Czy rozmiar ma znaczenie?

W tym przypadku prawo nagłówków Betteridge’a nie ma zastosowania, odpowiedź będzie twierdząca, a wszystko za sprawą Androida.

Logo Androida
Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Android_(operating_system)

Od roku korzystam z Yanosika. Jakiś czas temu zauważyłem, że niemal skończyło mi się miejsce na karcie SD. Szybkie śledztwo ujawniło, że głównym winowajcą nie są – jak przypuszczałem – zdjęcia, tylko katalog yanosik-new, który zajmował ponad 700 MB z dostępnych 2 GB na karcie (wiem, mała, taka zaszłość). Ponarzekałem na FB, usłyszałem, że zawartość katalogu można bezpiecznie usunąć – odbuduje sobie co potrzebne. Znaczy się klasyczny cache. OK, rok używany, karta mała, nie robię afery. Usunąłem.

Ostatnimi dniami coś Yanosik zaczął zgłaszać błędy w stylu aplikacja nie odpowiada – czekaj/zgłoś/zamknij. Coś mnie tknęło, żeby znowu sprawdzić zajętość karty i… bingo. Znowu brak wolnego miejsca. Co prawda zrobiłem na urlopie parę zdjęć, ale zdecydowanie nie kilkaset MB. Oczywiście znowu yanosik-new ma rozmiar ponad 700 MB… Zacząłem szukać większej karty i rozglądać się za instrukcją zmiany karty w telefonie na większą. Przy okazji obmyślając, jakich ciepłych słów użyć pod adresem autorów Yanosika, bo zużycie 700 MB w rok to jeszcze jestem jakoś w stanie zrozumieć, ale w 3 tygodnie?

Znalazłem jakąś kartę 4 GB, ale okazało się, że muszę sprawdzić, czy jest sprawna. Wymiana karty SD w urządzeniach z Androidem jest prosta – wystarczy zgrać całą zawartość na komputer, sformatować nową kartę, przegrać wszystkie dane na nową. I powinno działać. Wygląda prosto, ale stwierdziłem, że zrobię backup, poza tym i tak wygodniej wrzucić całość na chwilę na komputer, niż kopiować między czytnikami.

I tu niespodzianka. Po usunięciu miniaturek zdjęć (jakieś 200 czy 300 MB) i skopiowaniu wszystkich danych na dysku katalog zajął… 880 MB.  Czyli jakąś połowę tego, co na karcie. W tym momencie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Czyżby rozmiar bloku? Katalog Yanosika ma dużo małych kilkusetbajtowych plików, więc może o to chodzi. Sprawdziłem jego rozmiar w komputerze. 130 MB, więc bez dramatu. Czyżby autorzy zrobili taki bezsensowny i niedostosowany do Androida cache?

Zacząłem drążyć temat i okazało się, że cfdisk pokazuje jako system plików FAT16. No ale jak to? I jaki jest rozmiar bloku dla FAT 16? I czy w ogóle pojemności rzędu 2 GB są obsługiwane przez taki zabytek? Szybka wyprawa do muzeum i okazało się, że owszem, FAT16 obsługuje pojemności dysku do 2 GB. A rozmiar bloku to wówczas… 32 kB. Zamiast wymieniać kartę, postanowiłem zrobić mały eksperyment: zmienić system plików na FAT32.

Zmieniłem typ partycji w cfdisk (raczej bez znaczenia) i sformatowałem kartę przy pomocy mkfs.vfat -F 32, czyli wymuszając FAT32. Skopiowałem dane z komputera, włączyłem telefon, odbudowałem cache zdjęć. Po tym zabiegu jest 930 GB wolnego, bez kasowania jakichkolwiek danych! Czyli rozmiar bloku ma w przypadku urządzeń z Androidem duże znaczenie.

Zastanawiam się tylko, jak to możliwe. Kto w XXI w. używa FAT16? Nie kojarzę gdzie była formatowana karta. Wiele wskazuje na to, że w samym telefonie. Czyżby Android był tak słabo zaprojektowany, że domyślnie formatuje karty o rozmiarze 2 GB i mniejsze na FAT16? Jeśli tak, to jak widać zupełnie bez sensu. Ciekawe też, jaki system plików jest w na wbudowanej pamięci flash. Bo o ile karty microSD są tanie (8 GB class 4 od 12 zł widzę, za mniej niż 20 zł można nawet 16 GB class 10 w sklepie kupić), więc rozważania o rozmiarze 2 GB są czysto teoretyczne, o tyle w przypadku wbudowanej pamięci nie ma możliwości zmiany jej rozmiaru – trzeba zmienić urządzenie. Gra w tym przypadku (Yanosik i jego cache plus jakieś inne dane typu zdjęcia, ale przypuszczam, że nie on jeden tak robi…) toczy się w praktyce o podwojenie miejsca…

Pewnego rodzaju obejściem problemu może być w tym przypadku opisane kiedyś przeniesienie aplikacji z pamięci wbudowanej na kartę. Oczywiście najlepiej sformatowaną na FAT32, ale to powinno już stać się automatycznie w przypadku pojemności większych niż 2 GB.

Jak przenieść aplikację na kartę SD w systemie Android? HOWTO

Na jednym starym urządzeniu z Androidem mam śmieszną ilość wbudowanego dysku w urządzeniu – poniżej 512 MB. Do tego wydawało mi się, że aplikacje ze sklepu Google Play mogą być instalowane tylko na wbudowanym flash w urządzenie. Dziś dowiedziałem się, jak zmusić Androida (przynajmniej poniżej wersji 5) do instalacji oprogramowania bezpośrednio na karcie SD. Operacja jest umiarkowanie prosta, więc jeśli ktoś ma problem z brakiem miejsca na telefonie, to polecam. Co zdziwiło mnie najbardziej to fakt, że nie jest konieczne rootowanie telefonu.

Wymagania

Aby odblokować możliwość przenoszenia praktycznie dowolnego oprogramowania na kartę SD, potrzebne będą:

  • kabel USB do połączenia telefonu i komputera,
  • Android w wersji niższej niż 5,
  • włączenie USB debugging na urządzeniu na czas zmiany ustawień,
  • oprogramowanie Android Debug Bridge (ADB) zainstalowane na komputerze (w przypadku Linuksa powinno być w repozytoriach).

Odblokowanie przenoszenia programów na kartę SD

  • upewniamy się, że tryb USB debugging jest włączony lub włączamy go,
  • podłączamy urządzenie do komputera,
  • sprawdzamy, czy jest widoczne (polecenie adb devices),
  • jeśli jest widoczne, wydajemy polecenie adb shell,
  • w powstałej konsoli wydajemy polecenie pm get-install-location – zapewne zobaczymy 0 lub 1, co oznacza odpowiednio wybór automatyczny lub wewnętrzną pamięć flash,
  • zmieniamy wartość na 2: pm set-install-location 2,
  • zamykamy konsolę adb, odpinamy telefon od komputera, wyłączamy USB debugging.

Przenoszenie programów na kartę SD

  • na telefonie wybieramy Ustawienia -> Aplikacje -> Na karcie SD,
  • „ptaszek” przy nazwie programu oznacza, że jest on na karcie SD,
  • wybieramy kolejno aplikacje i w ich ustawieniach wybieramy przenieś na kartę SD.

