Papryka chilli w domu

Do domowej uprawy papryki chilli (chili?) zainspirował mnie kolega. Miał ładne krzaczki papryki na balkonie, jakoś zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że wyhodował je z nasion pochodzących z owocu papryki kupionego w sklepie spożywczym. Nie miałem jakiegoś silnego postanowienia uprawy papryki, zresztą była jesień, ale wiosną tego roku kupiłem papryczkę chilli w Biedronce i jakoś tak mi się przypomniało.

Stwierdziłem, że mogę spróbować, najwyżej się nie uda. Upewniłem się tylko, że papryka chilli nie potrzebuje świeżego powietrza, kupiłem zwykłą ziemię doniczkową i stwierdziłem, że będę siał. Trochę po drodze przygód było, ale tak, jak najbardziej rosną i owocują w domu, więc notatki na przyszłość dla mnie, a może i komuś się przydadzą.

Termin wysiewu

Papryczkę chilli w domu warto wysiewać wcześnie. Nie pamiętam czy wysiałem w marcu, czy nawet w kwietniu, ale warto wcześniej, nawet luty wydaje się OK. Bo mamy koniec października, a nie tylko jeszcze nie wszystkie wyrosły i dojrzały, ale nawet jakieś kwiaty widuję.

Kiełkowanie

Zdecydowanie warto wrzucić nasiona na około dobę do szklanki z wodą – po takim traktowaniu kiełkują znacznie szybciej. Pierwsze wysiałem bez tego zabiegu, bezpośrednio do gleby i zwątpiłem, czy cokolwiek wyrośnie. Wyrosły, ale zajęło im to z dwa tygodnie, albo dłużej. Niezależnie od metody, kiełkowały praktycznie wszystkie nasiona (tj. tam, gdzie liczyłem, były wszystkie).

Doniczki

Doniczki minimum 15 cm (w takich rosną teraz), ale lepiej 20-25 cm. Powinno być i luźniej korzeniom, i większa tolerancja przy podlewaniu. Możliwe, że lepsze plony – nie skupiałem się na tym teraz.

Strona świata

Parapet od strony wschodniej niby dał radę, ale południowa (nie mam warunków) lub zachodnia mogą być lepsze.

Podlewanie

Nie podlewać zbyt mocno, nie przesuszać. Dobrze widać, gdy wody jest zbyt mało – liście robią się wiotkie. Zasadniczo podlewanie codziennie, ale w razie potrzeby można zostawić bez podlewania na 2-3 dni, po obfitszym podlaniu.

Nawożenie

Dopiero w sierpniu wprowadziłem nawożenie i trochę żałuję. Jest nawóz w płynie do papryki i pomidorów, bardzo wydajny, według instrukcji wystarczy stosować raz w tygodniu.

Zapylanie

Wyczytałem, że gdy pojawią się kwiaty, a papryczki chilli rosną w domu, bez dostępu owadów, trzeba zapylać. Podobno robi się to pędzelkiem, ale nie miałem pod ręką i po prostu delikatnie smyrałem palcem. Zadziałało.

Owocowanie

Owoce rosną bardzo szybko, ale dojrzewanie to loteria. Potrafią być duże, zielone tygodniami, by dojrzeć w ciągu 1-2 dni. Po pełnym wybarwieniu nie ma potrzeby dalszego trzymania na krzaku, chyba że ze względów estetycznych.

Smak

Ostrość jest bardzo różna – pierwsze dwie były zwyczajnie łagodne. Nie byłem zdziwiony bo w sumie ta kupiona, z której pochodziły nasiona też specjalnie ostra nie była. Kolejne dwie były dość ostre. Tzn. takie jakich spodziewałbym się kupując papryczkę chilli w sklepie. Nie przetwarzam, bo nie ta ilość, po prostu lądują np. na pizzy.

Ogólnie spodobało mi się. Papryki i ładnie wyglądają, i jest z nich pożytek. Po tegorocznych doświadczeniach, w przyszłym roku chyba będzie powtórka. Pewnie trochę zmian i ulepszeń, np. lepsza ziemia/dodatki. Rozważam też mniejsze i ostrzejsze odmiany, bardziej przystosowane do parapetu (numex twilight, apache f1).

Bagaż bez opieki

W związku z sytuacją na świecie mamy stopnie alarmowe, apele o czujność i ogólne wzmożenie. A jak to wygląda w praktyce? Miałem okazję się przekonać.

Z okazji jazdy pociągami[1] byłem na dworcu. Miasto wojewódzkie, tyle powiem. Na peronach pustawo. No i zobaczyłem torbę, płócienną, wypchaną, ewidentnie bezpańską. Przypomniały mi się komunikaty, które czasem słyszę na dworcach, żeby powiadomić gdy widzimy bagaż bez opieki. Wiadomo, że raczej po prostu ktoś zapomniał, ale wzmożenie. Zresztą, nie mi o tym decydować, od tego są służby i mają procedury, prawda? Mam dłuższą chwilę czasu do przyjazdu mojego pociągu.

