Kultura

Na Sesji Linuksowej parokrotnie przewijał się wątek tworzenia wolnego oprogramowania, jego wykorzystania, wynagrodzeń i finansowania. Wykładem, który chyba najbardziej poruszał tematykę kultury open source i finansowania był Ukryte koszty wolności, ale nie był on jedyny.

To, nad czym się zastanawiam to czy faktycznie jest nieprawidłowo? Albo czy mogło być inaczej? I nie chodzi mi tylko o oprogramowanie, ale o tworzenie ogólnie. Jak to ładnie zostało powiedziane na wykładzie, ludzi czasem coś swędzi i wtedy tworzą. Tworzą różne rzeczy: muzykę, poezję, opowiadania, wpisy na blogach, oprogramowanie. Ogólnie: dzieła, czyli kulturę. Ba, nie tylko tworzą, ale udostępniają to innym.

Tworzą i udostępniają często niezależnie od wynagrodzenia. Z powodu tego swędzenia, czyli jakiegoś rodzaju wewnętrznego przymusu, powstają rzeczy, które inni mogą obejrzeć/przeczytać/wykorzystać. Wykorzystać jako pożywkę dla umysłu, czasem także do samodzielnego tworzenia. Przy czym odbiorcy niekoniecznie chcą płacić za te twory. Co jest zrozumiałe z ekonomicznego punktu widzenia – po co płacić więcej, niż to konieczne[1]? Argument jeśli nie będziecie płacić, to nie będzie muzyki/filmów/książek/oprogramowania jest fałszywy. Muzycy, pisarze czy twórcy open source co do zasady[2] i tak zarabiają grosze. Bo i tak tworzą. Jak nie oni, to inni. Jest co czytać, co oglądać, co uruchomić.

To, ile kosztują dzieła i jaki jest model wynagradzania, to inna sprawa. Firmy fonograficzne, wydawnictwa, serwisy streamingowe – owszem, zarabiają. W przypadku open source, zarabiają firmy, które wykorzystują open source. I one płacą twórcom/kontrybutorom, ale znowu, zwykle tylko tyle, ile muszą. Oczywiście, zawsze istnieje niewielka grupa twórców dobrze zarabiających. Nawet za życia[3]. Eksponowanych.

Nie zgadzam się z autorem wykładu, że ten model jest nie do utrzymania. Ten model funkcjonuje od wieków. Kiedyś artyści zbierali do kapelusza, albo, jeśli mieli szczęście, znajdowali mecenasa, który mógł się pochwalić ich dziełami. Dziś pokazanie jednego twórcy, który zarabia miliony dolarów motywuje miliony innych twórców do pracy za dolara. Co oczywiście jest pośrednikom na rękę[4]. Nie zmienia to faktu, że poza gwiazdami jest masa twórców, którzy poziomem artystycznym odbiegają od gwiazd o rzędy wielkości mniej, niż wynagrodzeniem.

Projekty open source nie są tu wyjątkiem. Mamy masę drobnicy tworzonej za darmo oraz większe projekty, które są w praktyce rozwijane przez firmy, według ich zasad i wytycznych. Chętnie korzystających z darmowej pracy chętnych. Masa użytecznych projektów, nie odbiegających aż tak bardzo od dużych, choć czasem mniej złożona, jest niefinansowana. Tworzona/udostępniana w celu podrapania się. Podobnie jak wkład w duże projekty, niejednokrotnie z dużym narzutem po stronie kontrybutora, typu zaznajomienie z wytycznymi w projekcie, analiza i zaakceptowanie Contributor License Agreement itp.

Zasłyszana kiedyś definicja kultury, którą lubię to jest to coś, co się uprawia. I mamy w takim przypadku chyba zawsze dramatyczną dysproporcję w finansowaniu uprawiających kulturę pomiędzy wąskim gronem na szczycie, a całą resztą. W dowolnej formie: sport, książki, film, muzyka, open source. Jeśli komuś udało by się rozwiązać problem finansowania w dowolnym z tych obszarów, to wydaje mi się, że rozwiązanie pasowałoby do wszystkich innych. I w każdym przypadku spotka się ono z oporem dotychczasowych beneficjentów. Pośredników, którzy czerpią zyski z pracy twórców, dostarczając wytwory odbiorcom.

[1] Dowód anegdotyczny: rok temu uruchomiłem możliwość postawienia mi kawy przez odbiorców i wyłączyłem reklamy. I co? I roczny dochód z kawy jest mniejszy, niż miesięczny z reklam. Ten z reklam końcowym okresie, po spadku. To nie jest zachęta do stawiania kawy teraz ani gorzkie żale, to obserwacja rzeczywistości.
[2] W rozumieniu percentyla ludzi, którzy zarabiają wyłącznie z tworzenia i poziomu ich dochodów. Pewnie warto rozciągnąć tu określenie twórcy nieco szerzej, także na wykonawców czy sportowców, stąd tytuł, wyjaśnienie jest dalej w treści.
[3] Tu powinna być lista malarzy, kompozytorów, pisarzy, którzy przytłaczającą większość życia żyli skromnie lub wręcz klepali biedę, a zostali docenieni i zaczęli zarabiać u jego schyłku. Czy wręcz po śmierci.
[4] Tu warto zauważyć, że w obronie praw (czyt: dochodów) twórców nie występują zwykle sami twórcy, tylko pośrednicy. Jeśli są to sami twórcy, to warto poskrobać czy nie ma lobby pośredników pod spodem.

