Guetzli – lepsza kompresja JPEG

Przedwczoraj Google ogłosiło na blogu nowe narzędzie do kompresji JPEG o nazwie Guetzli, wydawane na wolnej licencji (Apache License). Ma dawać lepsze optycznie rezultaty przy mniejszym rozmiarze wynikowym (mowa nawet o 35% mniejszych plikach). Cena? Oczywiście czas kompresji.

Postanowiłem przetestować na szybko, co mogło by się zmienić, gdybym wykorzystał grafiki skompresowane przy pomocy Guetzli na blogu. W tym celu sięgnąłem po obrazki z backupu bloga i uruchomiłem program (domyślne opcje kompilacji, domyślne ustawienia jakości, czyli 90%) na moim laptopie (CPU: Intel(R) Core(TM) i3 CPU M 380 @ 2.53GHz). Zdziwiło mnie to, że aż przy 12 plikach nie udało się ukończyć działania – program zgłosił błąd:

Invalid input JPEG fileGuetzli processing failed

Udało się przetworzyć 66 plików, całość trwała prawie 17 minut (sic!). Czyli jest bardzo wolno. Kompresor wykorzystywał tylko jeden rdzeń CPU. Efekty są obiecujące, zarówno wizualne, jaki i objętościowe. Mimo, że algorytm jest zaprojektowany z myślą o działaniu na możliwie nieprzetworzonych obrazach wejściowych, a te na blogu raczej są już zoptymalizowane, to łączny rozmiar udało się zmniejszyć o 14% (z ok. 3,3 MB do ok. 2,8 MB).

Jeśli wezmą się za wykorzystanie i optymalizację duże firmy, a jest na to szansa po uwolnieniu programu, może to oznaczać mniej przesyłanych danych po sieci, czyli szybsze ładowanie się stron, widoczne zwłaszcza na komórkach. Chwilowo główną barierą jest czas działania, który wygląda na zależny bezpośrednio od wielkości pliku wejściowego.

Zrobiłem jeszcze jeden test – plik JPG bezpośrednio z aparatu, rozmiar 2560×1440, rozmiar wejściowy 1,2 MB. Po kompresji (trwającej kilka minut) brak zauważalnych zmian jakości, natomiast rozmiar zmniejszony aż o 50% (614 kB).

Shutter, czyli Linux i screenshoty

Przyznaję, że jeśli chodzi o zrzuty ekranu pod Linuksem, to nie znałem do tej pory dobrego narzędzia. Znaczy jest scrot[1], który jest prosty, bardzo mały, lekki i wywoływany z CLI, i którego użycie w wersji podstawowej, czyli cd /tmp && scrot -d 8 było proste do zapamiętania, ale… jak lubię CLI, tak w przypadku grafiki to zdecydowanie nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Tym bardziej, że zwykle robię zrzuty przeglądarki, więc trzeba było dodatkowo przyciąć, wymazać, wykadrować… Czyli w ruch szedł GIMP.

Zrzuty ekranu robię na tyle rzadko, że nigdy nie szukałem dokładniej programu do screenshotów i przypuszczałem, że po prostu takiego nie ma. Okazuje się, że się myliłem. Kumpel z pracy pokazał mi genialny program o nazwie shutter[2]. Nie jest lekki (łącznie z zależnościami pobrał kilkadziesiąt MB danych), ale za to jest w pełni graficzny, minimalizuje się do traya, pozwala na robienie screenshotów zarówno całego pulpitu, tylko wybranego okna programu jak i wcześniej zaznaczonego obszaru (odpada konieczność kadrowania).

Po wykonaniu zrzutu ekranu, można go zapisać na dysku (wspierane wszystkie popularne formaty grafiki), wysłać na jeden z wielu dostępnych serwisów do publikowania obrazków, zapisać na zdalnym hoście przy pomocy FTP lub wysłać do innego programu do dalszej obróbki. Jeśli zajdzie potrzeba, bo sporo funkcji jest wbudowanych np. w postaci pluginów. Jest też wsparcie dla sesji screenshotów podobno z automatycznym numerowaniem, ale nie używam, więc nie testowałem.

