Yerba mate bez glutenu

Parę dni temu przyjrzałem się opakowaniu yerba mate (niebieska Amanda). Przeczytałem te napisy drobnym drukiem, których zwykle się nie czyta, podobnie jak nie czyta się napisów na herbacie czy kawie. I okazuje się, że yerba mate to prawdziwie hipsterski napój. I jak na taki przysatło miała napisane libre de gluten, że nie zawiera glutenu, zanim było to modne. Nie wszystkie niebieskie Amandy tak mają. Jednak ale bez problemu udało mi się znaleźć na którejś aukcji Allegro, więc nie jest to jakiś wyjątek:

Yerba mate Amanda niebieska

Źródło: http://allegro.pl/yerba-mate-amanda-despalada-moc-500g-i6830646228.html

I na wypadek, gdyby napis nie był widoczny, powiększenie stosownego fragmentu dotyczącego glutenu w yerba mate:

Yerba mate libre de gluten

Dlaczego wyłączyłem reklamy AdSense?

Z niewiadomych dla mnie powodów sporą popularność zyskał ten artykuł nt. wyłączenia reklam AdSense. Sprawdziłem fakty i niemal dwa lata temu pisałem o odchudzaniu bloga, w tym o wyłączeniu reklam Google. Przeczytałem jeszcze raz, skonfrontowałem z ww. artykułem i stwierdziłem, że warto dodać parę słów.

We wpisie poruszyłem tylko jeden aspekt – niskie zarobki. Tak niskie, że trudno tu mówić o zarobkach – tu polecam artykuł, bo ja zupełnie niekomercyjnie i amatorsko podchodziłem do tematu. Ale powodów było tak naprawdę więcej i uważam Google AdSense za bardzo słaby produkt. Po pierwsze, notoryczne problemy z pojawianiem się reklam w językach innych, niż polski i ew. angielski. Jeśli nawet nie robią detekcji języka, to deklaracja języka jest jasna czy to w samym HTML, czy w Google webmaster tools. O ile „międzynarodowy” angielski jeszcze bym od czasu do czasu zrozumiał, to notorycznie pojawiały się języki takie jak niemiecki, turecki czy jakieś skandynawskie. Nie pomagało ani blokowanie reklam, ani dostawców. Czyli z mojego widzenia wyświetlane były śmieci.

Druga sprawa, to niedostosowane tematycznie reklamy połączone z brakiem jakiegokolwiek uczenia się, których kategorii nie chcę widzieć na blogu. Oczywiście można wybrać kategorie wrażliwe. Jednak nawet przy wyłączeniu wszystkich notorycznie pojawiały się na blogu preparaty na łysienie itp. paramedyczne atrakcje. Jawnie zablokować tego nie sposób, przy blokowaniu pojedynczych żadna korelacja nie jest stosowana. Czyli znowu śmieci.

Kolejna sprawa to reklamy wprowadzające w błąd. Przede wszystkim chodzi o reklamy krzyczące na urządzeniach mobilnych o tym, że na urządzeniu są wirusy. Raczej nie widziałem tego u siebie, ale widać to zwykle na urządzeniach mobilnych, a tak raczej nie zdarzało mi się oglądać bloga. Natomiast temat znam zarówno z innych stron, jak i aplikacji ze sklepu Play. Zupełnie nie wiem, czemu nie jest to blokowane na wejściu globalnie. Żeby było weselej, chyba korzystał z tego któryś bardziej znany producent antywirusa. Albo po prostu domena była podobna… Problem jest taki, że ktoś to w końcu kliknie (mi się zdarzyło) i zainstaluje jakiś syf na telefonie. Czy to świadomie, czy nieświadomie…

Z punktu widzenia Google, na krótką metę, nie ma znaczenia, czy reklamy wyświetlają z sensem, czy bez sensu. Bardziej opłaca im się wyświetlić reklamę zupełnie niedopasowaną, niż nic nie wyświetlić. Jeśli nikt nie kliknie, to nie płacą, jeśli ktoś kliknie, nawet przez pomyłkę to zarabiają. A że Internet wygląda coraz bardziej jak zawalone bez ładu i składu reklamami polskie miasta? Nie ich problem…

