Koniec konta w dyndns.com

Usługa dyndns w dyndns.com – czyli chyba najpopularniejszego dyndns w ogóle; pamiętam, że nawet w niektórych routerach w swoim czasie był wbudowany i to w firmware producenta – od dawna zmierzała do tego, by być płatną. A to skończyły się rejestracje nowych darmowych kont, a to wprowadzono wymóg korzystania z kont, a to – ostatecznie – wymóg logowania się przez WWW raz na miesiąc.

Ponieważ aż cały miesiąc na zalogowanie był, to stwierdziłem, że zawsze zdążę. Tym bardziej, że przysyłali powiadomienia parę dni wcześniej. I wystarczyło kliknąć linka. Więc nawet nie ustawiłem crona, który sam by się logował – w końcu link taki wygodny… O koncie płatnym nie myślałem – 15 dolców na rok to trochę dużo jak za „zamień zmienne IP na coś możliwego do zapamiętania”. Jakąś dotację co łaska (np. via Flattr) pewnie bym rzucił, ale tak z góry narzucona opłata – niekoniecznie, tym bardziej, że mogę sobie odpalić własny zastępnik w jakieś 30 minut. No ale nie lubię takich rzeźb i wolę coś, co jest wspierane szerzej i ma już infrastrukturę.

Dziś stwierdziłem, że nie mogę się zalogować. Błąd rozwiązywania nazwy. Hm, bywa, może awaria. Potem coś mnie tknęło. Sprawdziłem maile. Tak jest. 30.10 dostałem przypomnienie. Oczywiście zostało oznaczone jako spam przez providera poczty, w programie pocztowym, a pewnie i podświadomie angielski tytuł sklasyfikowałem jako spam.

W każdym razie nie mam już konta na dyndns.com. W zamian wybrałem no-ip.com. Też zasłużony w temacie serwis, też zdaje się był na routerach SOHO wspierany. I też mocno zmierzający w stronę komercji, ale nie przejmuję się – rejestracja tego typu serwisu plus setup to dosłownie 5 minut. No i w końcu uruchomiłem też dyndns na moim OpenWrt.

Niezbyt łatwo znaleźć przykłady konfiguracji ddclient dla no-ip.com (choć jest trywialna, a protokół noip wbudowany), więc:

cat /etc/ddclient.conf
pid=/var/run/ddclient.pid
protocol=noip
use=if, if=ppp0
login=login
password=haslo
domena.no-ip.biz

Wersja dla Dockstara z PPPoE, publiczny IP na ppp0.

PS Wpisu by nie było, ale ładnie wpisuje się w trend „używałem tego od lat, a teraz zamknęli„.

UPDATE Z tym ddclientt to pochwaliłem za wcześnie. Nie tylko nadal występuje coś, co miało miejsce od dawna, czyli obecność wiszących procesów ddclient, ale – co gorsza – przyrastają w zastraszającym tempie. Load 30 na biednym routerku był dziś za ich przyczyną. Ledwo zdołałem ubić. Sam ddclient okazał się skryptem w Perlu (przychodzi mi na myśl taki rozwinięty smsender.pl), a rozwiązanie jest proste – nie korzystam już z demonizacji, tylko wywołuję co 10 minut z crona. Okazało się, że ma jakiś problem z cache, a konkretnie z odczytem wartości z niego. Rozwiązanie wygląda tak (po wyłączeniu demonizacji w /etc/default/ddclient):

*/10 * * * * /bin/rm /var/cache/ddclient/ddclient.cache; /usr/sbin/ddclient -quiet > /dev/null

Wiem, dirty hack. Ostatnio mam niestety tendencję do tego. Przyznam, że myślałem w pierwszej chwili o cyklicznym killowaniu procesów ddclient.

UPDATE: Wygląda, że albo z tym wyłączaniem usług to ściema, albo coś im nie poszło – dostaję kolejne maile z linkami, których kliknięcie aktywuje konto. Nie sprawdzałem działania, ale wygląda, że mogę dodawać kolejne hosty i normalnie dalej korzystać za free. Raczej ciekawostka, bom już przeniesiony.

Zombie blogerzy

Blox się rozpędził i obok BlogDay zrobił klona, czyli Zombie Days. Trochę gęsto z tym polecaniem się robi, ale każda okazja jest dobra (tu: by czyjegoś bloga polecić). A że formuła niezobowiązująca, może parę blogów, które nie załapałyby się (dobra, dobra, nie wiadomo) na BlogDay. A poza tym, BlogDay dopiero za rok.

