Czytnik RSS vs newsreader.

Właśnie odpaliłem newsreader, żeby poczytać o wątek na polipie o TP-IX i PL-IX (w sumie wyniknął ładny skandalik, a przynajmniej jest news w sieciowym światku) i uświadomiłem sobie, że z newsów praktycznie już nie korzystam, a kiedyś był to mój podstawowy sposób komunikacji ze światem. A jednak newsreader to najwygodniejsze narzędzie do czytania grup news – WWW nie zbliża się nawet do niego, nawet tylko do odczytu.

Nadal szukam porządnego graficznego newsreadera – bardzo podobało mi się Knode z KDE 3.5 (miało chyba wszystkie potrzebne funkcje i fajny look & feel), ale odkąd pożegnałem się z KDE, nie bardzo chcę je instalować – ciągnie to za sobą serwer MySQL (jako zależność od akonadi-server), którego nie mam życzenia widzieć na moim desktopie. Ludzie polecili Pan – byłby fajny, ale jakiś taki mało konfigurowalny jak dla mnie jest – nie widzę jak w prosty sposób wyświetlić wszystkie nagłówki, nie widzę jak wyłączyć emotikony…

Na pierwszy rzut oka ciekawie wygląda XPN, ale trochę wolny jest (przy większych operacjach typu wyszukiwanie grupy czy jej dodawanie). I trochę drażni domyślne wątkowanie (pozostały default całkiem dobrze). W sumie podobny do Pana, ale jakby bardziej konfigurowalny – zdecydowanie dostaje szansę, bo Pan to jednak nie to, czego szukam.

Ale nie o tym miało być – newsy umarły. Postów znacznie mniej, nowych ludzi praktycznie nie ma (tak, zaglądam, a tam w ogromnej większości znajome nicki sprzed kilku lat). Mało kto z tego korzysta, nowych użytkowników niemal w ogóle nie ma… Faktem jest, po co komu skomplikowane NNTP, skoro są fora internetowe (brr, niewygodne), mamy od cholery μblogów, zwykłych blogów, Facebook, Google Wave itp. Wszystko bardziej elastyczne, otagowane, dostępne od ręki… Internet na tyle szybki i dostępny cały czas, że narzut nie przeszkadza, ba nawet lepiej, że zdjęcie (raczej teledysk) jest osadzone w treści…

Z kolei funkcję szybkiego dostępu w trybie tylko odczyt przejęły IMO RSSy różnej maści. Złapałem się na tym, że pomyliłem przez sekundę Pan z Liferea. W pierwszym w dużej kolumnie po lewej lista grup, w drugim – kanałów RSS, u góry po prawej w pierwszym lista wątków,  drugim – tytuły wpisów. W obu przypadkach po prawej u dołu treść posta/wpisu. Praktycznie to samo. Jedyne co różni programy, to podejście – newsreadery są bardziej zorientowane na funkcjonalność, a czytniki RSS bardziej na wygląd. No i newsreadery są niezbyt rozwijane, niestety.

Tak czy inaczej – korzysta się z tego podobnie (w trybie read only, w sumie pisanie w newsreaderach zawsze było wydzielone i zewnętrzne – odpal jakiś (zewnętrzny) edytor i wyślij gotowy post. W RSS przydałby się scorefile i regexpy.

Najbardziej mi się marzy program (a raczej serwis) typu integracja wszystkiego z wszystkim. Integracja kanałów RSS (zwł. komentarze na blogach), dodawania komentarzy pod wpisami, czytania news (z wątku łatwo można kanał RSS zrobić), postowania na newsy, μblogi… Wszystko z transportami, czyli możemy pisać i czytać dowolne rzeczy przez jabber/GG/maila/stronę/whatever. I rozbudowane filtry/score (per osoba, IP, regexp w treści, itd.). I wcale nie jest to takie niemożliwe do napisania – większość narzędzi daje albo API, albo obsługę maila, albo RSS. Wystarczy dorobić dodatkową warstwę abstrakcji na wejściach i wyjściach i gotowe. 😉

Szybki test Freenetu.

Jakoś tak się złożyło, że wpis Zala przypomniał, że zarzuciłem zabawę z Gnunetem (którego po prostu nie udało mi się w 5 minut na czuja uruchomić). Postanowiłem przyjrzeć się Freenetowi, który powinien być prostszy i popularniejszy. I którego do tej pory skreślałem ze względu na Javę.

Z prototą bym nie przesadzał – nie wiadomo, który plik wybrać (a w Debianie nie ma tego pakietu). Na stronie projektu plików do pobrania jest wiele, nie wiadomo, która wersja jest stabilna. Ostatecznie podążam dosłownie za wytycznymi z przykładu, tym bardziej, że liczba pobrań też jest największa.

