Opakowania

Gdy robię zakupy online, to raczej nie przywiązuję wagi do opakowania. Po pierwsze, nie ono jest najważniejsze – interesuje mnie kupiony towar, czyli zawartość. Po drugie, niespecjalnie mam na nie wpływ. To od sprzedawcy zależy, jak zapakuje towar. Ostatnio jednak robiłem trochę zakupów, które skłoniły mnie do pewnej obserwacji.

Jeśli chodzi o opakowania i ochronę towaru, to naprawdę słabe doświadczenie miałem tylko raz. Zakup wentylatora pionowego na Allegro, zapakowanego w pojedynczy karton. Kurier dostarczył połamany. Sprzedawca stwierdził, że to częste zjawisko i zaproponował wysłanie kolejnego, zapakowanego tak samo. Ponieważ niespecjalnie interesuje mnie generowanie odpadów, to wybrałem zwrot pieniędzy (bez problemu). Wentylator kupiłem w Lidlu, też online. Zapakowali w… podwójny karton, co tworzyło całkiem solidną konstrukcję.

Ale chodzi o coś innego. Ostatnio kupiłem parę rzeczy na Amazonie. Mam kupiony Prime, w sumie co prawda bardziej do filmów, ale ponieważ Allegro darmową dostawę ze Smart daje dopiero od wyższej kwoty, to w praktyce drobiazgi z Amazon wychodzą taniej. To, co zwraca uwagę przy zakupach z Amazona, to sposób pakowania. Jest minimalistyczne i ekologiczne. Może kwestia zamawianych rzeczy, ale praktycznie zawsze jest to tylko kartonowa koperta od Amazon. Wystarczy oderwać niezbyt mocno, choć pewnie trzymającą się naklejkę oraz pasek z klejem od zamknięcia i można wrzucać do makulatury. Oczywiście czasem sam towar ma jeszcze własne, fabryczne opakowanie – to już kwestia producenta.

Kolejnym etapem jest Allegro i większość sklepów online. Tu króluje folia bąbelkowa plus karton. Czasem, przy większych przesyłkach, dodatkowo jest jeszcze stretch, ale folię bąbelkową spotkamy nawet przy drobiazgach. Jeśli nie oddzielną, to w formie koperty bąbelkowej. Z takiej koperty trudno zerwać naklejkę. Przy większych przesyłkach często w ogóle nie ma naklejki, tylko kieszonka z folii przyklejona bardzo mocno do przesyłki, z włożoną kartką z adresem. Zwykle dodatkowo użyta jest gdzieś taśma samoprzylepna przezroczysta lub brązowa. Czyli jest to pakowane podobnie jak zrobiłbym to ja, nie mając żadnego doświadczenia, pakuję przesyłki.

Teoretycznie w przypadku koperty bąbelkowej można oddzielić folię od papieru, ale jest to trudne. A część z łączeniem zawsze jest trwałym połączeniem obu materiałów. Czasem – raczej w sklepach online, nie na Allegro – spotykam worek foliowy do którego jest włożony towar.

Paczka z Allegro. Czarny stretch z naklejką.
Typowa paczka z Allegro, zakup od firmy. Źródło: fot. własna.
Paczka z Allegro. Widoczny karton po odsłonięciu stretchu.
Typowa paczka z Allegro, zakup od firmy – odsłonięta folia. Źródło: fot. własna.

Ostatni rodzaj opakowania to chińskie koperty bąbelkowe, znane z zakupów na Aliexpress. Dziwny twór z trudnego do sklasyfikowania materiału, z czymś na kształt folii bąbelkowej wewnątrz. Naklejki nieusuwalne, bąbelki trwale połączone z wierzchnią częścią koperty. Wg mnie niesortowalne w żaden sposób, w żadnej części i tylko do odpadów zmieszanych się nadaje. Wg mnie najmniej ekologiczne.

Zastanawiam się, ile czasu zajmie pozostałym dotarcie do poziomu Amazon. Pamiętam, że Allegro nawet przy zakupach we własnym sklepie stosowało zwykłe kartony. Z wypełnieniem. Bo często kartony były o wiele za duże w stosunku do zamawianych przedmiotów. Nie wiem czy jest tak nadal – dawno ze sklepu Allegro nic nie zamawiałem.

Zastanawiam się też na ile na opakowanie zwracają kupujący. Ja tylko tyle, że po wielu latach zakupów online powstał ten wpis. Jak pisałem, uważam, że wpływu nie mam, a i zakupów online nie robię aż tak dużo, żeby to miało jakieś istotne znaczenie. Jednak ziarnko do ziarnka…

HTC-1 skócona instrukcja

Kontynuując tradycję zamieszczania instrukcji, z okazji tego, że musiałem wymienić baterię i jak zwykle nie pamiętałem jak ustawić czas, tym razem instrukcja do HTC-1.

Co to w ogóle jest HTC-1? Jest to tani zegarek LCD przeznaczony do użytku wewnętrznego, z funkcją pomiaru wilgotności i temperatury. Zasilany jest jedną baterią AAA[1], na której działa długo. Nie posiada żadnej łączności zdalnej, czyli nie sczytamy sobie wskazań do komputera. Ot, po prostu wyświetla godzinę, temperaturę i wilgotność. Posiada także alarm, ale z niego nie korzystam. Zgaduję, że nazwa HTC-1 pochodzi od humidity, temperature, clock.