W zasadzie, gdyby działało wszystko, co jest opisane na stronie, to nie potrzebowałbym nie potrzebuję niczego innego do robienia i obróbki screenshotów. 🙂 , niestety, w mojej wersji (0.88.3, Debian Wheezy) nie widzę narzędzia do cenzurowania/ukrywania danych, a czasami z tego korzystam. Możliwe, że pojawiło się dopiero w nowszej wersji Tak czy inaczej Polecam zapoznanie się z programem shutter każdemu, kto potrzebuje robić screenshoty pod Linuksem – zdecydowanie interesujący i dopracowany kawałek softu.

UPDATE: Aby działała edycja screenshotów (w tym cenzurowanie), konieczne jest jeszcze doinstalowanie biblioteki Perla: apt-get install libgoo-canvas-perl.

[1] Instalacja przez apt-get install scrot.

[2] Instalacja (Debian) to oczywiście apt-get install shutter.

Recenzja Dell Vostro 1440.

Dell 1440

Źródło zdjęcia (i recenzja, co prawda trochę inny model, bez grafiki AMD, ale reszta się zgadza): http://www.laptopreviews.com/dell-vostro-1440-review-2011-12

Jakiś czas temu pisałem, że kupiłem nowego laptopa. Minęło trochę czasu, więc mogę spokojnie opisać, jak się sprawuje i jak oceniam ten sprzęt, tym bardziej, że dość szczegółowo opisywałem to już dwóm osobom.

Słabe strony:

  • trudna wymiana podzespołów – z tego co piszą, wymiana pamięci RAM wymaga wyjęcia klawiatury, wymiana dysku rozebrania połowy laptopa. Nie ćwiczyłem tego jeszcze i raczej nie zamierzam, wada, której byłem świadomy przed zakupem, wpisuję z przyzwyczajenia. Po sprawdzeniu w manualu – nie jest tak źle, ale nie jest to jedna klapka i 4 śrubki.
  • podświetlanie ekranu – dość duży skok pomiędzy najniższym poziomem (czyli wyłączonym podświetlaniem), a pierwszą wartością. Przydałaby się wartość pomiędzy – w tej chwili często jest tak, że 0 jest trochę za słabe, a 1 trochę za mocne.
  • jakość spasowania elementów – ramka wokół ekranu ma wyczuwalny przy dotknięciu luz w dolnej części, bateria też rusza się w wyczuwalny sposób. To drugie czuć szczególnie podczas pracy z laptopem na kolanach w łóżku.
  • nie do końca doszedłem do porozumienia ze sprzętem w sprawie sterowania wentylatorem i dyskiem, szczególnie na baterii – wygląda, że chce wiedzieć lepiej, czy wentylator ma pracować, a dysk się wyłączać. Być może kwestia systemu.
  • dysk dość mocno się grzeje. Zapewne położony jest w okolicy touchpada i czuć tam ciepło. S.M.A.R.T pokazuje 46 (Min/Max 15/5663), przed modyfikacją parametrów przy pomocy hdparm było tak samo.
  • ogólnie chłodzenie nie jest mocną stroną, widziałem ponad 80 C na procesorze – wygląda na to, że 1440 lubi mieć przewiew pod spodem – tu na forum też piszą o podstawkach chłodzących dla Delli
  • stosunkowo szybko, bo po ok. kwartale wyrobiła się spacja i lekko piszczy/zgrzyta czasami (chodzi płynnie, tylko ten dźwięk – jak pasikonik). Pewnie pomogło by smarowanie. Możliwe, że kwestia pojedynczego egzemplarza. UPDATE: i chyba z czasem mu minęło, chyba, że kwestia temperatury otoczenia.
  • przycisk power w złym miejscu – spokojnie mógłby być na środku, nie w okolicach brzegu. Zdarzyło mi się kilka razy go nadusić i wyłączyć kompa przy przenoszeniu.
  • z wejść z wyszukiwarki laptop dell vostro piszcząca spacja – potwierdzam, czasem, przy niektórych naciśnięciach słychać lekkie cykanie, które w pewnym momencie było zauważalne i irytujące, ale o którym już zapomniałem – chyba się „dotarł” – i gdyby nie to zapytanie, to bym nie pamiętał.

