Poznańskie Targi Piwne

W tym roku pierwszy raz w życiu wylądowałem na Poznańskich Targach Piwnych. Jakoś nigdy nie miałem parcia i zawsze wolałem iść do pubu, gdzie wybór piw pewnie mniejszy, ale nadal duży, niż na imprezę typu targi, która kojarzy mi się z halą i kolejkami.

Niesłusznie. Kolejki owszem, były, atmosfera hali również, ale… nie przeszkadza to aż tak bardzo. Wybór browarów i piw faktycznie imponujący, a zawsze miło napić się dobrego piwa w dobrym towarzystwie.

Wstęp na jeden dzień to 20 zł i w ramach wstępu otrzymujemy… wstęp. Nawet bez talonu na jakieś piwo, czyli tak trochę smutno. Do wersji dwudniowej (35 zł) dodawana jest szklanka, niestety 0,5 l. Niestety w ramach wstępu nie było żadnej „mapy” z opisem browarów, więc startowaliśmy po omacku, rozdarci między nowymi browarami, których nazwy nic nam nie mówiły, a tymi, które znamy. Nie był to może duży problem, ale na początku odczuwaliśmy zgodnie głód czegoś do poczytania. Zdecydowanie jest pole do poprawy, można dać i „mapę” stoisk wraz z opisem browarów, i małe (0,25-0,3 l) szklanki do wszystkich pakietów, żeby nie generować tony plastikowych śmieci.

Kolejny minus – ceny piw. W większości stoisk były co prawda porcje 100 ml, ale po 5 zł. Typowa cena za 0,5 l to 13 zł, czyli nadal porównywalnie z pubem, więc wybór był prosty. Szczęśliwie byliśmy grupą i szybko opracowaliśmy system, że kupujemy duże piwa, a każdy ma mały kubeczek do degustacji. Może źle rozumiem ideę targów, ale zakładam, że chodzi o promocję wyrobów, czyli dominować powinny małe porcje w niskich cenach (3 zł za 100 ml brzmi dobrze). Niektóre browary sprzedawały co prawda zestawy bodajże sześciu próbek na tekturowej tacce z otworami. Pomysł niezły, choć nie unikamy plastiku. Niestety ponownie cena nie zachęcała.

Poza piwem było także jedzenie z foodtrucków w przyległej hali, więc jeśli ktoś zgłodniał, to mógł coś przegryźć, a nawet miał spory wybór. Warunki zdecydowanie sprzyjające dłuższej biesiadzie.

Były też dwie dodatkowe atrakcje. Reklamowane ze sceny „badanie jajek”, czyli profilaktyka raka jąder. W jednym ze stoisk można było wykonać badanie. Ostatecznie niestety się nie wybraliśmy, ale pomysł dobry.

Kolejna atrakcja to bieg Piwna mila. O biegu dowiedziałem się zbyt późno (czytaj: po fakcie), a szkoda. Komponuje się z bieganiem, którego ostatnio u mnie więcej (notka wkrótce), więc pobiegłbym. For fun, nie na czas, rzecz jasna. W końcu mila nie dystans…

Browarowych odkryć nie było – dwa browary ugruntowały sobie u mnie dobrą opinię, kolejne dwa zdobyły status godne uwagi. Czas spędzony miło i ogólnie, mimo wymienionych wyżej drobnych minusów, imprezę oceniam wysoko i zdecydowanie postaram się nie przegapić jej za rok.

Owsianka zwykła

Poprzednio było o owsiance proteinowej. Szukałem – nadal gotowej – alternatywy i nie sposób w sklepie nie zauważyć, że producent ma w ofercie także zwykłą owsiankę o nazwie Owsianka z ranka[1]. Cena to jakieś 1,69 zł. Większy wybór smaków, ale z testowanych nadal wygrywa malina z białą czekoladą. To dobrze, będzie łatwiej porównać. Tym razem skład wygląda następująco:

Składniki: 72,9% płatki owsiane, 10,5% cukier puder trzcinowy, 8% mleko w proszku odtłuszczone, 4% kawałki białej czekolady (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, emuglator: lecytyny), 3,5% kawałki malin liofizowany, aromaty, tapioka.


składnik masa [g]cena [zł]udział [%]masa w porcji [g]ilość porcji w opak.koszt w porcji [zł]
płatki owsiane5002,9974,0048,1010,400,29
czekolada biała1004,004,002,6038,460,10
mleko w pr. Odtł.2509,888,005,2048,080,21
cukier puder trzcin5005,3910,506,8373,260,07
maliny lio.5025,703,502,2821,981,17
suman.d47,9610065n.d1,84

Lekko oszukałem w tabeli – brakowało mi 100%, więc dosypałem płatków, a cenę białej czekolady wziąłem na oko, bo Piotr i Paweł przez internet nie miał, a nie będę kupował tabliczki czekolady na Allegro – na pewno będzie w najbliższym sklepie.

