Cmentarna moda

Byłem dziś na grobach. Tak się zastanawiałem trochę nad przemijaniem albo może raczej zmianami. Doszedłem do wniosku, że atmosfera była na cmentarzu inna, niż kiedyś. Może złudzeniem jest, że na cmentarz chodzi teraz mniej ludzi, niż kiedyś? Może to po prostu zasługa późniejszej pory? Za młodu chodziliśmy raczej rano, teraz bywam raczej po południu.

Inne zmiany, które obserwuję to powrót do tradycji, jeśli chodzi o znicze. W pewnym momencie popularne stały się bowiem znicze oparte na LEDach. Szczęśliwie ta moda na produkcję nieklimatycznych elektrośmieci jakby mija. Nie, nie zniknęły zupełnie, ale jest ich znacznie mniej. I coraz częściej są w czerwonych obudowach, co jest znacznie bliższe pomarańczowemu światłu płomienia, niż zimne, niebieskawe światło LED.

Jeśli chodzi o płonące znicze, to już od dawna dominuje wariant zabudowany, odporny na wiatr i deszcz, z wymiennymi wkładami. Niestety, zniknęły praktycznie znicze woskowe, przez co na cmentarzu, mimo bezwietrznej pogody, nie ma już charakterystycznego zapachu. Trochę szkoda, jednak te nowe, olejowe palą się znacznie dłużej, więc raczej nie wróci.

Z niefajnych rzeczy – po zmroku ludzie przyświecają sobie telefonami, zamiast zdać się na blask od zniczy. Nawet na prostych, wyasfaltowanych, suchych alejkach. Doskonale oślepia to idących, którzy tego nie robią, a przy okazji jakby psuje nastrój.

Tak czy inaczej, oceniam, że jest lepiej, niż parę lat temu i warto było się wybrać. Szczególnie, że pogoda wyjątkowo dopisała – było sucho, dość ciepło i bezwietrzenie.

Polski ład?

Trochę mam pecha do tego, co na murach. A może szczęście? W każdym razie mam wrażenie, że jak tylko coś sfotografuję i wrzucę na blog, to zaraz znika. Tak było z nierzucającą się w oczy tabliczką, tak było z napisem pod wiaduktem w Poznaniu. Pora na kolejne zdjęcie.

Słup ogłoszeniowy z napisem: Polski: rozkŁAD nieŁAD ukŁAD Będzie dla was karny zakŁAD
Źrodło: fot. własna, maj 2023

Jeśli dobrze pamiętam, napis na słupie przy ul. Strzeleckiej w Poznaniu pojawił się jakoś za pandemii. Zdjęcie zrobiłem w maju 2023. Nie śledziłem jego losów, ale wydaje mi się, że większość czasu był odsłonięty. Przypomniał mi się, bo ostatnio widziałem go zaklejonego plakatami. Gdyby ktoś pytał – niewyborczymi.

Koniec roweru miejskiego w Poznaniu

Ostatnio kilka razy złapałem się na tym, że potrzebowałem przemieścić się dłuższy kawałek w mieście. Dłuższy pieszo, bo rowerem byłoby jakieś 15-20 minut. Odruchowo rozejrzałem się za rowerem miejskim, który pasowałby idealnie i… nie było.

Nie było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, nawet coś mi świtało, że były jakieś przeboje zimą z nim związane. Liczyłem jednak, że sytuacja się wyprostuje i rowery wrócą. Tak się niestety nie stało. Wcześniej aż tak tego nie odczuwałem, bo czym innym jest dłuższy nawet spacer w sprzyjających warunkach pogodowych, a czym innym w upale.

Rowery były dla mnie lepsze od komunikacji miejskiej w kilku sytuacjach. Pierwsza jest oczywista i bezdyskusyjna: komunikacja miejska jeździ po stałych liniach, rowerem można dojechać wszędzie, dowolną trasą. Przynajmniej w centrum, bo dalej jest się już przywiązanym do stacji. Swoją drogą, niemożność zostawienia roweru poza stacją poza centrum kosztowała mnie trochę nerwów i zaliczyłem przez to parę wtop. Ale w mieście nawet jeśli jakaś komunikacja miejska dociera i do punktu startowego, i docelowego, to przejazd łamańcem z przesiadką bywa czasochłonny.

Podjazd „pod same drzwi” też robił różnice. Jeśli trzeba przejść kilkaset metrów do przystanku i tyleż z niego, to czas podróży wzrasta. Rower miejski robił mi tu robotę – mogłem sprawdzić w appce czy mam rower pod ręką, jeśli tak, podjechać rowerem. Niezależnie od ew. opóźnień komunikacji.

Kolejna sprawa to weekendy i święta. Nawet jeśli jest bezpośrednia komunikacja, to poza dniami roboczymi tramwaje i autobusy jeżdżą rzadziej. Zamiast czekać kwadrans na pojazd można było wziąć rower i przejechać w tym czasie na miejsce.

No i na koniec – elastyczność. Jeśli pogoda była niesprzyjająca rowerowi rano, to mogłem pojechać do pracy komunikacją miejską. A jeśli po południu się poprawiła, to nie musiałem wracać w ten sam sposób – mogłem wziąć rower.

Było miło, ale po 10 latach siskończyło, przynajmniej w Poznaniu. Wygląda, że tyle czasu z nich, z większymi lub mniejszymi przerwami, korzystałem. Głównie komunikacyjnie, zarówno do dojazdów do pracy, jak Szkoda, bo alternatyw nie ma. Hulajnogi elektryczne są drogie i w porównaniu z rowerem miejskim nieekologiczne. W końcu trzeba wytworzyć prąd do ich ładowania. A i sama konstrukcja wygląda na dającą większy ślad węglowy. Jeśli chodzi o użytkowników, to rower zapewniał jakąś dawkę ruchu. Hulajnoga już nie.

Pozostaje przypomnieć stare zdjęcie:

Rowery miejskie Nextbike na stacji w Poznaniu
Rowery miejskie Nextbike w Poznaniu. Źródło: fot. własna.

Mam jeszcze nadzieję, że jednak miasto pójdzie po rozum do głowy i rowery wrócą. Chyba jeszcze jest szansa, bo stacje nie są demontowane, wygląda, że czekają.