Po chwili powinniśmy zauważyć przyrost wolnego miejsca na wbudowanym w urządzenie nośniku.

Wady

Poza oczywistą zaletą, czyli możliwością instalacji większej ilości programów, co często oznacza być albo nie być dla urządzenia, są też wady:

  • wbudowana pamięć flash jest zwykle szybsza, niż karta, ale w praktyce nie odczuwam tego, na typowej lowendowej karcie,
  • niektóre aplikacje, zwł. systemowe lub Google nadal nie dają się przenieść,
  • przenoszone aplikacje zajmują nadal trochę miejsca na wewnętrznej pamięci.

Na zakończenie polecam lekturę pełniejszego opisu, z obrazkami (ang.) – widziałem kilka opisów, ale ten wydaje mi się najlepszy i najbardziej przystępny.

UPDATE

Debugowanie USB w Androidzie 4.2 i nowszych

W przypadku Androida w wersji 4.2 i nowszych, nie można tak zwyczajnie włączyć debugowania USB. Należy najpierw odblokować ukryte menu, a żeby to zrobić należy zostać programistą.
Wybieramy Ustawienia -> System -> Informacje o urządzeniu -> O telefonie i naciskamy 7 razy (nie, to nie jest żart). Po tym otrzymujemy informację, że zostaliśmy programistą. Następnie standardowo w Opcje programisty wybieramy Debugowanie USB.

Handel po polsku – jednak się da? @XKOM_PL

Generalnie nie mam w zwyczaju opisywać każdego sklepu (chyba, że ostro skopią…), w którym kupuję, ale dla x-kom.pl zrobię wyjątek, bo mnie urzekli aktywnością na Twitterze. Chyba pierwsza polska firma, która robi sensowny i nienachalny marketing w social media (tu: Twitter), więc w nagrodę trochę konstruktywnej – mam nadzieję – krytyki (czepialstwa).

tl;dr – warto obserwować na Twitterze, dobre promocje, działają nieźle i szybko, choć pewne rzeczy, raczej kosmetyczne, można poprawić.

Zaczęło się od tego, że któryś ze znajomych podzielił się statusem o którejś promocji. I okazała się ona być sensowna. Znaczy faktycznie upust do dobrej ceny, a nie „mamy 30% drożej niż konkurencja, to obniżmy cenę o 25% i zróbmy szum”. Rzuciłem okiem, stwierdziłem, że warto dodać do obserwowanych, bo może kiedyś coś mi się przyda, a recenzje klientów dość entuzjastyczne. Poza tym, jest interakcja z użytkownikami i raczej niewiele „pustych” statusów typu „co u was słychać?”. Chociaż – po sprawdzeniu – takie też się pojawiają, ale normalnie nie rzuca się w oczy, więc strawna ilość.

Wczoraj nadszedł ten dzień, że pojawiły się w promocji karty microSD Sandisk 16GB class 10. Za 19,99 zł, czyli cena, w której normalnie można kupić class 4. Sprawdziłem dziś na popularnym portalu Aukcyjnym i najtańsze takie karty były po 24 zł. Pomyślałem, że do Banana Pi jak znalazł i kupiłem. No to obiecane wrażenia z zakupu.

Kupno w sklepie internetowym wymaga rejestracji. Nie przepadam, ale taki jest de facto standard, więc nie narzekam. Na plus – zgoda na wysyłkę info o promocjach nie jest obowiązkowa. Na minus – konieczne jest podanie numeru telefonu, który – uprzedzę fakty – do niczego nie jest tak naprawdę potrzebny.

Po finalizacji zamówienia pojawia się informacja, że mail został wysłany. I żeby sprawdzać folder Spam. Zwłaszcza to drugie dziwi, bo istnieją sposoby, żeby takie rzeczy nie miały miejsca. Dla leniwych: są serwisy, przy użyciu których rozwiązuje się ten problem rzutem pieniądza, także polskie. Kolejna rzecz na minus – na maila czeka się długo. Na tyle długo, że zacząłem się dopytywać na Twitterze, ile. I nie, nie chodzi o greylisting. Ani nie wymagam od poczty dotarcia w kilkanaście sekund (choć prawda jest taka, że z większości serwisów maile mam na skrzynce w małe kilkadziesiąt sekund).

Łącznie dostałem cztery maile, wszystkie z jednego adresu (OK!):

  1. Potwierdzenie rejestracji
  2. Twoje zamówienie zostało przyjęte
  3. Twoje zamówienie oczekuje na realizację
  4. Twoje zamówienie zostało przekazane do realizacji

Pierwszego nie trzeba komentować – po prostu potwierdzenie rejestracji. Drugi, wysłany 8 minut(!) później, potwierdza przyjęcie do zamówienia i mówi, że „W kolejnej wiadomości otrzymasz szczegółowe informacje na temat sposobu jego realizacji”. Ciekawostką jest trzeci „Twoje zamówienie nr xxx zostanie skompletowane najszybciej jak to możliwe. Poinformujemy Cię o tym w kolejnej wiadomości. Jeśli terminy dostawy produktów Ci nie odpowiadają, możesz anulować zamówienie klikając na ten link”. Kupiłem dwie sztuki z odbiorem w salonie, dostępna była jedna. Fajnie, że mogę zrezygnować z zamówienia, ale szkoda, że nie ma informacji, ile będę tak naprawdę czekał (brak nawet przybliżonego czasu). Ostatni mail zawiera informację o tym, że zamówienie można odebrać. I został wysłany 25h od złożenia zamówienia, czyli bardzo dobry wynik.

Co mi się nie podoba? Tematy maili. Pierwsze dwa są OK, ale trzeci i czwarty są IMO mylące. Jak dla mnie to zamówienie „oczekuje na realizację”  czy też „jest realizowane” od momentu przyjęcia zamówienia. Nazwałbym to po prostu „opóźnienie w realizacji zamówienia”, bo taka jest wymowa. I dodał orientacyjny termin. Ostatnie – zupełnie nie wiem, czemu nie „zamówienie gotowe do odbioru” ew., jeśli to wspólne dla wysyłek pocztą „zamówienie zrealizowane”.

I tu dochodzi ostatni element, czyli SMS. Po pierwsze, został on wysłany po ostatnim mailu. Minutę, ale jednak. Po drugie, nie zawierał numeru zamówienia. Po trzecie: nic nie wniósł całego procesu. Numer telefonu mógłby być niewymagany, tak naprawdę.

Wyszło, że narzekam. Ale nie narzekam, wręcz przeciwnie. Jest szybko (25h od zamówienia do odbioru w moim mieście) i sprawnie, ceny dobre. Miła odmiana po tym, co opisywałem ostatnio, choć przyznaję, że Chińczycy stawiają poprzeczkę wysoko, jeśli chodzi o ceny, czas realizacji i obsługę klienta (w tym bezpieczeństwo transakcji). Podsumowanie: dobre ceny (przynajmniej na promocjach), szybka realizacja. Będę kibicować i korzystać.

101 filmów czyli VOD i promocja Żywca

W sklepie zobaczyłem na opakowaniu Żywca 1 piwo = 1 film, co przesądziło o zakupie. Może nie miałem wielkiej ochoty na Żywca, ale uchodzi, a stwierdziłem, że dawno nie zaglądałem na portale VOD. Ostatnio jak patrzyłem, to dominowała chała i nie działało pod Linuksem. Stwierdziłem, że w najgorszym wypadku dam kody znajomym, ale pewnie i tak znajdą się jakieś filmy, które można zobaczyć, najwyżej nie na podstawowym kompie.