Jak widać, jeśli chodzi o koszty, to tego wariantu zupełnie nie opłaca się robić samemu, przynajmniej nie w takim wygodnym wariancie z zamawianiem przez net – wyjdzie drożej, niż gotowiec. Jedyne na czym można oszczędzić, to mniej śmieci w postaci plastikowych kubeczków.

Niestety, ta wersja mniej mi pasuje niż proteinowa. Rozważam dosypywanie mleka w proszku lub WPC, albo zupełnie DIY. Tak czy inaczej, jak już znajdę idealny wariant, co raczej nieprędko nastąpi, to opiszę.

[1] Geniusz marketingu to wymyślał. Tendencja do ubezdźwięczniania się kłania…

Niedoszły reverse engineering owsianki proteinowej

Czasem jest tak, że polubię jakiś produkt. Tak było z owsianką proteinową Vitanella dostępną w Biedronce. 65g suchego produktu, sprzedawanego w plastikowym kubeczku za 2,99 zł, który wystarczy zalać gorącą wodą i za chwilę mamy porcję owsianki. Owsianka kojarzyła mi się zawsze z jedzeniem dla dzieci, a w domu zupy mleczne itp. raczej nie były popularne. Ten produkt jednak mi przypasował – lekkie syte jedzenie, idealne np. przed bieganiem. Zacząłem kupować[1].

Po pewnym czasie stwierdziłem, że 2,99 zł to może nie majątek, ale ciekawe ile kosztowałoby mnie wyprodukowanie takiej owsianki samodzielnie. Tym bardziej, że dostępna owsianka miała jeszcze dwie wady. Po pierwsze, jak smak malinowy mi pasuje, tak czekoladowy zdecydowanie nie, a innych smaków AFAIK brak. Gdybym robił samodzielnie, mógłbym łatwo modyfikować i robić inne smaki.

Po drugie, niezupełnie pasuje mi plastikowy kubeczek, który owszem, można wykorzystać do roślin, lub łatwo oddzielić plastik i papier i stosownie posortować śmieci, ale… po co je w ogóle generować? Równie dobrze mógłbym użyć ceramicznego kubka w domu, a następnie go umyć, nie generując plastikowych odpadów.

Składniki są podane na opakowaniu, udział procentowy RWS białka, węglowodanów, tłuszczu – również. Udział procentowy składowych w 100g danego składnika łatwo znaleźć. Układ równań i… gotowe. Przynajmniej taki był plan. Okazało się bowiem, że producent wprost podaje (zaczął podawać? zawsze było i nie zauważyłem? – nie wiem) udział procentowy składników na opakowaniu. Cytując:

Składniki: 49,9% płatki owsiane, 20,5% koncentrat białek mlecznych, 17% mleko w proszku odtłuszczone, cukier puder trzcinowy (cukier trzcinowy, tapioka), 4% kawałki liofizowanych malin, aromaty.

Z ciekawego wyzwania i tytułowego reverse engineeringu pozostało ustalenie ceny składników i proste przeliczenie w arkuszu kalkulacyjnym. Wpis zamieszczę, bo ciekawie jest zobaczyć ceny po latach. Nie chodziło mi o najniższe możliwe ceny, bardziej po prostu o oszacowanie, ile będzie kosztowało przygotowanie tego w domu, ale w maksymalnie zbliżonym wariancie. Za ceny przyjąłem ceny z internetowego sklepu Piotr i Paweł (łatwo wyszukać, spory wybór). W przypadku produktów, których tam nie znalazłem i których totalnie nie kojarzę ze sklepów stacjonarnych, przyjąłem ceny z Allegro, z dostawą (paczkomat lub coś podobnego), bo tak pewnie bym kupował. Tabelka poniżej:

składnik masa [g]cena [zł]udział [%]masa w porcji [g]ilość porcji w opak.koszt w porcji [zł]
płatki owsiane5002,9949,9032,4415,420,19
WPC70032,4020,5013,3352,530,62
mleko w pr. Odtł.2509,8817,0011,0522,620,44
cukier puder trzcin5005,398,605,5989,450,06
maliny lio.5025,704,002,6019,231,34
suman.d76,3610065n.d2,64

Samodzielne przygotowanie kosztuje jak widać 2,362,64 zł. Ku mojemu zaskoczeniu głównym kosztem nie okazało się WPC, tylko maliny. I to po zmianie malin z opakowania 30 g na 50 g – w tym pierwszym wariancie wychodziło IIRC 1,8 zł/porcja . Licząc jeszcze inaczej – gdyby kupić 1 kg płatków, na składniki wydamy ok. 80 zł i będziemy w stanie przygotować niecałe 20 porcji (ograniczą nas maliny), co da ok. 4 zł/porcja. Zdecydowanie taniej kupić gotowca.