 Mocne strony:

  • ekran – 14″, rozdzielczość 1366×786, matowy i ogólnie bardzo mi pasuje. Różnica między 15,4″ a 14″ jest jednak zauważalna i film zdecydowanie lepiej na 15,4″ włączyć.
  • czas pracy na baterii – około 3h na baterii bez problemu z włączonym wifi, YouTube, jasność ekranu 0 lub 1. Chyba niezależnie od używanej karty graficznej.
  • praktycznie wszystkie gniazda są po bokach – tylko zasilanie jest z tyłu, a czytnik kart SD i MMC z przodu.
  • niezły webcam – przynajmniej w porównaniu z tymi, z którymi miałem kontakt do tej pory, radzi sobie przy słabym oświetleniu. Nie korzystam z webcama praktycznie, więc proszę traktować tę informację z rezerwą.
  • dobre wsparcie pod Linuksem – patrz recenzja z działania Debiana na Dell Vostro 1440 (ang.) na potrzeby Linux on laptops.

Inne uwagi:

  • miękka klawiatura – pisze się jakby ciszej, ale też jakby troszeczkę wolniej (wpisywane szybko hasła często „nie wchodzą”). Specyficzne, nie jest nieprzyjemne, nie przeszkadza, jest troszkę inne po prostu. Do układu, na który narzekałem w poprzednim opisie bez problemu szybko się przyzwyczaiłem. Pracując równolegle na innym, „tradycyjnym” sprzęcie.
  • mimo „pomniejszonego” rozmiaru jeśli chodzi o przenośność daleko mu do ultrabooka 13,3″. Jest po prostu troszkę mniejszy i zauważalnie lżejszy od typowego laptopa 15,4″
  • plastik, pomijając wymienione wyżej spasowanie jest OK
  • wierzch i spód jest „gumowany” – przypominający gumę plastik o dużym tarciu zapewnia pewny uchwyt, ale materiał sprawia wrażenie podatnego na uszkodzenia. Raczej tylko wrażenie – nic się w praktyce nie dzieje.

Gdyby ktoś miał inne pytania, proszę śmiało pytać czy to w komentarzach czy w inny sposób – będę uzupełniał, tym bardziej, że mam wrażenie, że o czymś zapomniałem.

Kingdom Rush – fajna gra typu tower defense.

Urwanie głowy urwaniem głowy, ale trochę czasu na relaks człowiek musi znaleźć. Zawsze lubiłem gry typu tower defense, a ostatnio natknąłem się w czytniku RSS na ten wpis. Autor zachwala Plants vs. Zombies, których trailer widziałem i mi się podobał (na pełną wersję jakoś się nie zdecydowałem, IIRC kwestia ceny), a następnie tytułowe Kingdom Rush, więc postanowiłem dać grze szansę.

Kingdom Rush - screenshot

Screenshot z gry, źródło: http://www.kingdomrush.com/media.php

Wersja darmowa zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie – dopracowana grafika, dźwięk, i co – ważne gra nie ma kosmicznych wymagań i wygląda na napisaną dość porządnie – bez problemu daje się grać na moim starym sprzęcie, czego o niektórych produkcjach flashowych powiedzieć nie mogę (ba, nawet zwykłe bannery we flash potrafią przymulić kompa). Ciekawe etapy, rozbudowany system jednostek, dobry balans, przy tym – co ważne – TIMTOWTDI – można wygrać stosując zupełnie różne taktyki. No i demo jest bardzo rozbudowane, spokojnie można je uznać za pełną grę.

Dodatkowo, jakby się ktoś wciągnął, to poza samą grą (campaign), są dodatkowe tryby (heroic challenge oraz iron challenge) oraz osiągnięcia (część prosta i oczywista, część zdecydowanie trudna). No i oczywiście system upgrade’ów czyli rozwoju jednostek. Więcej o ficzerach. W każdym razie mnóstwo przedniej zabawy.

Niedługo później, głównie z uwagi na możliwość save’ów online (bez nich, z uwagi na czyszczenie super cookies każdy restart przeglądarki powodował utratę save’ów), kupiłem pełną wersję, czyli dostęp do dodatkowych etapów i broni. Zdecydowanie polecam przejście etapów w wersji darmowej przed zakupem – wersja pełna oznacza więcej zasobów na początku etapu, co trochę psuje balans (robi się za łatwo[1]). W dodatkowych etapach i trybach gry nie ma to IMO znaczenia, ale w wersji zwykłej – owszem, ma, będzie IMO zbyt łatwo.