Zatem kupiłem czteropak. Wizyta na portalu 101filmow.pl, żeby zobaczyć co dają i upewnić się, że na Linuksie nie zadziała. Jeśli chodzi o pierwszą część, to miło się rozczarowałem oferowanym repertuarem. Filmy zdecydowanie do obejrzenia – i trochę w miarę nowych, i trochę klasyki, i parę ambitniejszych. Jeśli chodzi o część drugą, to przeczytałem wymagania, nic o Linuksie nie znalazłem (ani o wymogu Windows), ale gdzieś mignęło mi, że część filmów nie działa na platformach mobilnych. Czyli jakieś ciężkie DRM, czyli zapomnij o Linuksie. Potem doczytałem na vod.pl, że wymagany jest Windows. Oczywiście planowałem zgłosić błąd (skoro na 101filmow.pl nic nie piszą, że na Linuksie nie działa), ale później okazało się, że część filmów (bez zabezpieczeń) działa.

Jednak nie uprzedzajmy faktów. Zarejestrowałem konto (na jakiś tymczasowy adres), wklepałem kody. Nawet fajnie rozwiązane. Jedyny zgrzyt, który się pojawił to termin ważności kodów do 28. lutego. No c’mon… Drugi zgrzyt to 48h na obejrzenie. Niby dużo i pewnie chodzi o to, by nie dzielić się kodami zanadto, ale… inne mam wymagania już. Na jeden wieczór może film się nie zmieścić, drugiego coś może wypaść… 72h to IMHO minimum, no dobra, 50h. 😉

Na pierwszy rzut poleciał Jak zostać królem, który kiedyś widziałem (a młoda nie). Po włączeniu pierwsze rozczarowanie: nie można wybrać wersji innej, niż z lektorem dostarczonej przez wydawcę. Znaczy: nic nie można wybrać; jak jest lektor, to jest lektor i kropka, jak napisy (rzadkość), to napisy. Ejże, to już nawet chyba na wszystkich(?) kanałach jest, przynajmniej z satki… Druga sprawa: jakość. Pomiarów jeszcze nie robiłem, ale wygląda to na ekranie komputera, jak… kiedyś na telewizorze kineskopowym, czyli okolice PAL. Okolice 480p na YouTube. Jak na dzisiejsze czasy – trochę słabo. Tym bardziej, że net przyzwoity (realnie ~15-20 Mbps do kompa), więc spokojnie weszłoby w znacznie lepszej rozdzielczości.

Najgorsze jednak okazał się zaciachy. Pierwszy w piątej, minucie, kolejny w ósmej. Wkurzyłem się, zrestartowałem przeglądarkę i… pomogło, a raczej, prawie pomogło, bo jeszcze jedna ścinka pod koniec była. Następnego dnia sprawdziłem pod Linuksem i… film też działał. Nie trzeba mieć Silverlighta, wystarczy Flash… Na dodatek się nie ciął. Z innymi filmami było podobnie. Nie wiem czy kwestia serwisu, czy systemu, czy np. ilości wolnego miejsca na dysku (jest mało, rzędu 2 GB). Jeśli nawet to ostatnie, to oczekiwałbym informacji o niewystarczających zasobach od odtwarzacza… Uznam jednak (brzytwa Ockhama), że to wina systemu.

Ogólnie mam mieszane uczucia. Z jednej strony darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, z drugiej bardzo średni produkt dają, jak na dzisiejsze czasy. Najbardziej chyba obowiązkowy lektor mnie rozczarował. Ogólnie: 4/10.

UPDATE: Włoski dla początkujących już nie działa pod Linuksem, czyli na 101filmow.pl nie wszystkie są „przyjazne” – Flash nie starczy, trzeba mieć Silverlight. Za to zaciachów na nim nie stwierdzono (póki co, bo to połowa).

UPDATE2: Niektóre filmy jakby lepiej wyglądają, więc może opinia o jakości była pochopna. Niektóre płatne filmy są poprzedzone reklamą. Spotkałem raz, krótka i nienachalna reklama filmu Hiszpanka w kinie, ale jednak. Last but not least – część filmów na vod.pl jest dostępna za darmo, bez żadnych kodów.

Raspberry Pi, Raspbian i problemy z kartami microSD

Jakieś siedem tygodni temu pisałem, że padła mi karta microSD (Kingston) w Raspberry Pi. Wymieniłem na nową (Goodram). Zamontowana oszczędnie, tj. bez journala i z symlinkiem /var/lib/transmission-daemon/info kierującym na dysk twardy. Wczoraj robię aktualizację systemu, a tu nagle:

Preparing to replace libssl1.0.0:armhf 1.0.1e-2+rvt+deb7u7 (using .../libssl1.0.0_1.0.1e-2+rvt+deb7u10_armhf.deb) ...
Unpacking replacement libssl1.0.0:armhf ... dpkg: error processing /var/cache/apt/archives/libssl1.0.0_1.0.1e-2+rvt+deb7u10_armhf.deb (--unpack):
error creating directory `./usr/share/doc/libssl1.0.0': Input/output error
Segmentation fault Segmentation fault -bash: mbrtowc.c:92: __mbrtowc: Assertion `status == __GCONV_OK || status == __GCONV_EMPTY_INPUT || status == __GCONV_ILLEGAL_INPUT || status == __GCONV_INCOMPLETE_INPUT || status == __GCONV_FULL_OUTPUT' failed.

Piękne, prawda? Oczywiście kluczowy jest input/output error. Fsck, są błędy, naprawiony filesystem. Coś mnie tknęło i sprawdziłem badblocks (badblocks -sv). Tak jest, błędy w okolicy 90% karty (dead link). Sztuk prawie 30. Wygląda, że karta Goodram wytrzymała w komfortowych warunkach raptem 7 tygodni. Masakra.

Z tego wszystkiego zacząłem sprawdzać, co pisze na dysk (iotop -ao). Wyniki (sortowane po ilości zapisów, czas działania kilka godzin) są ciekawe:

3192 be/4 root 8.00 K 4.03 M 0.00 % 0.00 % rsyslogd -c5
2184 be/4 root 240.00 K 880.00 K 0.00 % 0.00 % nmbd -D
3341 be/4 ntp 248.00 K 188.00 K 0.00 % 0.00 % ntpd -p /var/run/ntpd.pid -g -u 102:104
5256 be/4 root 0.00 B 160.00 K 0.00 % 0.00 % [kworker/u2:2]
2911 be/4 root 208.00 K 88.00 K 0.00 % 0.00 % -bash

Jak widać, głównie rsyslog. I raczej nie ma tego wiele.

I tu zaczyna się część najciekawsza. Pamiętacie uszkodzoną kartę Kingstona? Przygotowałem się do pozbycia się jej, poleciał shred. Stwierdziłem, że uruchomię badblocks na niej. I… niespodzianka. Teraz nie zgłasza błędów. Ani w teście odczytu (domyślny), ani w niedestrukcyjnym teście zapisu (badblocks -nvs). Naprawiło się?