Sytuacja rzecz jasna może się zmienić, jeśli zrezygnujemy z malin na rzecz innego składnika. Ale o tym następnym razem…

[1] Dla jasności – wpis nie jest pisany na zlecenie i nie otrzymuję za niego wynagrodzenia. Po prostu mi zasmakowało. 🙂

UPDATE: Czy można zrobić błąd w prostych obliczeniach w arkuszu? Ano można. Wystarczy pomylić wiersze w formule… Zaktualizowana wersja tabeli.

ENEA i papierowe druki przelewu

Mój dostawca energii, ENEA, przysyła mi co pewien czas pocztą rachunek. Składa się on z trzech kartek A4. Na pierwszej jest zestawienie zużycia energii, na drugiej faktura, na trzeciej druk przelewu, taki do opłacenia na poczcie. Dotychczas nie zwracałem na to specjalnej uwagi, ale ostatnio się zastanowiłem, że dla tej ostatniej kartki mam jedno zastosowanie: niezadrukowana połowa (A5) służy mi do szybkich podręcznych notatek, a drugą część wyrzucam, bo przelewu za prąd inaczej niż elektronicznie nie zdarzyło mi się płacić.

Ponieważ i tak mam notesy, stwierdziłem, że zapytam się czy i jak można zrezygnować ze zbędnego mi druku przelewu, czyli bezsensownego generowania śmieci. Napisałem maila i szybko dostałem odpowiedź: nie da się, przynajmniej nie w tej formie, w której chcę. Można albo przejść na faktury elektroniczne, albo dostawać komplet.

Trochę dziwi mnie brak parcia na faktury elektroniczne. Wydaje mi się, że nie było na ten temat nawet żadnej informacji w przesyłanych materiałach, o zachęcie finansowej nie wspomnę. Za to wymagane jest założenie konta w eBOK (w siedmiu prostych krokach) i złożenie wniosku o fakturę elektroniczną (w czterech prostych krokach). W zamian stracę możliwość opłacania faktur i kontrolowania rachunków przez dowolną osobę z gospodarstwa domowego, bo zapewne adres mailowy do wysyłki faktury można podać tylko jeden…

O ulotkach

Zasadniczo ulotki spotykam w trzech wariantach rozdawnictwa. Pierwszy, czyli wkładane do skrzynki pocztowej, drugi, czyli leżące i czekające, aż ktoś je weźmie i trzeci, czyli rozdawane na ulicy.

Wariant pierwszy wkurza. Zapchane skrzynki, ulotki walające się po klatce (bo nie każdy chce nosić makulaturę do domu – sporo ludzi woli zostawić je przy skrzynkach na listy), zgubione ważniejsze przesyłki (zwykle awizo, które przykleja się do gazetki z marketu). Zdecydowanie nie lubię, chociaż nie ukrywam, że niektóre gazetki promocyjne przeglądam. Ale generalnie jest to generowanie śmieci. No i jeszcze roznoszący potrafią dzwonić domofonem nie w porę (nie, nie wpuszczam, jeśli na mnie trafią).

Wariant drugi, czyli ulotki leżące i czekające, aż ktoś je weźmie to mój ulubiony wariant. Kojarzą mi się z poczekalnią u dentysty. Jeśli są sensownie umieszczone, w zapobiegającym rozsypywaniu się stojaczku, to nawet lubię. Można – ale nie trzeba – zerknąć, po przeczytaniu można odłożyć, albo zachować, jeśli trafi się coś interesującego.

I na koniec powód, dla którego powstał wpis, czyli od ulotki rozdawane na ulicy. Niedawno spotkałem się z argumentem, że ludzie biorą ulotki, żeby pomóc rozdającym. Zupełnie tego argumentu nie kupuję. Dla mnie to bezsensowne generowanie śmieci. Dlatego nie biorę ulotek na ulicy, jeśli nie wiem, czego dotyczą lub mnie nie interesują.

Najchętniej chciałbym, żeby rozdający ulotki był takim „interaktywnym stojakiem” – najpierw niech poinformuje (w sposób dowolny, może mieć choćby napisane na koszulce), o co w ogóle chodzi chodzi (sorry, szkoły policealne mnie nie interesują) i jeśli będę zainteresowany, to wezmę ulotkę. I na miejscu reklamodawcy wolałbym zapłacić rozdającym więcej i mieć pewność, że ulotki trafią do zainteresowanych, niż zrobić z nich proxy między drukarnią a wyrzucającymi ulotki do śmieci. W końcu druk ulotek też kosztuje. Ale przede wszystkim chodzi o śmieci zalegające miasto. A to komuś wypadnie, a to nie uda się do śmietnika wrzucić, a to wiatr ze śmietnika wywieje…