O ile wskazania zegarka są OK, przynajmniej w moim egzemplarzu, to temperaturę pokazuje tylko z grubsza poprawnie. O wilgotności lepiej w ogóle nie wspominać[2]. No ale w zastosowaniu łazienkowym, czyli wyświetleniu czasu i przy okazji sugestii, czy dogrzać lub przewietrzyć pomieszczenie, jest OK, więc działa od lat.

Baterie wymienia się rzadko, ale – jak pisałem na wstępie – zawsze zapominam, jak ustawić datę i godzinę, zatem dla pamięci:

Ustawianie daty i godziny oraz trybu wyświetlania czasu (12/24h) na HTC-1

Korzystamy tylko z dwóch przycisków: MODE oraz ADJ.

  • Przytrzymujemy przycisk MODE przez 2 sekundy, aż cyfry zaczną migać.
  • Używamy przycisku ADJ aby zmienić wartość.
  • Kolejne krótkie naciśnięcie MODE przenosi do ustawiania kolejnej pozycji.
  • Ostatnie naciśnięcie MODE powoduje powrót do wyświetlenia zegara i normalnego działania.

Ustawianie alarmu w HTC-1

Alarm w HTC-1 ustawiamy analogicznie. Jedyna różnica jest taka, że najpierw przechodzimy w tryb alarmu raz krótko naciskając przycisk MODE.

Zupełne włączenie i wyłączenie alarmu osiągniemy poprzez naciskanie przycisku ADJ w trybie alarmu.

Źródło: HTC-1 instructions.

[1] Akumulator AAA działa równie dobrze i tak właśnie korzystam.
[2] Porównania w firmie, gdzie było suche powietrze. Profesjonalne mierniki miały wskazania inne, szybciej i zbieżne między sobą.

Browsergate

Skoro jest strona, to sprawa jest poważna, prawda? Coraz głośniej robi się o aferze ochrzczonej Browsergate. Zaczyna się od LinkedIn Is Illegally Searching Your Computer. Czyli grubo. Ale czy słusznie?

Wydaje mi się, że autorzy trochę wyolbrzymiają. Co się dzieje technicznie? Na stronie LinkedIn jest javascript, którego zadaniem jest zebranie informacji o zainstalowanych rozszerzeniach w Chome[1]. Jest to robione przy pomocy paru technik. Najważniejsza z nich opiera się o predefiniowaną listę rozszerzeń i obecnych w nich plików. Skrypt próbował czytać kolejne pliki i – w przypadku sukcesu – zapamiętywał informację, że dane rozszerzenie jest obecne (i aktywne). Tak zebrane informacje były wysyłane do właściciela LinkedIn, czyli Microsoftu. Nie ma natomiast mowy o przeszukiwaniu komputera, co sugeruje nagłówek autorów znaleziska. Aktywność jest ograniczona do plików rozszerzeń.

Autorzy znaleziska argumentują, że za sprawą rozszerzeń w przeglądarce można określić przekonania polityczne, religijne, zdrowotne i dotyczące zatrudnienia. Jestem w stanie się zgodzić, że w specyficznych przypadkach[2] faktycznie da się określić je z wysokim prawdopodobieństwem. I – ponieważ użytkownik jest zalogowany – skorelować z konkretną osobą.

Zatem oburzenie na Microsoft jest słuszne. Czemu jednak jest ograniczone tylko do tej jednej firmy, a Google i twórcy rozszerzeń są tu pominięci? Cała technika możliwa jest tylko dlatego, że przeglądarka Google, podobnie jak wszystkie pochodne Chromium, stosują stałe lokalne identyfikatory rozszerzeń. Nie jest to żadna tajemnica. Nie jest to też norma wśród przeglądarek. Firefox na przykład stosuje losowe identyfikatory lokalne. Takie działanie uniemożliwia stronie próbę odczytu znanego pliku z rozszerzenia, więc technika nie zadziała.

Dodatkowo, twórcy rozszerzenia muszą w manifeście jawnie zezwolić stronie[3] na dostęp do plików przy pomocy dyrektywy web_accessible_resources. Ładny opis, łącznie z tym, że Chrome nie ma losowych identyfikatorów znajdziemy na stronie Mozilli.

Czemu nie ma oburzenia na twórców Chromium, którzy nie randomizują lokalnych ID rozszerzeń? Ani na samych twórców rozszerzeń pozwalających na ustalenie wrażliwych danych, że pozwalają na czytanie plików rozszerzenia stronom[4]? No i w końcu zastanawia mnie, czy to jedyna strona, która tak działa?

Sama funkcjonalność odczytu plików rozszerzeń nie jest nowa i była znana wielu osobom (tak, znałem). Zastosowanie jest… interesujące. Mi masowe skanowanie rozszerzeń nie przyszło do głowy. Może dlatego, że nie mam zastosowania dla tych danych? Czy za sprawą Browsergate będzie mała rewolucja w świecie rozszerzeń i podejściu do prywatności? Zobaczymy.

[1] Tak naprawdę w pochodnych Chromium.
[2] Wymieniają te przypadki i są to konkretne rozszerzenia, których obecność Microsoft celowo sprawdza.
[3] Lub stronom, możliwe wildcardy.
[4] No dobrze, nie zawsze może dać się uniknąć dostępu do plików, zapewne zależy od tego, co dane rozszerzenie robi.