Liu Cixin

Chiński pisarz Liu Cixin to moje niedawne odkrycie. Uznałem, że warto napisać o nim, bo do w świadomości większości ludzi ma szansę zaistnieć jako pisarz, na podstawie którego Netflix zrobił serial Problem trzech ciał. Na szczęście przeczytałem pierwszy tom książki, nim zacząłem oglądać bo nie wykluczam, że bym się zraził.

Tom pierwszy trylogii, czyli właśnie Problem trzech ciał kupiłem jako ebooka w promocji, gdy zaczęło być głośno o serialu. I trochę odłożyłem lekturę, bo spodziewałem się, że będzie ciężko i obco, bo to chińskie. Nic podobnego, jest trochę chińskiej perspektywy, ale czyta się wartko i jest to dobre SF. W przeciwieństwie do serialu, fabuła książki jest bardziej spójna i lepiej się klei. Gdy oglądałem serial zrobiony przez Netflix, to zastanawiałem się, jak sobie ludzie radzą z ogarnięciem fabuły, zwłaszcza na początku.

Trylogii jeszcze nie skończyłem (został mi ostatni tom), ale przeczytałem prawie wszystko[1], co zostało przetłumaczone na polski. Głównie w zeszłym roku, i mocno za sprawą biblioteki. No dobrze, nie ma tego wiele. Tym bardziej warto spróbować.

Liu Cixin to pisarz, który bierze na warsztat jakiś pomysł i opiera na nim utwór, na zasadzie „co by było, gdyby”. Nie zawsze wszystko do końca trzyma się kupy, ale czyta się przyjemnie, konwencja SF generalnie jest zachowana. Zresztą, widać to nawet w trylogii Wspomnienie o przeszłości Ziemi – to dobra, reprezentatywna pozycja. Ale są też inne.

Pewnie można by mu przypiąć kilka „koników”, typu przetrwanie ludzkości. Ja szczególnie zwróciłem uwagę na grawitację. Bardzo mocno, dość szczegółowo ją uwzględnia, w wielu utworach. A skoro jest grawitacja, to operowanie w skali przynajmniej planety. Lub większej. Ciekawe i… dawno czegoś takiego nie czytałem.

Jeśli spodobała nam się trylogia, to warto sięgnąć po inne pozycje. Może nie będzie lepiej, ale nadal będzie ciekawie, i lepiej zrozumiemy czemu trylogia zawdzięcza swój kształt.

[1] Prawie, bo Erę supernowej zacząłem, utknąłem, a potem musiałem oddać do biblioteki z uwagi na termin.

Krzyk Czarnobyla

Raczej nie piszę o przeczytanych książkach. Ostatnio przeczytałem[1] jednak książkę Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości i uznałem, że zasługuje na wpis. Zacznijmy od tego, że nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nie znałem ani – nieco kontrowersyjnej – autorki, choć noblistka, ani tytułu. Oczywiście sama nazwa Czarnobyl dawała jasną wskazówkę.

Szybko nadrobiłem zaległości na Wikipedii, dowiedziałem się też, że pierwotnie książka została wydana jako Krzyk Czarnobyla. Nadal nie wiem, czy to nie lepszy tytuł. Stąd oczywiście tytuł wpisu.

Zniszczony reaktor w Czarnobylu
Zniszczony blok reaktora w Czarnobylu Zdjęcie autorstwa IAEA Imagebank – 02790015, CC BY-SA 2.0

Książka powstała na podstawie wywiadów z ludźmi i pokazuje awarię (mniej) i jej skutki (bardziej) z perspektywy różnych ludzi, głównie mieszkańców Białorusi. Różnych ludzi. Bardzo różnych. Są rodziny ofiar, są likwidatorzy, osoby, które zostały w strefie, są wysoko postawieni działacze, naukowcy, lekarze… Sporo tzw. zwykłych ludzi.

Czego się dowiedziałem, o czym nie wiedziałem? Przede wszystkim, przed lekturą miałem wrażenie, że skażenie obejmowało strefę powiedzmy małych kilkudziesięciu km i dotyczyło wyłącznie Ukrainy. Tymczasem najbardziej w wyniku skażenia ucierpiała Białoruś (nawet 20% powierzchni kraju).

Kolejna rzecz, o której nie wiedziałem, to fakt, że awaria i jej skutki były zatajane przed ludnością. Nie chodzi tylko o likwidatorów, którzy w prowizorycznych ochraniaczach (albo i bez nich) walczyli z bezpośrednimi skutkami wybuchu. O ile w Polsce poinformowano o awarii i podano ludziom roztwór jodu[2], to w ZSRR tego nie zrobiono. Nawet, gdy były możliwości.