Zaczynam podejrzewać jakiegoś buga z przejściówką microSD -> SD (ale są dwie różne, bo każda karta miała swoją), gniazdem w rpi (ale działało OK, poza tym i badblocks, i fsck robię w laptopie). Zagadka.

Ostatecznie zmniejszyłem rozmiar partycji ext4 na karcie Kingstona i działa do tej pory bez problemu. Czyli jakieś 3 tygodnie bezproblemowego działania, bo wpis zacząłem tworzyć 12 czerwca.

UPDATE: Zwariowałem. Goodram, który ewidentnie miał błędy, bo nie tylko badblocks je wykazywał, ale nawet shred puszczony przed wyrzuceniem powodował błędy IO i nie mógł dobrnąć do końca (a próbowałem nie raz), teraz działa. Nagrałem Raspbiana dla Banana Pi, test badblockiem i… czysto. WTF?

Kingdom Rush – Frontiers

Blisko dwa i pół roku temu zachwalałem Kingdom Rush. Po przyjeździe na urlop (pogoda różna, nie jest źle, ale bywało lepiej…) okazało się, że została wydana kolejna część. Gra nadal trzyma poziom, choć nie widzę wersji płatnej, a tylko darmową. I jakby trochę prostsza od części pierwszej jest.

Screenshot z Kingdom Rush Frontiers

Źródło: http://www.kingdomrushfrontiers.com/

Na poziomie trudności normal skończyłem bez problemu w trybie campaign. Wszędzie trzy gwiazdki, za wyjątkiem ostatniego etapu, gdzie dwie gwiazdki (póki co). Tryby dodatkowe (heroic challange, iron challange) również bez większych problemów na normal, za wyjątkiem etapu czwartego, którego nie udało mi się – póki co – zrobić na normal.

W każdym razie lekko licząc rozrywka na trzy wieczory zapewniona. A jeszcze nie koniec (choć przyznaję, że parcia na ukończenie na poziomie veteran nie mam.

Tutaj można zagrać online w Kingdom Rush Frontiers. W sumie offline też działa, tylko załadować się musi online.

Raspberry Pi jako NAS

Nie bardzo miałem co zrobić z moim Raspberry Pi, a przecież nie może się maszynka nudzić. Przy czym łącze do domu mam całkiem fajne i w praktyce po WiFi nie do wykorzystania[1], więc postanowiłem zrobić sobie seeder torrentów[2], serwer do backupu innych maszynek i ogólnie NAS dla domu. Niby coś jak Dockstar, ale nie głównie router, tylko z akcentem na NAS. W sumie może kiedyś dorzucę mini hosting dla własnych gadżetów – na razie leży to sobie na dedyku, zresztą rpi demonem szybkości nie jest, więc z czymkolwiek ponad statyczne strony może być ciężko…

Nierozwiązaną miałem kwestię obudowy dla Raspberry Pi. Przy czym, gdybym zrobił to tradycyjnie, to byłby hub USB, kabelki do rpi, kabelki do dysku, kabel do zasilania, kabel do routera. Trochę plątanina, którą ciężko utrzymać w czystości, bo ani odkurzyć porządnie, ani przetrzeć szmatką. No i podatne na usterki, bo taki kabel na wierzchu jednak łatwo szturchnąć. Postanowiłem, że spróbuję upchać to wszystko w jedno pudło i zacząłem rozglądać się za jakimś dającym się wykorzystać gotowcem.

Pierwsze co mi wpadło w oko, to pudełka do żywności w Netto. Trzy sztuki (różnej wielkości) za 8 zł. Szybka przymiarka ujawniła, że średnie, na które liczyłem się nie nadaje, bo jest za małe. Za to największe pasuje. Na styk, zresztą, ale to dobrze – można zrezygnować z mocowania elementów w środku. Trochę bałem się, że plastik nie będzie odporny na temperaturę, ale niesłusznie – wg opisu pojemniki są przeznaczone do temperatur od -30 do +100 C i do użytku w mikrofali.

Układ elementów w pudełku następujący: na dole dysk w kieszeni, jako element najchłodniejszy i najcięższy, ma lekko miękkie etui z tworzywa, więc na nim bez obaw mogę położyć Raspberry Pi. Hub USB Unitek przymocowany do pokrywki przy pomocy opasek samozaciskowych (AKA żmijki). Po pierwsze jest metalowy, więc nie chcę go mieć w pobliżu rpi z uwagi na możliwe zwarcia, po drugie jego ażurowa obudowa sugeruje, że może się grzać. Pierwotnie rpi miało leżeć wzdłuż dysku, ale nie pasowało to do układu kabli. Zresztą jest na tyle małe, że w poprzek też praktycznie nie wystaje poza obrys dysku.

Miałem obawy o temperaturę w środku, bo wymiana powietrza jest mocno utrudniona. Nie było źle – S.M.A.R.T. dla dysku pokazywał góra 40 stopni, ale ostatecznie zdecydowałem się na dodanie otworów od spodu pudełka (w zamyśle wlot zimnego), zrobienie nóżek z podkładek filcowych (samoprzylepne do mebli) w celu umożliwienia dopływu powietrza do nich, oraz kilku otworów na samej górze z boku (w zamyśle wylot ciepłego powietrza; nie pokrywka, żeby kurz nie wpadał od góry do środka). Dzięki temu jakiś tam przepływ jest i odrobinę chłodniej.

Uroki notek po czasie są takie, że mogę napisać, jak to działało i czemu przestało. Działało bardzo dobrze i stabilnie. Jedyne restarty to braki prądu (rzadko się zdarza, ale się zdarza) lub wymiana kernela. Uptime po kilkadziesiąt dni. Wydajnościowo szału nie ma – sam NTFS via ntfs-3g potrafił wskoczyć w top na pierwsze miejsce z kilkadziesiąt procent (40-60) zużycia CPU. Oczywiście NTFS jest tam tymczasowy – po prostu chwyciłem do testu dysk, który robił za przenośny. No i całość jak najbardziej wyrabiała się z serwowaniem plików po sambie po WiFi, tyle, że cokolwiek więcej w tym czasie na rpi było problematyczne. Dysk po USB jak najbardziej daje radę, ale ten element miałem przetestowany już wcześniej.

Dzięki temu, że miałem notkę o testowym uruchomieniu Raspberry Pi, wiem dość dokładnie, ile działało. Problemy (niemożność zalogowania się po SSH) zaczęły się na początku kwietnia, czyli podziałało jakieś 4 m-ce. Niestety, trafnie przewidziałem powód: pad karty micro SD (ja wiedziałem, że tak będzie… pamięci flash nie nadają się do zapisu ja wiedziałem, że tak będzie…). Początkowo uważałem, że to zwykłe zawieszenie, ale po restarcie po paru godzinach sytuacja się powtórzyła. Wyjąłem kartę, w komputerze popełniłem backup przez obraz partycji, następnie fsck (były błędy) i przy okazji zdjąłem journal z ext4. Podziałało jeszcze parę dni i sytuacja znowu się powtórzyła. Tym razem sprawdziłem dokładniej. Badblocks widzi błędy na karcie, zarówno na teście odczytu (jeden), jak i niedestrukcyjnym teście zapisu (więcej). Próbowałem reanimować przez oznaczenie przez fsck sektorów jako uszkodzonych (patrz przydatne polecenia Linux), ale bez powodzenia – po naprawie rpi już się nie bootuje z tej karty.