Monitoring w pracy

Nadzór w pracy istnieje od zawsze. Jakby nie było, jest to jedna z funkcji kadry kierowniczej. Zastanawiałem się ostatnio, jak to wygląda obecnie, co się zmieniło. O tym, że coraz więcej zakładów ma zamontowane kamery powszechnie wiadomo. Zresztą rejestratory video staniały i spowszedniały na tyle, że spora część znajomych ma je zamontowane w samochodach czy na rowerach. Opinie na ich temat w miejscach pracy są różne, część pracowników jest (była?) zdecydowanie niechętna, ale IMO tak naprawdę wszystko zależy, jak są wykorzystywane i umieszczone. Pracuję w miejscu, gdzie są kamery i raz mi osobiście jako pracownikowi się przydały.

Sprawa trywialna, coś z laptopem i dyskiem było. Kumpel przyniósł czyjegoś służbowego lapka, ja wyjąłem z niego dysk, podłączyłem do kieszeni, IIRC zrobiłem diagnostykę, wkręciłem dysk z powrotem, oddaję lapka. No i przychodzi kumpel, pokazuje zdjętą zaślepkę, pusto, i pyta „a gdzie dysk?”. Szukamy. Tak całkiem pewien, że go wsadziłem z powrotem to nie byłem, bo raczej odruchowo działałem, więc sprawdzam biurko, szuflady. Jak się tak rozglądam, to jestem coraz bardziej przekonany, że włożyłem z powrotem. Kumpel upiera się, że dostał ode mnie, otworzył i było pusto. Zgrzyt.

No to wzięliśmy nagranie z rejestratora. I widać jak wyjmuję, podłączam do kieszeni, wkładam z powrotem, przykręcam. Kumpel obraca lapka tak, jak jest na kamerze i pokazuje pustą dziurę po lewej. Patrzymy w monitor, wkręcam po prawej. WTF? Patrzymy na lapka i w śmiech. Ano tak, laptop był 17″ i miał dwa sloty na dysk, ale to zupełnie nie przyszło nam do głowy.

Tak czy inaczej, nagrania z kamer są dość dokładne (no dobrze, zależy od kamery i ustawień jeszcze), ale raczej trudno je analizować automatycznie. Forma strawna dla komputera to raczej osoba, timestamp, określenie miejsca. Oczywiście da się zrobić, bo pozycjonować można choćby smartfona (i aktywnie, przy pomocy aplikacji na smartfonie, i pasywnie, z wifi), no ale nie każdy pracownik w zakładzie musi mieć smartfona, włączonego, z wifi itd.

Niedawno dostałem namiar na stronę https://www.autoid.pl/ czyli dostawcy systemów do automatycznego… praktycznie wszystkiego – identyfikacji osób, przedmiotów, pojazdów itp. i dostałem odpowiedź na moje pytanie, jak można w sposób łatwo przetwarzalny komputerowo monitorować miejsce przebywania pracownika w firmie. Technologia opiera się na RDIF, które mogą służyć nie tylko do jako karty dostępu do drzwi (de facto standard w firmach, kto nie ma karty?), ale w wersji „dalekiego zasięgu” (do 12 m)  mogą być odczytywane bez przykładania do czytnika. Wygląda na prostsze i tańsze od smartfona u pracownika, prawda?

Producent podpowiada nawet sposoby umieszczenia – zaszycie w ubraniu roboczym, oraz jako karta. No i w tym momencie można automatycznie sprawdzić… wszystko. Na przykład to, czy dany pracownik pracuje na swoim stanowisku, czy siedzi i flirtuje z sekretarką. Z których pomieszczeń korzysta. Albo jak często wychodzi do toalety.

Uczucia, podobnie jak w przypadku kamer mam mieszane. Oczywiście wyobrażam sobie nadużycia ze strony pracodawcy z wykorzystaniem tego typu technologii, ale… nie dajmy się zwariować. Równie dobrze może wykorzystywać tego typu rozwiązania do optymalizacji rozmieszczenia narzędzi/pomieszczeń… Tworzący prawo będą mieli kolejny trudny orzech do zgryzienia.

Czyli klasyczne: narzędzia nie determinują wykorzystania. Pozostało życzyć wszystkim normalnych AKA ludzkich pracodawców, którzy rozsądnie korzystają z narzędzi. I pracowników, których nie trzeba kontrolować na każdym kroku.