P.I.W.O. 2026

Po wizycie w zeszłym roku na P.I.W.O. z lekkim niepokojem patrzyłem na tegoroczną agendę, z której wynikał dalszy gwałtowny rozrost imprezy. Dwie ścieżki wykładów, dwie ścieżki warsztatów, do tego gralnia i tajemniczy PyPoznań meetup, który ostatecznie okazał się być… trzecią ścieżką wykładów. I jeszcze dodatkowe aktywności.

Na szczęście nie ma obowiązku uczestniczenia we wszystkim, a przestrzeń była na tyle duża, by to wszystko pomieścić. Frekwencja dopisała, więc tłok oczywiście był spory, ale do przeżycia. Szczęśliwie się złożyło, że chciałem iść tylko na wykłady, a wszystkie tematy, które mnie interesowały były w tej samej sali.

Nie żebym siedział tam cały czas. W zeszłym roku w sali było zimno, więc dla równowagi w tym roku było… duszno. Z tego co słyszałem wentylacja/klima wysiadły, więc ich rolę spełniało uchylne okno. Jedno. W efekcie już wyjście do holu pozwalało odetchnąć, a jeszcze lepszy efekt dawało wyjście na zewnątrz. Sytuacji nie poprawił fakt, że rano pogoda była deszczowa, w sali spodziewałem się klimy, więc wybrałem długie spodnie i bluzę. Ta ostatnia oczywiście natychmiast wylądowała w plecaku. Sytuacji nie poprawiło również wyczerpanie zimnych napojów. I raczej były tylko soki i słodzone, nie widziałem wody, choć dla mnie to nie był problem. Uwaga dla organizatorów eventów dowolnych: zgrzewka wody jest warta tyle, co dwie zgrzewki coli.

Wykłady – bardzo różny poziom, i prowadzenia, i merytoryki, i tematyki. Ogólnie było ciekawie i/lub bawiłem się nieźle. Solidna, dobrze podana dawka wiedzy na wykładzie o SSH. Większość znałem, ale były nowości. Doskonale prowadzony, nostalgiczny wykład o starych komputerach, z ciekawymi obserwacjami, który sprowokował chyba godzinną rozmowę z kumplem o starych czasach. Choć nie jesteśmy fanami starych kompów. Jedynie przy jednym wykładzie miałem wielkie WTF[1].

Tytuł brzmiał Co wie o Tobie apteka internetowa, zanim w ogóle coś kupisz, w opisie było
Dane zdrowotne trafiają do firm reklamowych, choć zgodnie z prawem nie powinny. Przyznaję, że po takiej zapowiedzi miałem oczekiwania. Liczyłem na pokazanie jak i jakie wysyłane są dane o stanie zdrowia lub chociaż lekach. Tymczasem okazało się to clickbaitem[2], bez pokrycia w treści. Moje tl;dr: Na głównych stronach aptek bywają trackery[3] blokowane przez EasyList. Potem wiele spekulacji i nieuprawnionych wniosków, bez oparcia w danych.

Chyba nie tylko ja tak to odebrałem. Najlepszym podsumowaniem wydaje mi się pytanie z sali[4] po wykładzie Jakie właściwie dane trafiają do tych trackerów? I odpowiedź: Co najmniej wizyty. Jak spojrzysz w arkusz to widzisz jakie skrypty się ładują. Jak uruchomisz u siebie skrypt to widzisz co ląduje do tych trackerów, jakie parametry są tam wysyłane. Czyli co, poszukaj sobie, bo ja nie znalazłem? Szczęśliwie i skrypty, i dane służące do zrobienia prezentacji są dostępne publicznie i każdy może sprawdzić na czym opierało się wnioskowanie.

Wg mnie szkoda, bo gdyby nie pogoń za sensacją, mogła by być całkiem ciekawa prezentacja o trackerach, reklamach i zgodach w kontekście prawnym. A tak to – złośliwie patrząc – za rok można spodziewać się dane finansowe trafiają do firm reklamowych choć nie powinny, skrypty śledzące na stronach banków, oto dowody. Nie rozumiem, czemu organizatorzy przyjęli ten wykład do agendy.

Jakby ktoś mnie poprosił o odpowiedź, po co przychodzę na tego typu eventy, co chcę usłyszeć ze sceny, to najbardziej pasują mi wykład o klawiaturze oraz lightning talk o katalogach i DNS. Tematyczne, konkretne, nieoczywiste i… dla mnie w ogromnej większości nowe. LAN party/gry tradycyjnie odpuściłem, informacja o nauce gry w go dotarła do mnie nieco za późno (znajomi chwalili).

Quiz poszedł mi fatalnie, głupie błędy. Ale po pierwsze padałem ze zmęczenia (wspominałem, że było duszno? praktycznie cały dzień w takich warunkach…), po drugie, mam wrażenie, że przynajmniej dwa razy albo missclick, albo źle zarejestrowało odpowiedź, bo zdziwiłem się, że taką wybraną mi pokazało. No chyba, że na wyświetlaczu była inna kolejność, niż na telefonie. Mniejsza o to, bo część pytań była bardziej o samą imprezę[5] i quiz traktuję wyłącznie for fun.

Była transmisja, są nagrania z podstawowych ścieżek (lightning talki nie były nagrywane). Linki na stronie P.I.W.O. Ogólnie imprezę zaliczam do udanych, trochę na zasadzie zmęczony, ale zadowolony.