Nie jestem w stanie stwierdzić, czy winien był – niestety domyślnie w Raspbianie włączony – journal, czy zapisywanie przez transmission stanu co kilkanaście minut na dysk (kartę) gdzieś w /var. Symlinka i przenoszenia na dysk twardy nie robiłem, bo po pierwsze i tak system był z journalem, po drugie, chciałem zobaczyć, na ile to szkodliwe dla karty. Jak widać jest szkodliwe i karta potrafi paść w mniej niż pół roku. Co prawda widzę karty Goodram 4 GB za ok. 10 zł, ale nie widzę sensu w grzebaniu i ew. utracie danych.

Niebawem, po kupnie karty (tak się pechowo składa, że nic wolnego większego niż 2 GB chwilowo pod ręką nie mam), wskrzeszę system. Być może kupię docelowy dysk do kieszeni i wtedy zrobię od razu root montowany w trybie read only. Nawet jeśli nie, to od razu po instalacji zdejmę journal z ext4, prawdopodobnie zajmę się też od razu transmission…

Kiedyś pojawią się tu zdjęcia – leżą na dysku, który był podłączony do NAS, a nie chce mi się podłączać go bezpośrednio do kompa…

[1] Bo router to WRT54GL, który co prawda linkuje się na 54 Mbit bezprzewodowo, ale realnie komputery wyciągają ok. 20 Mbps. Po wpięciu na kablu nie ma problemu. W eterze umiarkowany syf, wybrany najlepszy kanał i tryb G only. Ogólnie 802.11n by się przydało, ale przecież router działa, a szczerze mówiąc nie sądzę, bym zobaczył różnicę – 20 Mbps to kosmos. Chociaż znajomi donoszą, że przy 802.11n poprawia się zasięg, więc pewnie się skuszę…

[2] Żadne tam nielegale, po prostu mały wkład w projekty open source: seedują się netiso Debiana (trzy architektury), pierwszy CD Debiana (trzy architektury), t(a)ils, tego typu sprawy. Zresztą pisałem o tym już (uroki niechronologicznego publikowania notek).

UPDATE: W jednej z kolejnych notek opisuję, jak zrobić z maszynki z Linuksem router GSM/Wi-Fi. Z uwagi na niewielkie rozmiary i mały pobór energii Raspberry Pi nadaje się do tego bardzo dobrze.

Narzekanie na laptopy Della

Mógłbym napisać, że narzekam po prostu na mojego laptopa, czy tam model, ale będzie ciut szerzej. Kiedyś napisałem recenzję Della Vostro 1440. Od tego czasu minęło półtora roku. Ostatnio bateria zaczęła gwałtownie tracić pojemność. Czas pracy na baterii spadł ze wspomnianych ~3h do 1h, a ostatnio do 30 minut. Niby akumulatory li-ion nie mają efektu pamięci, ale raz testowo rozładowałem do zera i… po naładowaniu było kilka minut więcej. Bateria niezbyt szanowana (co widać w komentarzach wcześniejszych wpisów), ale u młodej w laptopie o rok starszym FS Esprimo nadal jest 2h czy nawet więcej. Coś szybko zeszła.

Dziś zrobiłem kolejną próbę „reanimacji”, czyli pełnego rozładowania i skończyło się tak, że baterii w ogóle nie ładuje. Niby li-ion nie powinno się do zera rozładowywać, ale c’mon… W każdym razie dowiedziałem się ciekawych rzeczy o ogniwach w bateriach do laptopów, możliwości ich wymiany, koszcie tej operacji (markowe ogniwa do DIY w Polsce to ok. 70 zł z wysyłką) i ogólnie rynku nieoryginalnych baterii. Brr.

Przy okazji zerknąłem na stronę Della, czy nie ma nowszego BIOSu. Owszem, jest A03. U mnie jest A01. I ciekawostka: na stronie z BIOSem nie ma wersji do upgrade’u spod Linuksa. Dla sprzętu, który jest sprzedawany z samym Linuksem. Brawo. Live CD od producenta z Free DOS OSLT też nie ma.

Ponieważ zepsułem baterię, to ogólnie miałem wenę do psucia. Poszukałem możliwości upgrade’u bez Windows. Z poziomu BIOSu się nie da. Dobrzy ludzie podpowiedzieli Hirens Boot CD. Niestety, nie mam wolnego USB pod ręką. W końcu trafiłem na stronę opisującą flashowanie BIOS dla Delli spod Linuksa. Tamże dowiedziałem się, że Dell porzucił support dla Linuksa (przynajmniej, jeśli chodzi o BIOS).

Najpierw wypróbowałem metodę Updating the BIOS without without using biosdisk. Niestety, w momencie uruchamiania pliku wykonywanego w dosemu otrzymywałem komunikat o błędzie. Następnie spróbowałem Upgrading the BIOS using Dell’s „biosdisk” and „syslinux memdisk”. Wszystko dobrze, udało mi się włączyć DOSa. Po uruchomieniu V1440A03.EXE i pytaniu, czy flashować (sure!) zwis. Zero informacji na ekranie i zero zmian przez kilka minut. Ctrl-c nie działa. Niezbyt pewnie robię ctrl-alt-del… Wstał. Ze starym BIOSem.

Jak dorzucę do tego wszystkiego rzeźbę z touchpadem w innym modelu Della (Vostro 3360), to jestem praktycznie pewien, że następny laptop jaki kupię pod Linuksa, nie będzie miał znaczka Dell.

UPDATE: Tak gwoli ścisłości, z upower –dump:

vendor: Samsung SDI
model: DELL JXFRP21

Rewolucji nie będzie, kręćcie ten film!

Niedawno przeczytałem Demona oraz Wolność Daniela Suareza, które ktoś kiedyś polecił, a które po kupnie zalegały na półce od dłuższego czasu. Demon bardzo dobry, Wolność, czyli bezpośrednia kontynuacja, mniej mi się podobała. Ale wpis nie ma być recenzją książek.

Obie pisane dość filmowo, że tak to ujmę i IMO świetnie się na adaptację nadają, więc rzuciłem na Blipie głośne zastanowienie się, kiedy film zrobią i usłyszałem, że nie będzie, treść nie jest politycznie poprawna[1]. Wydaje mi się, że jest inaczej, albo, raczej: to nie ma znaczenia.

Po pierwsze, były już kręcone mocno antysystemowe filmy – choćby Matrix (system i wyzysk ludzi ogólnie) czy In Time (czas życia jako waluta, różne poziomy/miejsca do życia, na niskich pracują po prostu aby przeżyć). W przypadku książek Suareza jest faktycznie sporo o korporacjach, o niezależności od nich[2], o niejadalnej żywności (w sensie uprawy). Jest też sporo o kontroli, inwigilacji i rzeczywistości wirtualnej/embedded reality. W tym kontekście określiłbym to jako bliskie SF lub nawet raczej jako alternatywną rzeczywistość. Naprawdę niewiele tam rzeczy, które nie istnieją lub nie mogą istnieć w tej chwili. Bardziej kwestia skali.