Instalator brzydki, ale instaluje bez problemu. Z niefajnych rzeczy – bez pytania dodaje usługę Freenet do uruchomienia po reboocie.

@reboot   "/home/rozie/programs/Freenet/run.sh" start 2>&1 >/dev/null #FREENET AUTOSTART - 8888

Irytujące, szczególnie, że może warto wyrzucić na osobnego usera. Oczywiście, przeniesienie nie jest problemem, ale IMHO powinien zapytać, czy może dodać wpis. Na zakończenie drobny fail – pisze An uninstaller program has been created in: (tak, potem pustka). Brak informacji o tym, czy demon zostaje automatycznie włączony (tak, zostaje). Niezły wizard.

Prywatność. Widać, że twórcy dbają o prywatność w sieci – użytkownik proszony jest o korzystanie z oddzielnej przeglądarki do łączenia z demonem Freenetu. Jak najbardziej zasadne, bo w przypadku wspólnej przeglądarki nie będzie żadnego problemu z wywołaniem zwykłego URLa ze strony freenetowej, co w połączeniu z dostępem do ciasteczek itd. jest oczywistą metodą pozbawienia anonimowości. Tylko zwiedzam, więc olewam i poprzestaję na wywaleniu ciasteczek (w tym flashowych), ale jak najbardziej zasadne.

Następnie określa, na ile zależy mu na ochronie przed rządem, ISP oraz (wybieram opennet i normal)… osobami określonymi jako przyjaciele. Domyślnie mają oni (lub malware na ich komputerach) sporą możliwość naruszenia prywatności (wybieram high). Kolejne pytanie jest o pliki tymczasowe i pobrane. Do wyboru 4 poziomy zabezpieczenia, w tym takie, które wyglądają na bezpieczne (oczywiście jeśli nie ma błędów w implementacji/backdoorów) nawet bez szyfrowanego systemu plików/katalogu. Najbardziej paranoidalny tryb oznacza trzymanie klucza tylko w pamięci (do testu wystarczy normal), czyli dane tracone są bezpowrotnie chwilę po wyłączeniu maszyny (modulo wejście na swap, modulo bruteforce). Na koniec testu wybieram 5GB przestrzeni dyskowej do wykorzystania.

No i tu zaczyna się jazda. Zużycie procesora (PIII 1 GHz) utrzymuje się od tego momentu na ok. 40-50%, a pamięci RAM na 8,7% (z 1GB) i rośnie (maksymalnie widziałem 20%). Program pozwala ustawić limit RAM – domyślny limit RAM to u mnie 192 MB. W praktyce oznacza to, że procesor nie ma wytchnienia i będzie się włączał wiatrak. Do not like. Wychodzi, że łącze 32 KB powinienem wybrać, co czynię.

Szybkość działania jest tragiczna. Nawet prostą wiki otwierał długo. Kolejna rzecz, którą sprawdzam (i która otwiera się nieco szybciej, ale skojarzenia z modemem i wczesnym dzwonieniem na 0202122 silnie wskazane) to Freenet TEXTlink Index. Tu zdziwienie. Nawet sporo linków jest po polsku. Nie wiem na ile to zbieg okoliczności, a na ile odwzorowanie stanu faktycznego. Tematycznie dominuje metatematyka (tu: wolność, libertarianizm, linki freenetowe) oraz polityka i… chrześcijaństwo (zwł. polskie strony), które często pod politykę podpada. Bliższe przyjrzenie się treści i okazuje się, że śmierdzi trupem – większość stron aktualizowana w 2008, 2010 to święto. Do testowania pobierania plików nie dotarłem – skoro wolniejsze, niż wbudowane strony, to nie chcę nawet sobie tego wyobrażać.

W sumie nie wypada to za ciekawie. Bawiłem się około godziny – możliwe, że potem zużycie procesora spadnie (pobierał do lokalnego cache dane cały czas i szyfrował je), a prędkość wzrośnie, ale IMHO cały projekt dla hobbystów. W zwykłym użytkowaniu Tor znacznie szybszy, bardziej użyteczny (dostęp do wszystkich treści, nie tylko wydzielonego, osobnego skrawka Internetu), choć mniej bezpieczny i trochę inne zastosowanie, jednak.

Deinstalacja: katalog Uninstaller w głównym katalogu programu Freenet i java -jar uninstaller.jar Działa ładnie, usuwa wpis z crona i cały katalog. I w sumie to jedyny element programu, do którego nie mam zastrzeżeń.

Broadband?