Dwa i pół koncertu

Zaczęło się niewinnie. Na wiosnę – chyba był to marzec – dostaliśmy od znajomego pytanie, czy chcemy zagrać na pewnej wrześniowej imprezie. Były wątpliwości. Po pierwsze, skończyliśmy grać razem ze dwie dekady temu. Po drugie, trochę się rozjechaliśmy po świecie. Po trzecie, pół składu zasadniczo nie udziela się już od wielu lat muzycznie w żaden sposób. Jednak stwierdziliśmy zgodnie, że chcemy zagrać. Przynajmniej spróbować.

Początki były dość przerażające – totalnie nie szło. Przynajmniej mi. Paluchy jak z drewna, nie pamiętałem utworów, a tabulatury tylko częściowo pomagały. Ale szybko okazało się, że sporo rzeczy siedzi w pamięci mięśniowej i szybko udało się przypomnieć utwory. I nawet zaczęło nam granie wychodzić. I sprawiać przyjemność.

Logistycznie był to totalny absurd. Próby były głównie instrumentalne – wokalista miał najdalej, więc pojawił się raptem kilka razy. Spędzałem jakieś 5-6h w podróży, żeby zagrać 2,5-3h. W weekendy granie 5h. Pociągi pochłonęły nieco kasy, ale pewnie i tak nie tyle, ile przeloty wokalisty. Bo właśnie – ćwiczyliśmy w znacznej mierze tylko instrumentalnie. Szczęśliwie były wakacje i wokaliście udało się dotrzeć na parę prób – staraliśmy się dobrze wykorzystać ten czas.

Wiele rzeczy mocno się zmieniło przez te dwie dekady. Łatwość tworzenia i nagrywania muzyki wzrosła niesłychanie. Wyposażenie sali prób jest chyba lepsze niż studia, w którym się kiedyś nagrywaliśmy. Komputer, soft z nagrywaniem ścieżek, mikrofony, odsłuchy „do ucha”[1]… Zresztą, nawet telefon na żywo teraz nagrywa tak, że zespoły zespoły z lat ’90 mogą pozazdrościć, przynajmniej jeśli chodzi o garażowe nagrania.

Wiele rzeczy było nowych, mimo wielu lat grania. I nie mówię o sprzęcie. Ten też jest o niebo lepszy, choć pożyczony. Zagraliśmy pierwszy dziki koncert w dziczy. Łąka, namioty, drewniana wiata pełniąca rolę sceny. Prąd z agregatu. Duże kilkadziesiąt osób, krewni i znajomi królika. Świetna atmosfera na całości imprezy, wieczorem do wyboru zajęcia w podgrupach, ognisko lub jam na scenie. Tak, starzy punkowcy (większość publiczności i zespołów) jamują. Inaczej chyba nie da się tego nazwać.

Zagraliśmy na pierwszej odwołanej imprezie. Znaczy nie zagraliśmy, bo koncert został odwołany. W ostatniej chwili, gdy zespoły – wszystkie trzy – były już w drodze, albo nawet zdążyły dojechać do Poznania. Ze strony organizatorów było to dość żenujące, brak konkretów dla zespołów[2], brak info dla publiczności. Dodatkowo cisza i w necie, i zero info na lokalu. Podobno jacyś ludzie przyjechali jako publiczność i pocałowali klamkę…

Ale ostatecznie zagraliśmy tego dnia! Tyle, że gdzie indziej i niezupełnie koncert. Udało nam się wkręcić do pubu Mustang i zagrać kilka numerów na pożyczonym sprzęcie. Liczę jako pół koncertu.

Zagraliśmy też pierwszy w historii profesjonalny koncert. Czy też: profesjonalny po nowemu, bo przecież z pierwszoligowymi zespołami[3] zdarzało nam się już grać jako support. Czy też: z gwiazdami, wieloma zespołami, rozpiskami, grafikiem co kiedy, podestami technicznymi, garderobami i masą zaangażowanych ludzi. Ciekawe doświadczenie, także pod kątem tego, by zobaczyć jak to wygląda od zaplecza.

Oznaczenie garderoby z nazwami zespołów
Oznaczenie naszej garderoby. Źródło: fot. własna.

Po latach dorobiliśmy się strony zespołu. Trochę ołtarzyk, trochę pamiątka, trochę archiwum, trochę work in progress. Z perspektywy patrząc żałuję, że nie mieliśmy jej wcześniej. Może trochę więcej materiałów by się zachowało? Na razie wersja „na szybko”, uzupełniamy pomału treścią na boku, pewnie za parę tygodni będzie coś więcej.