Po drugie, mam wrażenie, że niezależnie od tego jak niepoprawną politycznie czy rewolucyjną treść dostaną, ludzie zrobią to co zwykle. Czyli dokładnie nic. Wystarczy spojrzeć na zmiany – a raczej ich brak, po niedawnych działaniach Snowdena. Ktoś zrezygnował z Facebooka? Usług Google? Nie kojarzę, a na pewno nie miało to charakteru masowego. Po prostu ludzi nie interesuje prywatność. Albo są zbyt leniwi, by zadbać o jej ochronę.

Kiedyś spotkałem się z taką teorią dotyczącą tworzenia treści: 1% tworzy, 9% komentuje, 90% tylko czyta. Mam wrażenie, że w przypadku prywatności jest analogicznie: 90% totalnie nie wie o co chodzi, 9% wie o co chodzi, ale nie przejmuje się, uwagę zwraca 1%. Góra. Tych naprawdę hardcore’owych, pokroju RMS jest jeszcze mniej.

Widać to było szczególnie w przypadku obowiązku informowania o cookies. Powstał obowiązek informowania, że serwis wykorzystuje cookies, potencjalnie do śledzenia użytkownika. I informacja, jak to wyłączyć. Szczytny cel i ochrona prywatności, mogłoby się wydawać. Tylko po pierwsze nie tylko cookies, bo choćby LSO[3], które są równie powszechne, po drugie autor pomysłu chyba nie próbował korzystać z internetu po włączeniu ustawień trochę bardziej chroniących prywatność (np. kasowanie cookies przy zamknięciu przeglądarki). Bo informacja, że użytkownik przeczytał pop-upa o cookies jest zapisywana… w cookie. Jeśli ktoś je usuwa, to informacja pojawi się za każdym razem. No chyba, że użyje ad-blocka do blokady tych pop-upów, ale to znowu oddala nas od rozwiązania dla mas, bo to dodatkowa wiedza (instalacja pluginu, wybranie odpowiedniego zestawu lub napisanie własnych reguł). A czemu widać? Ano dlatego, że nie zauważyłem specjalnego narzekania na popsutą sieć. I faktycznie, jak ktoś akceptuje ciastka, to wiele mu się nie zmienia – raz musi kliknąć zgodę i tyle.

Po prostu ludzie są leniwi, a wygoda bierze górę. Rewolucja nam nie grozi, spokojnie można kręcić ten film. Tak czy inaczej, polecam lekturę książek, akcja wartka, dobrze się czyta.

[1] Nie linkuję, bo Blip zaraz odparuje i nie wiem czy i pod jakim URL będzie dostępny wpis.

[2] Na poziomie wiedzy, niezależności energetycznej, własnych środków wytwarzania typu drukarki 3D.

[3] Upraszczając: ciasteczka Flash.

Jak uruchomić komputer z USB, gdy BIOS nie ma opcji bootowanie z USB?

USB

Złącze USB przez Petr Kratochvil

Od paru lat komputery wyposażone są zwykle w opcję uruchamiania systemu z USB. Rozwiązanie znacznie lepsze, niż płyta CD: płyt jednorazowych trochę szkoda, żeby coś szybko przetestować, płyty wielorazowe się rysują, napędy CD-ROM mają długie czasy dostępu i są głośne. Dodatkowo, pod USB można podłączyć zwykły dysk twardy, albo mieć system RW na pendrive. Niestety, kiedyś bootowanie z USB było rzadkością, a nawet jeśli było, to urządzenie bywało widoczne nie jako zwykły dysk twardy, tylko USB-FDD. W każdym razie gdy ostatnio robiłem grzejnik, to najzupełniej prawidłowo przygotowany pendrive z grub’em, robiący za dysk twardy nie był widoczny jako urządzenie pozwalające na uruchomienie systemu.

 

Jak pisałem, znalazłem na to obejście: bootowanie z CD-ROM (który na szczęście zwykle jest obecny w starych sprzętach) pozwalające na dalsze bootowanie z USB. Rozwiązanie genialne w swojej prostocie, tylko jak to zrobić? Jest gotowiec w formie freeware (także dla firm): Plop Boot Manager. Narzędzie bardzo fajne, ale układ strony, sposób podziału pakietów i wreszcie dokumentacja jest poukładana IMHO fatalnie. Tzn. opisane jest wszystko, ale wygląda na bardziej skomplikowane, niż jest w rzeczywistości, część informacji powtarza się itp.

Tak naprawdę, aby przygotować płytę CD z bootloaderem należy pobrać z tej strony dwa narzędzia (plpcfgbt-0.11.zip oraz plpbt-createiso.zip), a następnie wykonać tylko 3 kroki:

  1. skonfigurować opcje bootowania przy pomocy plpcfgbt, tak by domyślnie bootował z USB. W przykładzie jest gotowiec: Hidden boot with usb: plpcfgbt stm=hidden cnt=on cntval=1 dbt=usb plpbt.bin
  2. przygotować obraz płyty przy pomocy skryptu create-iso.sh (tak naprawdę zwykłe mkisofs z odpowiednimi opcjami)
  3. nagrać obraz iso na płytę CD (ulubionym narzędziem)

Po włożeniu płyty do napędu, ustawieniu w BIOSie bootowania z CD-ROM i podłączeniu pendrive z systemem najpierw uruchomi się bootloader z CD-ROM, a następnie bootloader z urządzenia podłączonego do USB.

Powyższe dla Linuksa. Pod Windows też się da, z tego co widzę, bo autor daje wersje skryptów i programów pod oba systemy. Mam dziwne przeczucie, że pod Linuksem będzie łatwiej.

UPDATE: W ramach tematów powiązanych oraz linkowania się na krzyż, Franek opisuje po polsku nieco bardziej życiowe zagadnienie czyli, jak uruchamiać wiele liveCD z jednego USB.

 

Pamięci flash, czyli pendrive, microSD itd.

Czasem człowiekowi wydaje się, że coś wie i… no właśnie, wydaje się. Że są różne pendrive’y (czy tam ogólnie pamięci flash), to wiedziałem. Wiedziałem też, że mają klasy i poszczególne klasy odpowiadają różnym prędkościom zapisu. I tyle.

Niedawno od hrw dowiedziałem się, że to nie do końca tak, że parametrów jest znacznie więcej i że w praktyce mają one spore znaczenie przy stosowaniu karty jako nośnika dla systemu Linux. Bo jednak czym innym jest zapis filmu na FAT, a czym innym realne operacje na jakichś linuksowych systemach plików.

Ostatnio uruchomiłem grzejnik na starym pendrive, użyłem ext2 i zdarzyło mi się trochę ponarzekać na μblogu, że wolno działa i w ogóle. Dostałem odpowiedź, że minimalny cluster size dla nośnika flash powinien być 4k. Co przypomniało mi wcześniejszą rozmowę i skłoniło do zadania pytania jak sprawdzić cluster size? Co dość szybko przywiodło mnie do wpisu nt. optymalizacji systemu plików dla pamięci flash.

