Modele sprzedaży

Mamy zasadniczo dwa modele sprzedaży czy też konsumpcji. Zależy z której strony patrzeć. W pierwszym twórca/sprzedający chce sprzedać jak najdrożej, a konsument/kupujący kupić jak najtaniej. Drugi model, to taki, gdzie twórca/sprzedający po prostu oferuje towar, a decyzja o cenie (albo w ogóle fakcie płacenia) należy do konsumenta.

Przykładów na pierwszy nie trzeba szukać wielu, w zasadzie widzimy ten model na każdym kroku. Drugi model jest mniej rozpowszechniony, ale – wiele nie myśląc – jego przedstawicielami wszystkie te stacje radiowe bez reklam, które utrzymują się z darowizn, niektórzy autorzy książek wydający samodzielnie. I wszystkie aktywności utrzymujące się z datków. Ale nie jest to przecież model nowy. Od zawsze istnieli artyści zbierający do kapelusza.

Modele te są ze swojej natury wysoce niekompatybilne. Konsument przyzwyczajony do pierwszego, może – nawet podświadomie – dążyć do jak najniższej ceny. Bo w końcu takie jest jego „zwycięstwo” w modelu pierwszym: kupić coś jak najtaniej. W końcu z założenia sprzedawca i tak zarabia, w ten czy inny sposób.

Zauważyłem, że mam z tym problem. Za sprawą Bandcamp. Tam obecne są oba modele. Część płyt/utworów ma określoną cenę. Część jest dostępna w modelu zero lub więcej. Mam opory przed kupnem za 0, choć mogę za tyle kupić. A kupić trzeba[1], żeby móc odtwarzać więcej niż kilka razy, nawet te darmowe[2]. Mam też opory przed zapłaceniem „normalnej” ceny. Szczególnie, za rzeczy, które twórca wycenił na zero. Ale też częściowo są to rzeczy, do których nie jestem w pełni przekonany. Ostatecznie nie kupuję w ogóle[3].

Wydaje mi się, że jednak nie jest tak, że tylko ten drugi model sprzedaży ma problem z powodu pierwszego. Zauważyłem, że rezygnuję z zakupu rzeczy, dostępnych w pierwszym modelu których nie mogę samodzielnie wycenić. Np. z książek, które mógłbym przeczytać, żeby poznać punkt widzenia autora, ale takich, z których punktem widzenia raczej się nie zgadzam. Albo: nie wiem czy się zgadzam. I fragmenty dostępne za darmo nie rozwiązują wg mnie problemu.

Nie wiem czy to tylko mój problem, ale taką mam obserwację w ostatnim czasie. Chyba głównie dotyczącą kultury i sztuki – nie kojarzę raczej produktów fizycznych (ubrania, napoje, jedzenie) dostępnych w drugim modelu.

[1] Chyba, że limitowanie jest czasowe lub jest jakiś błąd w limitowaniu. Wskazują na to moje ostatnie doświadczenia. Pewna „zasłuchana na śmierć” płyta, której appka nie pozwalała już odtwarzać znowu jest możliwa do słuchania.
[2] Piękny przykład lose-lose, i użytkownik ma utrudnione życie, i jest większa szansa, że kupi za 0.
[3] Tak, nadal próbuję się przekonać do Bandcampa. Ciężko to idzie, bo pojawiła się nowa konkurencja. Ale są pewne postępy – w pewnych okolicznościach słucham już tylko stamtąd. Tak, wiem, to nie streaming…

Chromebook od Apple

Trudno mi inaczej określić nowy i mocno promowany produkt, jakim jest Macbook Neo A18 inaczej, niż tak, jak zrobiłem to w tytule. Z jednej strony 8 GB to jednak nie tak mało jak niektórzy sugerują. Mój chromebook ma 4 GB i śmiga. Tak, inny system. Ale przeglądarki itd. maja podobny apetyt na RAM. Z drugiej, porównując z „normalnymi” macami, wygląda faktycznie słabo.

Wizualnie i funkcjonalnie sprzęt mi się podoba. Taki mocny chromebook właśnie. Tylko cena jest nieporozumieniem. Neo obecnie kosztuje w X-kom 2999 zł. Tymczasem za 3799 zł mamy tam Air M2 i zupełnie nie widzę powodu, by w tej sytuacji kupić Neo. Air M2 jest podobnie pozycjonowany (uczeń/student), ma praktycznie identyczne gabaryty (ta sama waga, góra 1 cm różnicy. Oszczędzając 800 zł stracimy połowę RAM, szybszy procesor, podświetlanie klawiatury, szybkie ładowanie, większą baterię, lepszy touchpad, głośniki, magsafe…

Więc w tej cenie Neo jest zupełnie bez sensu. I możliwe, że jednak się przyjmie na rynku, z uwagi na marketing Apple. Reklam jest tyle, że nawet ja je zauważyłem, choć zupełnie nie interesuję się sprzętem Apple. Zaś zupełnie poważnie, to uważam, że gdyby był połowę, czy chociaż jedną trzecią tańszy, to mógłby być to całkiem ciekawy sprzęt dla fanów macOS.