Zupełnym zaskoczeniem była dla mnie liczba ludzi zaangażowanych w skutki usuwania awarii. Myślałem, że mówimy o setkach, może tysiącach…

Jest też trochę szokujących informacji o tym, jak wykonywano plan, czyli siano, sadzono ziemniaki i przetwarzano skażone mięso. Były nawet instrukcje jak postępować przy określonym poziomie skażenia. Jest też o chciwości jednostek – domy ze skażonej strefy były szabrowane, a nawet rozbierane i przewożone w inne miejsca kraju, by je sprzedać. Podobnie samochody. Skoro mowa o chciwości – warto pamiętać, że reaktory RBMK, czyli typu używanego w Czarnobylu, były najbardziej efektywnym typem. Choć też najbardziej niebezpiecznym.

W książce znaleźć można sporo krytyki ZSRR i polityków czy też raczej rządzących. Sporo o działaniach, by się komuś nie narazić, sporo o tak trzeba. W tym o ignorowaniu procedur i braku poszanowania dla ludzkiego życia.

Nie jest to lekka lektura, znaczna część to opisy chorób, śmierci itd. Podczas lektury miałem trochę skojarzeń z pandemią i wrażenie, że niczego się – jako ludzkość – nie nauczyliśmy. Ani na poziomie zachowań pojedynczych ludzi, ani w kwestii przygotowania służb, ani działań na poziomie państwowym, ani informowania społeczeństwa. Podobny jest też podział na przed pandemią i po pandemii, tak jak przed katastrofą i po katastrofie.

Zdecydowanie warto się zapoznać, choć jest to też książka uświadamiająca jak niebezpieczna jest energia jądrowa. I o tym, że mimo zabezpieczeń, różnego rodzaju wypadki będą się zdarzać. Ludzie popełniali, popełniają i będą popełniać błędy.

Niezwiązana z książką informacja, ale: akurat gdy skończyłem lekturę, dotarła do mnie informacja, że w wojnie w Ukrainie została zabita żona pierwszej ofiary awarii w Czarnobylu.

[1] Tak naprawdę przesłuchałem audiobooka w Legimi. Kiedyś rozdawali sporo kodów, a nie zawsze chcę używać oczu i wtedy ich używam.
[2] Możliwe, że w Polsce było to zbędne, ale nie zaszkodziło.

BlogDay 2025

Ludzie przypomnieli, że dziś BlogDay. Wiele lat nie zamieszczałem wpisów z tej okazji i… w sumie dziś też nie będzie takiego wpisu, przynajmniej nie w tradycyjnej, dotychczasowej formie. Tzn. niczego nie będę polecał do czytnika RSS. Zamiast tego może jak to blogowanie wygląda.

Koniec wakacji, nieco nostalgiczny nastrój, kiedyś to było. Czy faktycznie? Postanowiłem zrobić statystykę ilości wpisów zamieszczanych na tym blogu.

Ilość postów na blogu miesięcznie. Zaczyna się od 8 pod koniec 2009, kończy na 2 w sierpniu 2025.
Ilość postów miesięcznie zamieszczanych na blogu. Źródło: opracowanie własne.

Nie ma niespodzianki, jest wyraźny spadek, co widać po linii trendu. Nie jest to do końca uczciwe, jeśli chodzi o moje pisanie, bo piszę nieco więcej, ale… gdzie indziej, na innych zasadach i tylko w trochę podobnej formie. Więc: na blogu – spadek.

A jak wygląda moje czytanie blogów? Cóż, pojawiają się jakieś nowe blogi, ale czytam raczej to, co wieki temu. Jak zajrzycie do starych polecanek z okazji BlogDay albo na Planetę Joggera, to znajdziecie większość blogów, które regularnie czytam. Część po prostu awansowała z mam w czytniku na regularnie zaglądam.

Zmienił się mój sposób czytania. Rzadziej korzystam z czytnika RSS do czytania blogów dla przyjemności, choć nadal pełni funkcję zakładek. Obecnie użytkowo pełni on bardziej funkcję agregatora newsów z portali. O nowych wpisach dowiaduję się raczej z Planety Joggera, social media lub po prostu wchodzę co jakiś czas na stronę. Nawiasem, jeśli piszecie bloga bloga, to warto dodać powiadomienia o nowych wpisach na socjale. RSSy trochę zdechły, mamy trochę natłok informacji, warto się dostosować, żeby dotrzeć do czytelników.

Co jeszcze? Pewnie pojawi się – który to już raz – stwierdzenie, że blogi umierają. To półprawda. Tzn. tak, część umiera. Ale także powstają nowe. I – podobnie jak kiedyś – wiele z nowych zniknie po paru latach. Tylko coraz bardziej mam wrażenie, że nic nowego i zawsze tak było.

Jeśli macie coś ciekawego do polecenia, zachęcam do napisania stosownych wpisów na swoich blogach.