Zauważyłem, że blog do którego powyżej linkuję ma raptem trzy wpisy i to sprzed roku, więc ryzyko zniknięcia jest spore. Pozwolę sobie zacytować dla pamięci część dotyczącą analizy:

  1. Interesting parts of this result are the diff changes drastically at two places:
    1. from  8388608 (8Mb) to 4194304 (4MB): Based in example readme in flashbench, this indicates that there was no performance overhead reading two blocks over the 4mb boundary, but there was for 8mb boundary. The guess is then that the erasure block is 8mb large on my sd-card
    2. before 8192 and after. I would really like to know why there is a bump at 8k, but times after that are so much lower, so 8k is obviously some sort of boundary point.
  2. From this, I deduce two things,
    1. Ext4 should have a block size of 4k, and the “stride” value should be 2. This will cause ext4 to think that units of 2 blocks (8k) can and should be treated as one.
    2. Ext4 should have the stripe-size set to 1024. This value was calculated by taking 8M (guessed erasure block size) dividing by 8K (size of a stride, 2 times block size (4K)). This will (hopefully) cause Ext4 to try to align writes so that while erasure blocks are written continuously and make it avoid sub-block updates.

Część dotyczącą ustawiania początku partycji w fdisk:

First sector (2048-15759359, default 2048): 16384

Wraz z wyjaśnieniem, skąd to się wzięło:

Fdisk uses blocks of 512 bytes, so that means that we want to start at 8*1024^2/512 = 16384.

No i na koniec część dotycząca tworzenia samego filesystemu ext4:

Reformat the filesystem, this time with Ext4 with block size of 4k, without journaling, but with additional parameters to encourage Ext4 to do the right thing with respect to the erasure block:

mkfs.ext4 -O ^has_journal -E stride=2,stripe-width=1024 -b 4096 -L Fedora14Arm  /dev/mmcblk0p1

Na koniec dwa linki, które autor wpisu podaje jako źródła:

Zachęcam do lektury całego wpisu z którego pochodzą powyższe cytaty, bo powyżej są jedynie najważniejsze wyjątki, które bez kontekstu nie do końca w czymkolwiek pomogą.

Inny, prostszy (ale starszy) wpis o podobnej tematyce: http://linux-howto-guide.blogspot.com/2009/10/increase-usb-flash-drive-write-speed.html

No i dowiedziałem się, że pożyteczne narzędzie to flashbench (pakiet jest w Debianie unstable), że żaden ext2 dla nośników flash, tylko ext4 bez journala, za to z dodatkowymi opcjami, zależnymi od parametrów karty. I że nie tylko w przypadku SSD warto stosować alignment. Różnica prędkości między ext2 a ext4 po tuningu? Wg autora wpisu 8 razy szybciej dla małych plików i dwa szybciej dla dużych. Trochę mi wszystko opadło, ale za to wiem, co będę robić w weekend.

UPDATE: Trochę się pobawiłem i wyszło mi, że metoda pomiaru jest średnio dokładna. Albo pendrive zwalnia w miarę używania (w sensie „wykonana ilość zapisów”), albo reboot/hibernacja drastycznie zmieniają wyniki, albo nie wiem co jest grane. Bo zrobiłem test na FAT, potem na ext4 po dopasowaniu partycji (brak zauważalnych różnic), potem zabawa z ustawieniami ext4 i… między pierwszym testem na ext4, a końcowym, na identycznych parametrach ext4 były 4 sekundy różnicy. Przy podstawie 22 sekundy, więc prawie 20% wolniej. Zagadka. A ponieważ nie widzę zysku między FAT a ext4, to chęć do migracji ext2 -> ext4 gwałtownie spadła. Może kiedyś.

UPDATE2: Dodane cytaty z bloga. Bawiłem się trochę w optymalizacje/benchmarki na czterech różnych pendrive’ach. Tylko jeden zareagował pozytywnie na zmianę alignmentu (OK, bez wyliczeń było, po prostu początek partycji na sektorze 16384) i zmianę systemu na ext4. Przy okazji wyszło na jaw, że pendrive, który uznałem za wolny jest ok. 3 razy wolniejszy od pozostałych, niezależnie od ustawień.

Wyciszanie grzejnika.

Pod koniec zeszłego roku komputer robiący za grzejnik przestał działać. Padł dysk. Software RAID na dwóch partycjach niewiele pomógł. Tzn. pomógł na tyle, że były sygnały, że wkrótce się skończy. Gdybym miał jakieś ważniejsze dane, to zapewne zdążyłbym zgrać. Inna sprawa, że wg statystyk zrobionych przez Google, IIRC 30% dysków nie ma żadnych, ale to naprawdę żadnych objawów w S.M.A.R.T, zanim padną. Jakby komuś bardzo zależało i nie mógł znaleźć – dajcie znać w komentarzach, to poszukam tych statystyk Dzięki GDR! za podesłanie linka!

Wracając do tematu. Wymieniłem komputer w domu u rodziców, przełożyłem ze starego dysk do nowego. Zapomniałem o tym, włączyłem go i… praktycznie totalna cisza. Mimo w sumie trzech wentylatorów (zasilacz, radiator na procesorze i wentylator jak od zasilacza puszczony na 5V chłodzący kartę graficzną). Okazało się, że głównym hałasującym był dysk (Seagate 60 GB).

To podsunęło mi pomysł, żeby spróbować tego samego z grzejnikiem. W końcu komputer uruchamiający się z pendrive był ćwiczony wielokrotnie. Może nie w tak hardcore’owej wersji, bo jednak zawsze na podorędziu był dysk wpięty po USB, ale to przecież drobiazg. Przy okazji nauczyłem się patentu: jeśli komputer nie ma bootowania z USB w BIOSie, albo ma takie, że nie potrafi zabootować się z pendrive’a, to można zabootować z CD-ROM i kazać bootować z USB. Wymaga co prawda sprawnego napędu CD-ROM, ale działa. 🙂

Dzisiaj przywiozłem grzejnik. System zainstalowany na pendrive, póki co bez tuningu pod kątem trwałości tego ostatniego. Znaczy jest ext2, nie ma swap, ale reszty opcji nie miałem kiedy włączyć. Oczywiście tym razem nie będzie dysku tylko do odczytu, bo mprime musi gdzieś zapisywać wyniki (BTW przechodzę wyłącznie na wstępną faktoryzację – w jeden sezon grzewczy i tak nie jestem w stanie „konkursowej” liczby przeliczyć), ale to nie powód, by katować flasha ponad potrzebę.

Pamiętałem, że wentylatory w tej maszynie dość szumią, więc przypomniał mi się zacny wpis z Majsterkowo.pl o naprawie głośnych wentylatorów. Co prawda wyciąganie zawleczki i wyciąganie ośki uważam za overkill, ale rozebrałem i wentylator od procesora, i ten w zasilaczu i przesmarowałem sprawdzonym sposobem (kropelka oleju maszynowego). Jest o niebo lepiej, choć nadal troszkę go słychać. Winny jest badziewny radiator i wentylator zamontowany na nim, który jakby ma lekkie bicie. I w ogóle trochę mały jest ten radiator, i mniejszy niż w zasilaczu ma wentylator. Trochę żałuję, że nie przełożyłem z mojego starego domowego komputera procesora (Athlon 2200+) – obecnie jest Sempron 2300+, czyli słabszy. No i oczywiście radiatora (tego z niesłyszalnym praktycznie wentylatorem). Przy okazji mogłem też wymienić wentylator w zasilaczu, choćby na ten, który dmuchał na grafikę w starym komputerze. No ale nie było czasu… ;-/

Przy okazji otwierania zasilacza w celu przesmarowania i wyczyszczenia wentylatora znalazłem spore pokłady kurzu. Niestety, okazuje się, że samo odkurzenie zasilacza przez szczeliny nie pomaga, a sprężonego powietrza nie miałem nigdy pod ręką. Dodatkowo wyszło na jaw, że jeden z kondensatorów trochę wyciekł. Mam już lutownicę, ale nie miałem kondensatora na wymianę. Póki co działa, więc nie ruszam. Mam nadzieję, że nie odparuje razem z płytą…

UPDATE: Note for myself: w tym roku dniem uruchomienia grzejnika jest 02.12.2012. I nie jest to początek sezonu grzewczego.

