Świebodzin

Do Świebodzina nie mam daleko, a jak coś jest największe na świecie, to kusi, żeby zobaczyć, tym bardziej, że relatywnie blisko. Nic dziwnego, że korzystając z weekendu postanowiliśmy wybrać się zobaczyć największy na świecie pomnik Jezusa[1]. Oczywiście jako jedyna atrakcja wycieczki to za mało, ale o tym kiedy indziej. Dojazd do pomnika, a w zasadzie oznakowanie jest fatalne i bez mapy/nawigacji nie podchodź. Co prawda pomnik widać już dojeżdżając do Świebodzina, ale spodziewałbym się jakichś drogowskazów w samym mieście. Nic z tego. No i w ogóle pomnik jest lekko poza miastem, więc lepiej wjechać bez zagłębiania się w miasto.

Ostatecznie zatrzymałem się na parkingu Tesco, które znajduje się nieopodal. Niby jest parking przy pomniku, ale droga w budowie i jak już byłem w Tesco, to kierowali zupełnie nie tam, gdzie bym chciał. Część aut przedzierała się na dedykowany parking drogą gruntową, niektórzy jakoś trafili drogą normalną, choć w budowie (da się). Niemniej, Tesco ratuje sytuację, zwłaszcza, że nadkłada się raptem kilkadziesiąt metrów.

Sam pomnik nie wygląda źle. Spotkałem się z opinią, że jest wykonany topornie. Faktycznie, porównując ze zdjęciami „konkurencji” z Rio i Limy, jest bardziej surowy, ale jeśli ogląda się na żywo, to nie razi w żaden sposób. Rażą – przynajmniej mnie – piorunochrony, umiejscowione na głowie i rękach. Widać je na zdjęciach, ale zdecydowanie bardziej rzucają się w oczy na żywo. „Konkurencja” chyba tego nie ma, przynajmniej na zdjęciach nie widzę.

Natomiast spodziewałem się czegoś… większego. Nie wiem jak to możliwe, ale z daleka, w kontekście miasta,  sprawia większe wrażenie. Prawdopodobnie chodzi o to, że stoi sam, na dużym terenie. Nie to, że jest mały, ale niedosyt pozostał.

Natomiast o ile sam pomnik stoi i wygląda nieźle, to reszta jest w budowie i dominuje prowizorka. Barierki wokół pomnika, schodki, dojazd, o którym wspominałem – wszystko tymczasowe (mam nadzieję!). Obok przyklejone budy z żarciem, parasolami i ławami, a pamiątki sprzedawane z dość obskurnego kontenera w stylu budowlanych. Wspominałem też o odsłoniętym terenie (słońce, upał), to dorzucę brak ławek. Absolutny brak ławek. Znaczy są te przy budach z żarciem i dwie na krzyż do modlenia się przed jakąś tablicą. Dodatkowo te przy budach oznaczone tu wolno palić[2], a wszystkie na słońcu. Czyli nic, gdzie można usiąść w spokoju z dziećmi, zjeść własny prowiant i odpocząć w cieniu. Znaczy kawałek murka i cienia zawsze się znajdzie, tylko jednak wolałbym coś bardziej cywilizowanego coś innego.

Ale jest szansa, że to się zmieni, bo drzewka posadzone, a cały kompleks ma charakter wybitnie rozwojowy. Pewnie ławeczki też kiedyś dołożą. Na razie budowane są stacje itp. obiekty religijne. Stawiam, że też nie są ukończone, bo nie mają podpisów (ale ja się nie znam).

W każdym razie jeśli ktoś chce polować na zdjęcie z samolotem (smugi kondensacyjne wychodzące z ręki), to nie ma w tej chwili łatwo. Natomiast okazje jak najbardziej są, ba, miałem idealną sytuację, tylko… akurat aparatu nie miałem przy sobie. Zresztą, jeśli chodzi o zabawne zdjęcia, to warto zwrócić uwagę na tablicę „teren zabudowany” na wjeździe do Świebodzina. Miałem zrobić zdjęcie na powrocie, ale oczywiście wracaliśmy inną trasą[3].

Podsumowując: w tej chwili można sobie zaplanować postój na jakieś pół godziny, żeby obejrzeć, ale jak ktoś nie przybywa ze względów religijnych, to raczej się zawiedzie[4]. Wycieczka kilkadziesiąt km tylko w celu obejrzenia pomnika to zdecydowany overkill.

PS. Zdjęcia może będą, jak sczytam i nie zapomnę. W sumie jest sporo na necie (patrz linki).

[1] Jak donosi Wikipedia, pełna nazwa to Figura Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Skromniutko i bez patosu.

[2] Chyba, że było odwrotnie i z upału mi się pomieszało, w co wątpię. Pomysł pozwalania na palenie w bezpośrednim sąsiedztwie jedzących i jedynych ławek w okolicy uważam za beznadziejny. Może dlatego, że ogólnie nie lubię dymu na powietrzu. Tak, zdecydowanie bardziej toleruję dym w zamkniętym pomieszczeniu.

[3] Google Images ratuje sytuację: Świebodzin tablica.

