Instrukcje były niejasne

Czasem na LinkedIn, z którego coraz mniej korzystam, pojawi się ciekawa dyskusja[1]. Zaczęło się od LLMów i stwierdzenia, że AI nie umie dotrzymać tajemnicy, każdy model LLM w końcu ujawni coś, czego nie powinien. Trochę wzięło mnie na filozofowanie i szukanie analogii, efektem jest myśl, którą parę osób uznało za trafną/interesującą, więc, żeby nie zginęła, niech będzie i tu.

Generalnie większość ludzi jest zgodna, że faktycznie tak jest i LLMy „ciekną” sekrety. Trochę zeszło na no ale tu wyraźne instrukcje były, żeby tego nie robił. Czyli klasyczne, że nie LLMy się nie nadają do danego zastosowania, tylko, a może zły prompt, a może zły model, a może tory złe…

Widzę to nieco inaczej, a różnica jest fundamentalna. Podobnie jak w LLMy nie kłamią trzeba przestać traktować LLMy jak maszyny deterministyczn czy myślące. W zamian trzeba cały czas pamiętać, że pod spodem jest to jednak złożony, ale proces stochastyczny.

Dlatego instrukcje, które dajemy LLMom nie są przepisem na ciasto, który zostanie odtworzony przez człowieka. Nie są algorytmem/programem, który zostanie wykonany precyzyjnie w określony, zawsze taki sam sposób, jak ma to miejsce w tradycyjnych programach. Czyli nie są dla „odbiorcy”, czyli modelu LLM ścisłą instrukcją, choć wydaje nam się, że są.

Czym zatem są? Wydaje mi się, że najbliższą analogią, którą znamy z życia są… przykazania religijne. Wg twórcy są precyzyjne, nie ma problemu z ich przestrzeganiem i powinny być przestrzegane. W praktyce jest z tym różnie. Mogą być różnie zrozumiane, zinterpretowane, czy wreszcie po prostu zignorowane. Nawet jeśli większość wyznawców ich przestrzega, to znajdą się przypadki, gdy nie są przestrzegane. Analogicznie zachowują się LLMy. Co któreś uruchomienie, w odpowiednich okolicznościach, znajdzie się taka instancja LLMa, która „złamie”[2] otrzymane instrukcje. I według mnie należy to po prostu przyjąć jako cechę rozwiązań opartych o LLMy.

[1] Bo ważne jest, z kim się rozmawia, nie gdzie.
[2] Cudzysłów, bo złamanie oznaczałoby konieczność zrozumienia, co nie zachodzi.

Rok przestępny

Dawno nie włączałem radia. RNŚ w tym wypadku. I właśnie wczoraj rano w radio RNŚ posłuchałem audycji. Trafiłem nieco w środek wątku o tym, czy bieżący rok jest przestępny, czy nie jest. No i słyszę z ust prowadzącego, że rok nie jest przestępny, bo dwadzieścia sześć nie dzieli się przez cztery. Ale gdyby się dzieliło, to by był przestępny. WTF?

Przyznaję, że nie pamiętałem od ręki wszystkich warunków z głowy[1], ale wiedziałem, że jest ich więcej, niż tylko podzielność przez cztery. Czyli, że trzeba brać cały rok, nie ostatnie 2 cyfry. I wiedziałem, że rok 2000 był przestępny, choć zachodził warunek dodatkowy, dzięki któremu nie byłby przestępny, bo zachodził kolejny warunek dodatkowy. I tu nawet mi poprawnie świtało, że trzecim warunkiem jest podzielność przez 400.

Wiem, że to może być przypadłość nerdów, ale IMO takie rzeczy to wypada wiedzieć. W szkole tego uczyli. Ew. można szybko sprawdzić w sieci, jeśli się czegoś nie pamięta dokładnie, a zabiera głos publicznie. Inaczej całe to prowadzenie to takie gadanie, aby gadać. Ani to mądre, ani ciekawe, ani nawet zabawne. Wolę, gdy prowadzący mówi o muzyce, albo nawet gdy niewiele mówi, poza zapowiedziami. Może właśnie dlatego WSQK mi tak przypasowało?

Cała sytuacja przypomina mi tę opisaną we wpisie o prowadzeniu audycji przez W. Cejrowskiego. I pozostawiła niesmak.

Zasadę, który rok jest przestępny, dokładnie i ładnie tłumaczy Wikipedia.

Ja pamiętam następująco: rok jest przestępny, jeśli dzieli się 4. Chyba, że dzieli się przez 100, to nie jest przestępny. Chyba, że dzieli się także przez 400, to jednak jest przestępny.

[1] Może bym sobie przypomniał lub wykombinował, ale nie podjąłem tego wysiłku i po prostu sprawdziłem.

Cena dostawy

Mam takie słuchawki przewodowe Sony. Nauszne, składane. Prawdopodobnie MDR-ZX110. Kupione wieki temu, na pewno mają ładnych kilka lat. Używam ich czasem przy komputerze, częściej do filmów oglądanych na telefonie i do grania na basie. Były niedrogie[1], wyglądały porządnie. Z perspektywy: zdecydowanie się sprawdziły i były warte wydanych pieniędzy.

Jak to zwykle bywa, w słuchawkach tego typu pierwsze niszczą się nauszniki, czyli pady. Najpierw obłaziły, co zniosłem. Zresztą materiałowe są nawet przyjemniejsze[2]. No ale i nie wyglądało to za pięknie, i w końcu trochę zaczynała wychodzić gąbka. Znaczy przydało by się coś zrobić.

Raczej nie lubię wymieniać sprawnych, działających sprzętów, więc pierwsze, co przyszło mi do głowy, to sprawdzenie, czy można wymienić pady. Co prawda słuchawki jakoś luźniej trzymają się na głowie, więc trochę miałem obawę, czy jest sens inwestować w nie, ale ostatecznie postanowiłem zaryzykować z wymianą.

Ile kosztują pady? To zależy. Są i takie za 2 zł, i takie za 25 zł. Stanęło na takich za 14,40 zł, bo jakości tańszych trochę się obawiałem. Szczególnie, że dostawa to i tak ponad 10 zł. Dokładnie 10,95 zł. Kupiłem, wymieniłem. Słuchawki wyglądają elegancko i nawet dobrze się teraz trzymają na głowie.

Znaczy pełen sukces? Niekoniecznie. Bo patrząc na paragon uświadomiłem sobie, że ta zabawa to łącznie ponad 25 zł. Czyli ponad 50% ceny nowych słuchawek. Z dostawą, bo mając Allegro Smart i kupując nowe słuchawki nie płaciłbym za dostawę. Więc choć ekologicznie pewnie warto naprawić/odświeżyć to ekonomicznie niezupełnie się opłaca.

Być może są sklepy stacjonarne, w których można kupić tanie pady? Nie wiem, nie znam, nie szukałem. Może błąd? Bo pewnie obejrzałbym i kupił tańsze. Można też kupić na Aliexpress, niby poniżej 10 zł z dostawą. Jednak po ostatnich doświadczeniach z kupnem pendrive’a, jakoś przestałem tam zaglądać zupełnie.

W każdym razie: cały nasz system sprzyja temu, żeby wymieniać na nowe nawet sprawne sprzęty, które wytrzymują po kilka(naście) lat. Za to dowiedziałem się, że pady do słuchawek są niemal uniwersalne, tj. pasują do wielu modeli. Najważniejsza jest zgodność średnicy.

[1] Obecna cena to 49,99 zł. Możliwe, że było podobnie, tak przynajmniej kojarzę.
[2] Tak, całkiem zeszło. Tzn. potem już oskubywałem.