UPDATE2: Może i było lepiej przez chwilę, ale dość szybko się pogorszyło. Tym razem pamiętałem i wyjąłem wentylator z nieużywanego komputera. Okazuje się, że nie był na 5V, a i tak był praktycznie niesłyszalny. Jakiś Arctic, które kupiłem za grosze w większej ilości wieki temu. Co prawda z mocowaniem był cyrk, bo żeby wkręcić cztery wkręty brakuje jakichś 5 mm na długości radiatora, ale dało się zamocować na dwóch (skombinowanych z kołków, bo wentylator różni się głównie wysokością, więc oryginalne nie pasowały). 1700 RPM w tej chwili i cisza – ten z zasilacza jest głośniejszy.

Debian – flash 11.2.202.228 dla i386 zepsuty.

Jeśli ktoś posiada Debiana w wersji 32bit (architektura i386) i korzysta z niewolnego pluginu flash (pakiet flashplugin-nonfree), to niech uważa z aktualizacją flasha do wersji 11.2.202.228. Wygląda, ze jest bug i po aktualizacji do ww. wersji flash przestaje działać i to we wszystkich przeglądarkach (sprawdzone w Iceweasel, Opera, Chromium). Problem objawia się tak, że sam plugin jest widoczny w przeglądarce, ale po prostu obiekty flash nie są uruchamiane.

Sprawdzone na 2 niezależnych systemach, z czego jeden to praktycznie czysty Squeeze, a drugi „mieszaniec” (Squeeze + backports + unstable). Pierwotnie podejrzewałem kombinację Iceweasel 11 + upgrade flash, ale nie o to chodzi. No i z kanału #debian wiem, że nie jestem jedyną ofiarą błędu.

PS Dla architektury amd64 błąd nie występuje – wszystko działa poprawnie, można spokojnie aktualizować. Jak będę znał rozwiązanie, to pojawi się aktualizacja.

UPDATE: Z tego co widzę w sieci, problem dotyczy wszystkich dystrybucji Linuksa i tylko architektury i386: https://bugbase.adobe.com/index.cfm?event=bug&id=3154276 https://bugbase.adobe.com/index.cfm?event=bug&id=3161034 http://forums.gentoo.org/viewtopic-t-918560-postdays-0-postorder-asc-start-0.html Adobe nie spieszy się do naprawy, jako, że plugin dla Linuksa oficjalnie nie jest wspierany. W którymś wątku pojawiła się sugestia, że wyłączenie akceleracji video rozwiązuje problem (nie weryfikowałem).

UPDATE: Widzę w pytaniach do wyszukiwarki pytanie o alternatywy dla flash, więc dla porządku: jest GNU Gnash, który działa średnio, że tak to ujmę (mało wydajny przede wszystkim z tych paru chwil, kiedy korzystałem) i jest Lightspark, z którym zupełnie nie miałem styczności, a który może być bardziej wydajny, bo przepisany od zera z myślą o wydajności na współczesnym sprzęcie.

UPDATE: Wygląda, że bug występuje tylko na procesorach bez SSE2 (grep –color sse2 /proc/cpuinfo aby sprawdzić, czy procesor ma obsługę SSE2), czyli głównie Athlon i okolice a Adobe nie kwapi się z wypuszczeniem wersji skompilowanej bez tego zestawu instrukcji. Ostatecznie zostaję z Gnash.

UPDATE: 2012.08.12 – Dochodziły mnie słuchy, że na oryginalnym Chrome od Google jest inny Flash, więc sprawdziłem zarówno stable 21.0.1180.75, jak i betę 22.0.1229.2. Nie działa na żadnym.

Kingdom Rush – fajna gra typu tower defense.

Urwanie głowy urwaniem głowy, ale trochę czasu na relaks człowiek musi znaleźć. Zawsze lubiłem gry typu tower defense, a ostatnio natknąłem się w czytniku RSS na ten wpis. Autor zachwala Plants vs. Zombies, których trailer widziałem i mi się podobał (na pełną wersję jakoś się nie zdecydowałem, IIRC kwestia ceny), a następnie tytułowe Kingdom Rush, więc postanowiłem dać grze szansę.

Kingdom Rush - screenshot

Screenshot z gry, źródło: http://www.kingdomrush.com/media.php

Wersja darmowa zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie – dopracowana grafika, dźwięk, i co – ważne gra nie ma kosmicznych wymagań i wygląda na napisaną dość porządnie – bez problemu daje się grać na moim starym sprzęcie, czego o niektórych produkcjach flashowych powiedzieć nie mogę (ba, nawet zwykłe bannery we flash potrafią przymulić kompa). Ciekawe etapy, rozbudowany system jednostek, dobry balans, przy tym – co ważne – TIMTOWTDI – można wygrać stosując zupełnie różne taktyki. No i demo jest bardzo rozbudowane, spokojnie można je uznać za pełną grę.

Dodatkowo, jakby się ktoś wciągnął, to poza samą grą (campaign), są dodatkowe tryby (heroic challenge oraz iron challenge) oraz osiągnięcia (część prosta i oczywista, część zdecydowanie trudna). No i oczywiście system upgrade’ów czyli rozwoju jednostek. Więcej o ficzerach. W każdym razie mnóstwo przedniej zabawy.

Niedługo później, głównie z uwagi na możliwość save’ów online (bez nich, z uwagi na czyszczenie super cookies każdy restart przeglądarki powodował utratę save’ów), kupiłem pełną wersję, czyli dostęp do dodatkowych etapów i broni. Zdecydowanie polecam przejście etapów w wersji darmowej przed zakupem – wersja pełna oznacza więcej zasobów na początku etapu, co trochę psuje balans (robi się za łatwo[1]). W dodatkowych etapach i trybach gry nie ma to IMO znaczenia, ale w wersji zwykłej – owszem, ma, będzie IMO zbyt łatwo.

Znalazłem póki co jedną wadę – nie wiem czego to kwestia, ale czasami zdarza się grze zawiesić na twardo – muszę zamknąć okno w przeglądarce, killnąć flash playera i uruchomić ponownie. Na szczęście dzieje się to stosunkowo rzadko. Tak czy inaczej – zdecydowanie warto zerknąć na tę grę, jeśli ktoś ma ochotę na tego typu rozrywkę.

Zagrać online można tutaj, uprzedzam, że choć po każdym etapie można zapisać i przerwać grę, to jest niezłym pożeraczem czasu. I – jak dla mnie – niezłym relaksem.

[1] Na szczęście po kliknięciu w „premium content” można to dostosować, tj. wyłączyć bonusy. Trochę późno na to zauważyłem.