Zmiętoszony kajecik neurotyka – Siwa pisze o różnych rzeczach, ale zawsze ciekawie. Nie wiem, czy już nie jest zombie, bo ostatnio zawstydzała znacznie młodszą lekarkę opowieściami o swoim hasaniu po górach, ale nieśmiało kąsam.

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu – Zuzanka zamieszcza między innymi recenzje książek, poza tym często fajne foty i sporo o krótszych i dłuższych wycieczkach po Wielkopolsce w ogólności, a Poznaniu w szczególności.

Wycinki technologicznej rzeczywistości – Monter ma niewiele czasu, jest trochę dinozaurem (brak internetu w telefonie i parę nawyków) i pisze o technologii, Internecie, Linuksie… Zombie teraz!

Wiersze z Google – świat po apokalipsie spowodowanej przez zombie nie musi być światem bez poezji. Google ma już na to rozwiązanie (choć niekoniecznie o nim wie). Bardzo meta.

Zaufana Trzecia Strona – z tego bloga można dowiedzieć się o zagrożeniach bezpieczeństwa komputerowego. Wyróżniają go starannie napisane teksty i własne testy (i teksty).

Wszystkie ww. blogi są raczej często aktualizowane, więc polecam dodanie do czytnika RSS.

Klawiatura do tableta

Nie pamiętam na którym blogu znalazłem informację, że tablet z etui z klawiaturą to jest to, ale zwróciłem uwagę, że tak naprawdę najbardziej drażni mnie brak klawiatury. O ile przy przeglądaniu sieci nie ma to znaczenia, o tyle nie wyobrażam sobie pisania komentarza dłuższego niż jedno czy dwa zdania bez niej. Podobnie cokolwiek na SSH – nie podejmuję się klikać bez fizycznych klawiszy.

Popatrzyłem i wyszło, że etui z klawiaturą kosztuje z 30 zł, a dodatkowo, poza klawiaturą jest etui, które trochę chroni tablet (mniej istotne) i pozwala na jego lepsze ułożenie na kolanach (bardziej istotne) czy postawienie tabletu na biurku – całkiem ciekawe i wygodne – patrzenie się w leżący na płask tablet to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

Nie mam złudzeń co do jakości wytworu za 30 zł, ale stwierdziłem, że na początek się nada. Tym bardziej, że klawiatura 7″ budzi moje wspomnienia z korzystania ze służbowego netbooka i prawie wymiarowej klawiatury. Nie są to dobre wspomnienia. Nadal jednak lepsze to, niż klikanie na klawiaturze ekranowej czy mówienie do tabletu, które podobno działa całkiem nieźle, ale rodzina gotowa pomyśleć, że całkiem mi odbiło z wiekiem. Więc kupiłem, model AK207,  jak na zdjęciu poniżej (źródło aukcja Allegro na której kupiłem, nie linkuję, bo zaraz zniknie i tak, a w to, że wystawiający jest autorem zdjęć jakoś nie wierzę).

Etui z klawiaturą do tableta

Po otworzeniu przesyłki pierwszy WTF – pełnowymiarowe gniazdo USB. Takiego to w tablecie nie mam. Ale przypomniałem sobie o jakichś dodatkowych kabelkach, które leżą w pudełku. Bingo. Kabelek ma potrzebną dziurkę, a klawiatura działa.

I tu drugi WTF. Nie ma – obecnego w cywilizowanych wytworach klawiaturopodobnych z którymi miałem do czynienia do tej pory – klawisza Alt po prawej stronie spacji. Co więcej, nie znalazłem informacji, jak wprowadzać polskie znaki. Mój Android (4.x od myTab) dla urządzenia fizycznego oferuje wiele egzotycznych układów klawiatury, ale nie ma wśród nich języka polskiego.

Zapowiada się albo pisanie po polskawemu, albo zabawa z dokumentacją, albo poszukiwanie aplikacji (będzie się trzeba w Play zarejestrować…), czyli fun na kółkach (liczę, że coś podpowiecie). I pomyśleć, że w Linuksie w najgorszym razie musiałbym wyedytować plik tekstowy. No ale Android jest łatwy i przyjazny. 😉