Czy było warto to wszystko robić? Było! Frajda z grania razem, grania ogólnie – niesamowita. Jest to też pewnego rodzaju domknięcie jeśli chodzi o zespół. Co nie znaczy, że już nigdy nie zagramy – spodobało nam się i jest plan, by spotkać się co jakiś czas i utrzymać się w jako takiej gotowości do grania. Bez ciśnienia na koncertowanie, ale jeśli coś się trafi i termin będzie pasował, to kto wie…

Jednak czuję się spełniony i mogę umierać. Przynajmniej muzycznie.

Opaska z napisem Amfiteatr Stargard
Moja opaska z koncertu 2024

[1] Nie żeby wszyscy korzystali, bo tego się trzeba nauczyć jednak. Czy też: przyzwyczaić.
[2] Szkoda, bo być może dałoby się problem rozwiązać, gdybyśmy wiedzieli o co chodzi.
[3] Nie będę stopniował wielkości zespołów. Jak ktoś wydał normalną płytę i bywa grywany w radio to dla mnie pierwsza liga.

Serial Stranger Things

Gdyby nie Dark, może bym się nie dowiedział o Stranger Things… Oglądając Dark nie znałem Stranger Things, więc trudno mi było zauważyć ew. podobieństwa, o których wspominano w recenzji. Zresztą, po obejrzeniu pierwszego sezonu Stranger Things nadal nie wydawały mi się podobne. Nawiasem, po pierwszym sezonie stwierdziłem, że tyle wystarczy i nie mam ochoty na więcej[1].

https://www.youtube.com/watch?v=wp43OdtAAkM

Czasy się zmieniają, muzyka się zmienia, nawet gusta filmowe się zmieniają[2]. Zacząłem oglądać drugi sezon Stranger Things i… stwierdziłem, że nie jest złe. Może kwestia braku oczekiwań? Bo przy pierwszym sezonie liczyłem na coś podobnego do Dark. W każdym razie oglądam i… jest nieźle. Choć zupełnie inaczej, niż w Dark.

A jeśli chodzi o podobieństwa Dark i Stranger Things:

  • producentem obu jest Netflix,
  • premierę miały w podobnym czasie (odpowiednio 2017 i 2016),
  • aktualnie oba mają na IMDB ocenę 8,7,
  • IMDB poleca Stranger Things na stronie Dark w sekcji more like this (ale w drugą już nie!),
  • bohaterami w obu są dzieci,
  • oba nawiązują do lat ’80-tych,
  • akcja seriali dzieje się w niewielkich miasteczkach,
  • w obu serialach wykorzystano piosenki śpiewane przez wokalistki w latach ’80-tych jako istotny motyw muzyczny.

Tyle znalazłem. Coś jeszcze?

Czy polecam Stranger Things? To trudne pytanie. Jeśli ktoś lubi horrory, nie przeszkadzają mu tanie zabiegi typu budowanie napięcia przez migające światło w ciemnościach[3], jest w stanie zawiesić logikę i nie oczekuje wysublimowanej rozrywki intelektualnej, to jest to całkiem dobry serial, z niezłą dramaturgią i humorem. I mnóstwem nawiązań, jak mi się wydaje[4], choć z racji nieznajomości gatunku nie widzę wszystkich. Jeśli za horrorami nie przepadasz, hmm… nie wyklucza to dobrej zabawy, więc można obejrzeć, choć niekoniecznie całość.

Piszę to po obejrzeniu czwartego – póki co ostatniego – sezonu. Zapowiedziany jest jeszcze ostatni, piąty sezon, który pewnie obejrzę. Raczej z rozpędu, bo wg mnie z sezonu na sezon jest coraz słabiej. Odrobinę, ale jednak.

Jeszcze jedna rzecz, o której nie znalazłem wzmianek na IMDB. Może nadinterpretuję, ale przygody bohaterów kojarzyły mi się z rozgrywką Dungeons & Dragons, gdzie każdy sezon to kampania. Szczegółów nie będzie, bo spoilery, ale jest przynajmniej kilka podobieństw, poczynając od tego, że tworzą drużynę. Spotkałem nawet przypisywanie bohaterom odpowiednich klas postaci. Raczej ciekawostka, bez wpływu na fabułę i mogłem się zasugerować, bo sami bohaterowie jak najbardziej grają w tę grę. Zresztą ilość stron poświęconych przypisywaniu klas D&D bohaterom serialu wydaje się potwierdzać to spostreżenie.

Więc pierwsze dwa sezony[5] warto zobaczyć, żeby wiedzieć, czy Stranger Things nam pasuje i nie mieć braków kulturowych. No i w sumie po dwóch sezonach poznamy też chyba wszystkich głównych bohaterów. Czyli warto przynajmniej zacząć oglądać.

[1] Nie tylko ja tak mam, patrz komentarz Borysa w tym wpisie.
[2] Że tak odwołam się do cytatu z pewnego filmu.
[3] Mnie męczy, tym bardziej, że stosowane nagminnie. Zresztą w ogóle masa zabiegów jest wykorzystywana wielokrotnie.
[4] IMDB potwierdza.
[5] Czemu dwa, a nie jeden? Bo pierwszy jest trochę inny i kończy się… specyficznie. Dopiero drugi pokazuje w pełni z czym będziemy mieli do czynienia.