No dobrze, powiadomić, ale kogo? Rozglądam się, ale nikogo sensownego (czyt.: osoby w uniformie) w pobliżu nie ma. Myśl pierwsza: pójdę do informacji/kasy. Co prawda kawałek jest, no ale tam będą wiedzieli co i jak. Zatem idę i tak sobie myślę, że jeśli dojdę, powiadomię, a w międzyczasie ktoś wróci i zabierze torbę, to będzie problem. I jak znam życie, wtedy będzie to mój problem. Daleko nie zaszedłem, więc wracam i robię na wszelki wypadek zdjęcia, że sytuacja miała miejsce.

Bagaż bez opieki czyli sprawca zamieszania. Źródło: fot własna.

Skoro już mam w garści telefon, to wpadam na genialny pomysł, by sprawdzić w sieci, co robić. Pierwsze sensowne źródło to jakaś strona tvp.pl. Piszą, żeby powiadomić ochronę dworca, a jeśli nie ma ochrony, to 112. No dobrze, na pewno gdzieś jest numer do ochrony, prawda? Wracam na peron, wypatrując numerów. Jeśli jest, to albo 112, albo namiary na przewoźników.

I wtedy dostrzegam słupki alarmowe z napisem SOS. Ostrzeżenie, że naciśnięcie guzika załącza monitoring audiowizualny. Profesjonalny wygląd – dwa przyciski, oznaczenie dla niewidomych. Wciskam przycisk. Budka zaczyna dyktować cyfry po angielsku[2], całkiem sporo. I tyle. Nic więcej się nie dzieje. Sprawdzam drugi guzik – bez zmian. Wyciągam telefon i dzwonię jeszcze raz, nagrywając. I jeszcze raz…

Budek na peronie jest kilka, więc uznaję, że ta jest zepsuta i idę do kolejnej. Od razu nagrywam, w sumie już bardziej dla sportu. Tym razem nie słychać cyfr po wciśnięciu guzików. Nie ma też reakcji. Idę do trzeciej budki.

Sytuacja analogiczna jak w drugiej, ja jestem na końcu peronu. Pora na 112. Dzwonię, przedstawiam się, opisuję sytuację. Robi się zabawnie – dysponentka wypytuje czy jest pociąg na peronie, bo to trzeba zgłosić komuś z kolei. Konduktorowi albo maszyniście (sic!). Bo oni będą mieli kontakt[3]. I że to duże miasto, duży dworzec, więc na pewno jakiś pociąg jest. No jest, ale na sąsiednim peronie.

Macie tę wizję, gdy czekacie na pociąg na peronie, z bagażami, i słyszycie, żeby pójść na sąsiedni i poszukać kogoś z obsługi? Normalnie pewnie zasugerowałbym dysponentce zajęcie się pracą, ale nie miałem wiele bagaży i miałem czas, więc stwierdziłem, że warto zobaczyć jak się sytuacja rozwinie.

W drodze na sąsiedni peron podszedłem do kolejnej – czwartej – budki SOS. Wcisnąłem przycisk i praktycznie od razu „ochrona, słucham?”. Zacząłem tłumaczyć, niezbyt składnie, bo już zapomniałem co ja właściwie chcę zgłosić, że torba, i gdzie. Praktycznie od razu usłyszałem „dobra, widzę”. Załatwione w jakieś 15 sekund, jak już ktoś odebrał.

Chwilę później z głośników popłynął znajomy komunikat, żeby zgłaszać pozostawiony bagaż i przydługi numer telefonu, gdzie to robić. Na pewno wszyscy go zapamiętujemy albo skrzętnie zapisujemy…

Sprawdziłem daty zdjęć i filmów. Udokumentowana całość, od pierwszego zdjęcia, do ostatniego filmu zajęła dobry kwadrans. Czyli pewnie bardziej 20 minut.

I tyle w kwestii czujności i wzmożenia. Zastanawiam się jeszcze tylko, ile kosztują te budki SOS.

[1] Niektórzy się nie nauczą. Pierwszy opóźniony o ponad 40 minut (trasa ok. 2h), w dodatku się zepsuł. Szczęśliwie zepsuł się na stacji więc nie było tak wspaniałych przesiadek jak wtedy i szczęśliwie był pociąg jadący w tym samym kierunku, więc dołożyliśmy może 5 minut opóźnienia. Na pocieszenie – woda i wafelek.
[2] Zapewne wybierany numer.
[3] Rozumiem, że dysponenci na 112 stosownych kontaktów, do obsługi węzła kolejowego w mieście wojewódzkim, nie mają.

Cudy na kiju

Jakiś czas temu w Polsce operatorzy wyłączyli transmisję danych 3G, więc mój modem przestał działać. Przestał więc też działać router GSM na Linuksie zbudowany w oparciu o niego i Raspberry Pi. Na dokładkę chwilę wcześniej padł hub USB zasilający RPi lub zasilacz od niego. Znaczy: trzeba coś zmienić.