Jak się mają możliwości oferowane przez oprogramowanie do parametrów łącz? Operatorzy kuszą megabitami 1 – 2 – 6 (to pisałem jakieś pół roku czy rok temu, teraz należy dodać 25-100 i w końcu nowość ostatnich dni czyli gigabit w Dialogu), a co tak naprawdę można zrobić z tymi łączami we współczesnym świecie?

Coraz popularniejsze stają się rozwiązania oferujące zdalny dostęp do zasobów w domu. Bierzemy laptopa/netbooka na wyjazd, przyjeżdżamy na miejsce (oczywiście posiadające dostęp do sieci, jakże by inaczej), chcemy posłuchać muzyki. Nie ma potrzeby zabierania ze sobą płyt CD, nie ma potrzeby taszczenia dysków twardych w kieszeniach, selekcji muzyki przed wyjazdem, żeby zmieściła się na niewielki dysk w netbooku czy jeszcze mniejszy w playerze, wystarczy podłączyć się do zdalnego zasobu w domu (rozwiązań jest wiele). Prawda?

Nieprawda. Albo, precyzyjniej, niekoniecznie prawda. Większość dostawców w ofercie 0,5-2 Mbps daje jedynie 256 kbps uploadu. Czyli jest szansa, że mp3 192 kbit jeszcze zadziałają, ale z czymkolwiek wyżej może być problem (z kolei jeśli ktoś ma NAS w domu i chce trzymać kolekcję w mp3, to raczej nie będzie jej ripował niżej niż do 256 kbit, zakładając, że w ogóle w mp3 – a nie np. flac – będzie trzymał). Owszem, można zwiększać cache, można stosować lepsze algorytmy kompresji, ale to są półśrodki – nadal nie ma bezpośredniego, na żywo, dostępu do zasobów zdalnych. I to przy założeniu, że nikt inny nie korzysta jednocześnie z zasobów na tej maszynie…

Można stosować obejścia w stylu Dropboksa, ale powraca temat konieczności wcześniejszej selekcji udostępnianych zasobów z powodu niewielkiej ilości miejsca.

Ostatecznie można postawić demona, który przekoduje flac/mp3 320 kbit na np. mp3 128 kbit tylko… po co? Po pierwsze, niekoniecznie będzie to proste do zrobienia na sprzęcie pod NAS, po drugie, nawet jeśli ktoś ma tam Linuksa (lub podobnie elastyczny system) to niekoniecznie sprzęt się wyrobi. No i strata jakości i rzeźba trochę, jakby nie patrzeć (TBH nie kojarzę gotowca, pewnie sam użyłbym – jak zwykle – mpd lokalnie + sshfs via fuse do podmontowania zdalnych zasobów w takiej sytuacji).

Ale nie tylko muzyką człowiek żyje. Dodajmy do tego choćby inne ficzery z Opery Unite i robi się całkiem niewesoło. Jednoczesne odsłuchiwanie muzyki i przeglądnie zdjęć? Hostowanie stronek na domowym WWW? Nie przejdzie. Nie na uploadzie 256 czy 512 kbps, a taki jest biedny standard u większości operatorów.

Potem jest niewiele lepiej. Owszem, przy abonamentach rzędu 25 Mbps upload rośnie, ale nadal w sposób daleki do proporcjonalnego w stosunku do downloadu. Co oznacza, że np. wysłanie zdjęć czy maila na łączu 2-4 Mbps (pewnie 512 kbps upload) i 25 Mbps upload (1-2 Mbps) będzie tylko dwa razy wolniejsze.

Do czego zmierzam? Do tego, że wszyscy pomijają parametr uploadu w ofercie. Gdzieś jakoś idzie się do tego dostać, ale większość operatorów nie zamieszcza tej informacji w widocznym miejscu. W końcu co innego powiedzieć „łącze 2 Mbit”, a co innego „łącze 2 Mbit/256 kbit”. Także UKE w porównaniu ofert BSA (sorry za niebezpośredni link, ale na stronie UKE ciężko go odnaleźć) całkowicie pomija upload. A tymczasem w praktyce 2 Mbit/256 kbit wcale niekoniecznie musi być lepsze od 1,5 Mbit/512 kbit. Osobiście wolałbym to drugie łącze.

Oczywiście, jeśli ktoś tylko pobiera pliki i z rzadka wyśle małego emaila, to szybszy upload jest mu generalnie niepotrzebny. Natomiast wszędzie tam, gdzie wchodzi udostępnianie zasobów na zewnątrz, staje się on krytyczny. Ciekawe kiedy prędkość łącza zaczniemy mierzyć prędkością uploadu…