Znalazłem póki co jedną wadę – nie wiem czego to kwestia, ale czasami zdarza się grze zawiesić na twardo – muszę zamknąć okno w przeglądarce, killnąć flash playera i uruchomić ponownie. Na szczęście dzieje się to stosunkowo rzadko. Tak czy inaczej – zdecydowanie warto zerknąć na tę grę, jeśli ktoś ma ochotę na tego typu rozrywkę.

Zagrać online można tutaj, uprzedzam, że choć po każdym etapie można zapisać i przerwać grę, to jest niezłym pożeraczem czasu. I – jak dla mnie – niezłym relaksem.

[1] Na szczęście po kliknięciu w „premium content” można to dostosować, tj. wyłączyć bonusy. Trochę późno na to zauważyłem.

Sierpień miesiącem rozkładu.

Zaczęło się niewinnie – karta dźwiękowa na USB (tani szajs za 5 zł) przestała nagle odtwarzać. Oglądałem sobie w najlepsze Filharmonię Dowcipu na YouTube

(jeden kawałek powyżej, warto poszukać innych, świetne aranżacje), ubolewając przy tym, że nie mamy w kraju takiego zespołu jak Loituma. Chodzi oczywiście o ich utwór Levan polka AKA leek spin AKA kręcenie porem.

Ogólnie lubię covery, zabawy z aranżacją i interpretacją, a Levan polka to tekst z lat 30, z którego – jak widać poniżej – można zrobić całkiem współczesnego hiciora:

I mam świadomość, że powyższy przypadek to raczej ewenement, jeśli chodzi o popularność, ale – mimo mojej nikłej wiedzy w temacie – jednak nie jest to jedyny tego typu przypadek (wystarczy poszukać wykonań utworu Herr Mannelig). Znaczy: coś robią ze starymi utworami. Tymczasem wczoraj w radio usłyszałem, że w polskich szkołach nie ma lekcji muzyki i że moooże wróci. Trochę się załamałem.

Koniec dygresji. W każdym razie surfowałem po YouTube i nagle cisza. Po włożeniu do huba lub portu USB karta zaświeci niemrawo diodą i umiera. Czyli raczej permanentnie jest skończona. Zastanawiam się czy to zwykły przypadek, czy po prostu godzina-dwie produkowania dźwięku na słuchawki nauszne to dla tego typu karty za duże wyzwanie. Wolałbym pierwszą opcję, bo jednak lubię posłuchać na słuchawkach czasem…

Kolejną rzeczą, która padła, jest RAM w moim starym komputerze. Wygląda, jakby przestał widzieć jedną kość. Ostatnio było podobnie (resety, błędy na memtest), ale wystarczyło tradycyjne wyjęcie kości, odkurzenie kompa i wszystko działało. Tym razem tak dobrze nie ma. Zrestartował się i od tej pory widzi 375 MB RAM (wg free -m). Przekładanie i przedmuchanie nie pomaga.

Co prawda komputer to stary grat (obudowa – więc IIRC także płyta główna – z 2000 roku), a kondensatory na płycie od lat wołają o pomstę do nieba (słynne czasy wadliwych, puchnących kondensatorów), ale włączam go tak rzadko i używam do tak prymitywnych zastosowań, że wymiana nie ma sensu.

Sama maszynka to piękny przykład, jak można rozbudowywać PC – zaczynał jako Duron 700 ze 128 MB RAM i Nvidią TNT2 i dyskiem 20 GB. Potem był upgrade RAM, następnie procesora do Athlon XP 2200+, dysku do 60 GB. Na koniec – z okazji sporej ilości gry w Counerstrike – upgrade grafiki do Radeona 9200. I gdzieś po drodze RAM do 512 MB. I powiem szczerze, że do niedawna chodził mi po głowie kolejny upgrade grafiki, żeby pograć czasem chwilę we współczesne FPSy, ale nic okazyjnego na AGP nie było. Tak, wiem, przydałoby się go wymienić. Ale w sumie do netu, posłuchania czy sczytania muzyki itp. wystarczy, a używam rzadko…

Skoro o sczytaniu muzyki mowa – zapowiadane sczytanie i cyfryzacja taśmy BKS nie odbyły się z powodu rozkładu instalacji audio. Konkretnie z powodu rozszabrowania większości kabli pod inne instalacje audio i zagubienia jednej przejściówki. Chciałbym, żeby limit rozkładu na ten rok był już wyczerpany.