Zasadniczo opcje były dwie. Pierwsza, to kupno jakiegoś modemu z obsługą 4G, może używanego i reanimacja istniejącego setupu. No i coś z zasilaniem by trzeba pomyśleć, bo wersja, gdzie modem jest wpięty bezpośrednio w port USB RPi działa, ale nie mieści się w pudełku.

Inna sprawa, że dotychczasowy setup składał się z routera WiFi, switcha niezarządzalnego, i RPi robiącego za router. Kwestia zaszłości historycznych i ewolucji moich routerów, a właściwie systemów robiących przy okazji za router. Bo wiadomo, że miło jest mieć system z Linuksem, jednak w praktyce dawno przestałem z niego korzystać, a cały setup choć niekrytyczny i w zasadzie mało używany, ma wiele elementów ruchomych, które potrafiły sprawiać problemy w najmniej odpowiednich momentach. Oczywiście bohatersko rozwiązywałem wszystkie problemy i nawet była z tego jakaś frajda, ale… po co?

I tu pojawia się opcja druga, czyli kupno routera WiFi, do którego można zapakować kartę SIM. Takie rozwiązanie pozwala wyeliminować stary router WiFi oraz switch. Raspberry Pi staje się opcjonalne, tzn. mógłbym je podłączyć jeśli zechcę używać tego systemu, ale dostęp do internetu jest od niego niezależny. Dodatkowo mógłbym zasilać tylko router – switch i RPi nie są potrzebne. Niby tylko parę W[1], ale switch jest stary, z ciężkim, transformatorowym(?) zasilaczem.

Postanowiłem rozpoznać dostępne opcje i okazało się, że cenowo też nie wychodzi najgorzej, biorąc pod uwagę, że musiałbym kupić modem 4G i jakiś hub USB. W ten sposób, po zapłaceniu 126 zł na Allegro stałem się posiadaczem nowego, tytułowego routera Cudy LT400.

Opakowanie jest dość spore – zdjęcia paczki można zobaczyć w jednym z poprzednich wpisów o opakowaniach. Router wygląda dość typowo, posiada aż cztery, przymocowane na stałe, anteny.

Wady:

  • nietypowe zasilanie 12 V, 1 A
  • brak osobnego portu WAN – łącznie są 4 porty w tym jeden „podwójnego zastosowania”
  • brak możliwości instalacji OpenWrt
  • brak wsparcia dla WiFi 5GHz
  • anteny przymocowane na stałe
  • porty 10/100 Mbps

Jak widać wad całkiem sporo, ale… nie mają większego znaczenia. WiFi 2,4 GHz było poprzednio i wystarczało. Porty 100 Mbps niczego nie zmieniają – stary switch miał tak samo. Zresztą nie kopiuję pomiędzy komputerami większych ilości danych, a wąskim gardłem pozostaje dostęp do internetu przez sieć LTE.

Sprawdziłem, co jest w środku i okazuje się, że:

Linux version 4.4.140 (jenkins@release_server) (gcc version 5.4.0 (LEDE GCC 5.4.0 2.4.15) ) #0 Tue Dec 9 13:06:22 2025

HW: LT400 V2.1  |  FW: 2.4.23-20251209-211127

Czyli mimo braku wsparcia dla OpenWrt, właśnie na nim jest oparty firmware routera. Mam nadzieję, że będzie aktualizowany. A może i pojawi się wsparcie OpenWrt? Choć nie liczę zbytnio na to – zapewne będzie problem z niewolnym firmware modemu LTE.

Jeśli chodzi o zalety, sam sprzęt posiada całkiem sporo funkcji:

  • klient i serwer VPN (wiele protokołów, m.in. openvpn, wireguard)
  • klient DDNS, wsparcie wielu providerów
  • filtrowanie IP i domen (statyczne)
  • wsparcie dla IPv6
  • prosta konfiguracja – w zasadzie wystarczy włożyć kartę SIM i skonfigurować hasła

Są dla mnie równie wirtualne, jak wady. Liczy się tylko stabilność i bezawaryjność, a jak z tym będzie, okaże się za jakiś czas… Niemniej, klient i serwer VPN mnie zaskoczyły – zupełnie się nie spodziewałem. Interfejs przejrzysty, opcje proste. Pewnie zasługa LuCI.

UPDATE: Router jest po krótkim, kilkudniowym chrzcie bojowym. W takim okresie mogę stwierdzić, że jest stabilnie – po prostu działa. Dość mocno świecą niebieskie LEDy. Może być to zaleta. Gdyby komuś przeszkadzało to marker lub taśma klejąca załatwią sprawę.

[1] 2,2 W sam poprzedni router, switch pewnie podobnie, lub więcej. RPi na pewno ponad 3W.