Porządki

Od jakiegoś czasu noszę się – niezbyt intensywnie, ale jednak – z zamiarem zmiany dostawcy internetu u rodziców, czyli rezygnacji ze starego, wolnego łącza ADSL, ale taniego w wartościach bezwzględnych, będącego zaszłością na rzecz czegoś nowego, szybszego i przede wszystkim tańszego. Bo 1 Mbps ssie coraz bardziej. Klasyczne radiówki-osiedlówki odpadały zawsze w przedbiegach. Prędkość OK, ale za dobrze znam realia, więc wiem, że ze stabilnością może być… różnie, a na prędkości aż tak mi nie zależy. Do tego dochodzi jednak konieczność montażu anteny i to, plus brak istotnych różnic w cenie przeważa szalę. Żeby był sens cokolwiek zmieniać, to cena musiałaby spaść do jakichś 25 zł/m-c.

Potem pojawił się internet od operatorów GSM. Początkowo drogi, ale ceny już spadły, transfery i opóźniania są niższe, niż na obecnym rozwiązaniu. Jedynym problemem, który pozostał, są pakiety ruchu. Na routerze mam odpalonych trochę własnych gratów (backupy, wykrywanie spamu na Blox itp. itd.), do tego dochodzi ruch generowany przez komputery. Z logów pppd wynika, że wysyłane dane to 50-100 MB/dobę, a pobierane to 500-1000 MB. Gdyby któryś operator dawał 30 czy 50 GB w pakiecie za grosze, to nie byłoby problemu, ale niczego takiego nie znalazłem (TBH nie szukałem jakoś intensywnie).

Zatem do tej pory głównym blokerem było ustalenie, co generuje transfer. O ile ustalenie, czy ruch powstał lokalnie, czy pochodzi z końcówek nie jest problemem (wystarczy sprawdzić liczniki na interfejsach), o tyle totalnie odbiłem się od możliwości ustalenia, które procesy generują ruch sieciowy w Linuksie. Tzn. problemu nie ma, jeśli są to działające cały czas demony, ale jeśli mamy – jak w tym przypadku – wiele skryptów uruchamianych z crona, w dodatku korzystających z zewnętrznych poleceń to jest… ciężko. Wyszło mi, że można albo zrobić wrapper, podpiąć go pod wszystkie skrypty i zliczać ruch przy wywołaniu, albo – jeśli uruchomione procesy działają dłużej – uruchamianie z crona skryptu, który sprawdzi dane dla aktualnie uruchomionych procesów w /proc. Tak czy inaczej, trochę za dużo pracy w stosunku do potencjalnego zysku, bo ostateczne i tak nie wszystkie skrypty chcę wynieść na obcą infrastrukturę.

Dziś siadłem, rzuciłem okiem w crona i odpowiedziałem sobie na zajebiście ważne pytanie: co jest tak naprawdę niezbędne? Zbieranie danych o Blox i spamie – z tego nic się nie urodzi. Backupy blogów – przeniesienie w inne miejsce jest trywialne. Więc nie będę zliczał ruchu, tylko wyłączę rzeczy, które raczej generują spory transfer, a które były kiedyś fajne i zajmujące, ale są już nieprzydatne i działają z rozpędu. Za tydzień zaś po prostu sprawdzę, ile jest wygenerowanego ruchu i jak to się ma do pakietów danych w GSM.

I tu pytanie do czytelników. Jakie rozwiązania (operatorzy, pakiety) do transmisji danych po GSM polecacie? Warunki brzegowe: cena oraz brak abonamentu (dokładniej: lojalki). Na razie na oku mam:

  • Aero2 z pakietami 30 GB za 30 zł (to na wypasie, starczyłoby i teraz, ale jak mówiłem, bez sensu zmiana cenowo) oraz 3 GB za 5 zł (brzmi bdb i jest spora szansa, że po porządkach dwa czy trzy takie wystarczą w zupełności)
  • Virgin Mobile z pakietami 3 GB za 15 zł oraz 10 GB za 25 zł (gdybym mieścił się w odpowiednio dwóch i jednym pakiecie). Niby drożej, ale jest szansa, że opędzę wszystko na kodach USSD plus dochodzi normalny numer głosowy, co może nie być głupie.