[1] I zupełnie nie mam na myśli niefortunnego początku prezentacji, TBH spóźniłem się chwilę i zobaczyłem dopiero po napisaniu większości wpisu. W ogóle nie biorę tego pod uwagę i nie o tym piszę.
[2] Nie mam lepszego określenia, choć nie chodzi tu o kliknięcie, tylko o przyciągnięcie na wykład.
[3] Nazywane skryptami śledzącymi. To w ogóle niezbyt fortunne tłumaczenie, bo ta nazwa pobudza wyobraźnię i sugeruje aktywną czynność w stylu detektywa, a przecież nie o to chodzi.
[4] Dosłownie takie samo pytanie chciałem zadać.
[5] Jakby mnie kto pytał, co sądzę o konkursach, gdzie pytamy o poprzednią edycję imprezy, to sprzyjają tworzeniu bańki poprzez faworyzację stałych bywalców. I nie sprzyjają przyciągnięciu nowych ludzi. Pytania o stare dystrybucje w zupełności wystarczą. 😉

Spam przez telefon

Witamy w XXI w., witamy w roku 2020! Tematem będzie telefoniczny spam. Przygoda z dziś, świeżutka. Zadzwonił telefon, służbowy. Już po numerze wiedziałem, że reklama[1], ale – mimo, że akurat miałem spotkanie w firmie – odebrałem posłuchać, cóż to za garnki czy inna prezentacja tym razem. Zresztą szybciej odebrać niż ma mi brzęczeć, albo zadzwonić za chwilę drugi raz.

Powitał mnie wyluzowany, optymistyczny i lekko entuzjastyczny głos telemarketera, który zaczął coś o wypoczynku. Ten typ, co to słysząc go wiesz, że ciężko będzie przerwać i powiedzieć, że nie jesteś zainteresowany.

Oczywiście nie byłem zainteresowany, ale fart chciał, że coś nam jakby przerwało, nim zdążyłem wyrazić brak zainteresowania. W słuchawce zrobiło się na moment głucho. Wystarczająco, by rozmówca to zauważył, powiedział, że chyba coś przerwało i wrócił. Chyba znowu przerwało, powiedziałem „halo?” i… rozmówca zaczął jakby od początku ostatniego zdania. Ten sam ton, ta sama treść.

No cóż, monotonna praca, wystudiowany układ, czyta ze skryptu. Aż przykro słuchać jak się człowiek marnuje odczytując spam. Tylko, że powiedziałem „halo?” raz jeszcze i… sytuacja się dokładnie powtórzyła. Znowu identyczny tekst, identyczna intonacja. Nabrałem podejrzeń, zacząłem mówić „halo?” i… po paru próbach miałem pewność. To nie człowiek, tylko automat.

Taki nietrywialny, z podpiętym rozpoznawaniem mowy i rozbudowanym skryptem. Słowo kluczowe „halo?” powodowało powrót na początek akapitu. Po dojściu do odpowiedniego momentu chciał potwierdzić, że chodzi o województwo wielkopolskie i ewidentnie czekał na input od użytkownika.

W każdym razie wygląda, że kolejny zawód, w tym przypadku telemarketera, przejmują komputery i sztuczna inteligencja. Zresztą, czytanie przez automaty staje się coraz popularniejsze. Ostatnio prezentację Piotra Koniecznego (tak, tego z niebezpiecznik.pl) na Infoshare także czytał syntezator i nawet nieźle to wychodziło, poza lekko irytującym akcentem. Może będzie o tym wpis, jak się pobawię.

Niemniej co innego synteza mowy z tekstu czyli text to speech, a co innego rozpoznawanie mowy osoby do której się dzwoni czyli speech recognition. Być może nie tylko z prostym skryptem, ale sztuczną inteligencją. W każdym razie następnym razem gdy zadzwoni do was telemarketer, polecam poświecenie chwili na zabawę i przeprowadzenie testu Turinga.

[1] Polecam poczytać opisy, także sąsiednich numerów. Zresztą cała numeracja zaczynająca się od tych sześciu cyfr jest znana i „lubiana”.

UPDATE W rozmowie z czytelnikiem otrzymałem link do wykopu, gdzie jest dokładnie ta sama rozmowa, tylko „czytana” przez „kobietę”. Co zabawne, nabijają się ze słabej inteligencji „telemarketera”. Ach, gdyby wiedzieli, że to nie człowiek…
Zresztą czytam komentarze i nawet już ktoś o tym pisał w komentarzach osiem miesięcy temu. Niestety, użytkownicy Wykopu nie uwierzyli.

Rogalowe Muzeum Poznania

W ramach imprezy Nocy Muzeów, mocno okrojonej i mało nocnej w tym roku, przynajmniej dla nas, trafiliśmy do Rogalowego Muzeum Poznania. Weszliśmy na styk, z marszu . Nie polecam takiego rozwiązania, jest napisane, żeby być wcześniej, ale wyszedł spontan. W sumie nie wiedziałem czego się spodziewać, więc byłem zaskoczony.

Nie jest to typowe muzeum, gdzie chodzimy i oglądamy eksponaty. Jest to bardziej pokaz czy prezentacja, co dla przyjezdnych zwiedzających może być miłą odmianą i chwilą wytchnienia. Zrobione z pomysłem, stylizowane, odpowiednia ilość gwary, robiąca klimat, ale nie nastręczająca problemu ze zrozumieniem przekazu.

Pokaz jest na żywo, z udziałem kolejnych osób z publiczności i polega między innymi na robieniu rogala, z żywego ciasta i składników. Z pominięciem co bardziej czasochłonnych etapów. Więcej nie napiszę, żeby nie spoilować.

W każdym razie bardzo ciekawie przygotowane i poprowadzone. Mi i dzieciom się podobało. Zatem zdecydowanie polecam odwiedzającym Poznań uwzględnienie Rogalowego Muzeum Poznania w planie wycieczki i zarezerwowanie godziny czasu. Tym bardziej, że blisko Rynku, więc zaraz można iść coś zjeść albo oglądać inne atrakcje.