[4] Specem od religii nie jestem, ale w sumie powodów religijnych też zbytnio nie widzę. Takich nie na siłę, znaczy.

Upał

Przejście z jesieni w lato było dość gwałtowne w tym roku. Co prawda wiosna, i to ciepła przyszła już dawno, ale niedawno zrobiło się zimno, pochmurno i w ogóle nieciekawie. Ale od paru dni w Poznaniu zrobiło się lato pełną gębą, z temperaturami rzędu 30 C. Sporo i mocno odczuwalne, z uwagi na gwałtowność zmiany.

Zmiany temperatury o dziwo dotknęły też mojego NAS opartego o Raspberry Pi. Piszę o dziwo, bo w sumie stoi blisko grzejnika i myślałem, że głównie zimą będzie tam gorąco. O ile 40 C na dysku (samo rpi mnie mało interesuje, dopóki się nie wiesza itp.) zostało przekroczone już dawno, to do tej pory utrzymywało się 41-42 C. No chyba, że pojemnik został czymś przykryty, co się zdarzyło raz czy dwa, ale można uznać za nieistotne odstępstwo od normy. Natomiast odkąd zaczęły się upały, dysk zgłaszał cały czas temperatury 44-45 C. Nawet i 46 się zdarzyło, a tak przecież nie mogło zostać. Tym bardziej, że bliźniak leżący luzem (OK, inna lokalizacja) ma w tej chwili 35 C, a 46 to jego życiowy rekord.

Postanowiłem machnąć ręką na uptime (nie, nie zbieram i generalnie nie zwracam uwagi, ale nie lubię wyłączać sprzętu) i dorobić otwory. Z poprzednich sześciu otworów wylotowych u góry obudowy (po 3 sztuki na dwóch ściankach) zrobiło się… 20 (po 5 na każdej ściance). Dodatkowo dorobiłem po 3 sztuki otworów wlotowych w dolnej części ścianek. Mam wrażenie, że filcowe nóżki są jednak trochę za niskie. Zobaczę, czy to coś pomoże… Jeśli nie, to będzie trzeba pomyśleć o jakimś separatorze pomiędzy rpi a kieszenią z dyskiem i może o podwyższeniu nóżek. W sumie w odwrotnej kolejności, bo wpływ podwyższenia nóżek łatwo przetestować prowizorycznie podkładając choćby dwa ołówki. 😉

Przy okazji, skoro już było wyłączenie z prądu, skorzystałem z watomierza i sprawdziłem, ile prądu bierze Raspberry Pi. No, w zasadzie cały zestaw, bo samego rpi nie mierzyłem. Więc hub USB + rpi + dysk 2,5″ biorą u mnie przy normalnym działaniu 5,2W. Przy obciążeniu CPU (prosty Perl) wzrasta to do 5,9W. Najbardziej obciążające jest kopiowanie na dysku USB z partycją NTFS – typowo 7,3W, maksymalnie 8W.

Na wybory

Trochę po fakcie wpis, bo dziś był ostatni dzień, kiedy można było skorzystać z tej formy uzyskania prawa do głosowania poza miejscem stałego zameldowania. Albo jakoś umknęło to mojej uwadze gdy pracowałem w komisjach, albo nie było takiej możliwości kiedyś, ale – poza pobraniem zaświadczenia w miejscu stałego zameldowania (na co jest jeszcze czas do 23. maja), które uprawnia do głosowania w dowolnej komisji wyborczej w kraju, jest jeszcze jedna opcja.

Można pójść do urzędu miejskiego (lub odpowiednika) w miejscu, gdzie będziemy przebywać w dniu głosowania i złożyć wniosek o dopisanie do listy spisu wyborców. Wiąże się to ze wskazaniem konkretnego obwodu wyborczego, ale dzięki temu nie ma potrzeby przemieszczania się w dniu roboczym do miejsca stałego zameldowania, więc opcja raczej tańsza i mniej czasochłonna dla studentów itp.

Więc dziś odbyłem wyprawę celem dopisania do listy. Urząd Miejski w Poznaniu przygotowany bardzo dobrze. W informacji wiedzą o co chodzi, dają wniosek i numerek. Od pobrania karty do załatwienia wszystkiego jakieś dziesięć minut. Z wypełnieniem karty i wprowadzeniem danych do komputera. Czyli sprawnie i ku zadowoleniu obywatela.

Oczywiście nie znaczy to, że jestem jakoś zdecydowany na kogo głosować (na pewno łatwo o mój głos negatywny np. upychając wyborczy spam w mojej skrzynce na listy, wysyłając wyborcze maile czy nie daj $DEITY – SMSy), czy nawet, czy w ogóle chcę na kogoś głosować. Ale uważam, że nawet jeśli się nie głosuje, to z głową, czyli żeby był ślad.

W ogóle, to przypomniało mi to zdarzenie, że muszę dokończyć legalizację mojego pobytu. Bo podatki owszem, przeniosłem, ale stały meldunek pozostał. Może po wakacjach – sporo dokumentów do wymiany i instytucji do powiadomienia…

Więcej o głosowaniu poza miejscem zamieszkania.