie zwiększa dochód po włączeniu reklam, a potem steruje tak, żeby się wyświetlały, ale żeby jak najdłużej nie można było wypłacić środków. Bo wykres przychodów z reklam AdSense w czasie wygląda tak:

wykres zarobków AdSense w latach 2023-2025. widoczny wyraźny trend spadkowy
Zarobki AdSense, 2023-2025

Nie trzeba doktoratu ze statystyki, żeby zobaczyć, że zarobki spadają. Systematycznie. I to pewnie mimo dodania reklam na jednej czy dwóch popularnych wpisach w tzw. międzyczasie. Próg wypłaty środków znowu jest blisko ale… jakoś ciągle jest to „za parę miesięcy”. Od paru miesięcy. Czyli ewidentne gotowanie żaby. Czy też bardziej: głodzenie wilka.

Dla jasności, mimo pewnych chwilowych aberracji w pozycji, ilości wejść i odsłon, jest stabilnie. Nic się istotnie nie zmienia – ani ilość wejść, ani pozycja. W panelu AdSense też niby wszystko na zielono. A może to globalny trend?

Cóż, skoro tak to ma wyglądać, to jednak nie będzie połowicznego rozwiązania, tylko reklamy AdSense wylecą. Tym razem zupełnie i na dobre. Ale najpierw chcę uzbierać do progu wypłaty…

Zamiast tego[1] uruchomiłem możliwość postawienia kawy. Zupełnie nieinwazyjne, całkowicie dobrowolne. Czy działa? Za wcześnie, by wnioskować. No ale bez złudzeń, przy blogach tego typu raczej sprawdziłyby się mikropłatności, coś w stylu tego, co próbował kiedyś wdrożyć Brave.

To, co mi jeszcze chodzi po głowie to jakaś sieć, która wyświetla „reklamy” non-profit. Społeczne, jakiś open source itp. I czasami, rzadko, tak 1:20 reklamy stron, które należą do sieci. Znacie coś takiego? A może to pomysł na biznes/startup?

[1] W sumie to nie do końca zamiast, bo trochę szerzej i trochę inna motywacja. Więc to „zamiast” to tylko w kontekście „jest blog i są pieniądze”.

Postaw kawę

Przy pewnej okazji dostałem pytanie, czy korzystam z jakiegoś rozwiązania, gdzie można postawić mi wirtualną kawę. Pytający w przykładzie użył serwisu buycoffee.to. Nie miałem nic takiego. Kiedyś myślałem o Patronite, ale jakoś nie czułem, bym zasługiwał. Zerknąłem na buycoffee.to i stwierdziłem, że założę konto. Po pierwsze, kojarzyłem logo, po drugie, jest to ładnie umocowane legalnie i ma proste zasady, do tego jakoś tak przejrzyście opisane. Last but not least – firma jest z okolic Poznania.

Nadal uważam, że blog pewnie nie zaowocuje wpłatami, ale… robię jeszcze parę rzeczy (kapela, jakieś prezentacje, jakiś open source), więc niech sobie będzie, może komuś się działalność spodoba, uzna za ją za wartościową i zechce postawić kawę. Tym bardziej, że konto w serwisie nie kosztuje, a darowizny korzystnie się rozlicza. Może nie prosto, od strony obdarowywanego, bo trzeba pilnować ostatnich sześciu lat per darczyńca, ale w praktyce nie płaci się podatku. Zresztą, eksport do arkusza, tabela przestawna i gotowe. Gdyby kogoś temat interesował, to dają dobry artykuł nt. rozliczania darowizn.

Nie jest tak, że serwis od darowizn jest za darmo. Pobierają dwie opłaty – 2,5% kosztu transakcyjnego oraz 7,5% opłaty serwisowej. Patronite byłby nieco tańszy, ale różnica jest pomijalna. Ta opłata serwisowa wydaje mi się dość spora, jeśli ktoś ma większe obroty. Mogła by być górna kwota opłat, powyżej której opłata serwisowa nie jest pobierana. W sumie ciekawe czy nie właśnie dlatego Radio 357 zaczęło przyjmować wpłaty na własną rękę?

Zatem, po krótkiej walce z WordPressem[1], w paru miejscach (strona główna, sidebar na blogu) pojawiło się logo serwisu buycoffee.to, prowadzące do miejsca, gdzie można postawić wirtualną kawę. I zapewne zostanie tam na dłużej w ramach eksperymentu. Tym bardziej, że zamierzam wkrótce definitywnie i całkowicie rozstać się z reklamami Google AdSense. Ale o tym będzie już w innym wpisie…

[1] Dodanie jest w skrajnie nieintuicyjnym miejscu. I w skrajnie nieintuicyjny sposób. W ogóle dziwna organizacja tego wszystkiego, a jeszcze mam WordPressa po polsku… W każdym razie skończyło się dodaniem kodu HTML w sidebar. Znaczy wygląd -> widżety.