WPS prawie tak słaby jak WEP.

Wygląda, że WPS (włączony domyślnie w wielu routerach) jest w tej chwili porównywalnie słaby, jak WEP. Niezależnie od użytego WPA/WPA2 możliwe jest – przy włączonym WPS – stosunkowo szybkie poznanie hasła do sieci WiFi ofiary, dodatkowo są gotowe narzędzia do tego celu (np. reaver-wps spaczkowany niedawno dla Debiana). Spodziewać się można niebawem aktualizacji firmware’ów dla routerów z dodaniem/wydłużeniem czasu dla funkcji lock down, ale to nie jest rozwiązanie, tylko drobne utrudnienie. Do szczegółów, w tym czasu brute force na WPS odsyłam do krótkiego, ale treściwego pdf ze strony.

Jak sprawdzić, czy sieć obsługuje WPS (czyli czy dana sieć jest podatna)? Najprościej (na Linuksie) przy pomocy wpa_supplicantPrzemek w komentarzach na tej stronie opisał jak, a wygląda, że da się prościej i wystarczy (Debian Squeeze z wicd jako helperem do WiFi):

wpa_cli scan
wpa_cli scan_results | grep WPS

Jeśli okaże się, że mamy włączonego WPS, a go nie potrzebujemy, to wypadałoby zmienić hasło do sieci WiFi oraz poszukać, czy WPS nie da się wyłączyć. Często (zwykle?) się da, przynajmniej na Linksysach.

Trawa jest bardziej zielona – ponownie.

Niektórzy to chyba się nigdy nie zmienią. Przeglądam stare wpisy o zmianie pracy i mam wrażenie, że nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o moje podejście. Krótki opis sytuacji – jakieś dwa(? może nieco mniej, ale tak to odbieram; półtora roku przynajmniej) lata temu większość udziałów w obecnej firmie wykupiła inna firma. Wywołało to w owym czasie spore zamieszanie u nas, bo nikt nie wiedział, co będzie, jak będzie itd. Po jakimś czasie się sytuacja się ustabilizowała, wiele się nie zmieniło, wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego, praca toczyła się po staremu. Ale jakieś ziarno niepewności zostało.

Niedawno czynnie pojawiła się we władzach firmy osoba z firmy, która wykupiła większość udziałów. Kilka(naście) tygodni temu miła pani z HR przeprowadziła wywiady z ludźmi w firmie. Co kto robi, co mu się podoba, co nie, kompetencje. Taka prawie rozmowa rekrutacyjna. W sumie jedyną informacją jaką dostałem, było, że jak przejmują firmy to nie zwalniają raczej pracowników. Ale tyle to już zdążyłem wywnioskować. Dodając jeden do jeden wyszło mi, że koniec jest bliski (wbrew temu, co niektórzy pracownicy u nas twierdzili).

No i na początku grudnia dostałem oficjalną informację o wchłonięciu większej części obecnej firmy i propozycję bezproblemowego przejścia do firmy obok. Zmiana stanowiska, zmiana warunków pracy, z szansą na wyprostowanie pewnych upierdliwości, które tu od lat się nie zmieniły, a które z czasem stawały się coraz bardziej irytujące (głównie dyżury). Cóż, jak coś nie zmienia się od lat, to pewnie nie zmieni się nigdy… Wybór między niczym (bo nie dostaliśmy z firmy przejmującej żadnej informacji, jak widzą naszą pracę – stanowiska, warunki – po wchłonięciu) AKA czarną dziurą AKA chyba znowu zostanie po staremu, ale może coś się zmieni (pytanie czy na lepsze) a taką szansą był dość prosty. Została do załatwienia papierkologia i niefajny okres pracy poniekąd na dwa fronty.

Żałuję rozstania z dotychczasową ekipą, bo była naprawdę rewelacyjna i dająca radę z różnymi dziwnymi rzeczami (ilość R’n’D w pracy była zacna, nowości też, trochę szkoda, że nie do końca się to – z różnych względów – na wdrożenia produkcyjne przekładało). Ale nową ekipę znam i też wygląda OK (nie chwaląc dnia przed zachodem słońca). Zresztą ze starą ekipą mam nadzieję utrzymać kontakt, nie tylko zawodowy. Jak będzie, zobaczymy za kwartał, może pół roku. W każdym razie coś się kończy, coś zaczyna.

Zresztą, chyba coś dziwnego na rynku pracy się dzieje, bo prawda jest taka, że ostatnio (powiedzmy ostatni kwartał) wszyscy dookoła zmieniają pracę, a im bliżej końca roku, tym więcej ludzi zmienia. Poczynając od firm, z którymi współpracujemy, po znajomych z netu. Zresztą, właśnie niedawna rozmowa ze znajomym z netu zasiała spore wątpliwości co do sensu dotychczasowej sytuacji. Więc tak czy inaczej do końca stycznia (no, może do końca lutego) musiało się coś zmienić…

I tyle zamiast podsumowania roku 2011 (ten wpis nie miał być w żaden sposób podsumowaniem roku), który był rokiem bardzo mieszanym – trochę plusów, trochę minusów. Jak zwykle. Generalnie nie oceniam go źle.

Recenzja testu ultrabooka.

Test ultrabooka i konkurs to jedno, teraz pora na recenzję testu, czyli co mi się podobało w teście i konkursie, a co nie.

Przede wszystkim, fajnie, że konkurs w ogóle miał miejsce – jest szansa na pomacanie sprzętu przed zakupem, zapoznania się na żywo, sprawdzenia, jak sobie Linux radzi (tylko teoretycznie niestety, patrz niżej) itp. I żadna recenzja czy parę minut klikania w sklepie tego nie zastąpią, niestety. Dowiedziałem się, że nadal nie lubię ekranów glare, że klawiatura przy 13,3″ to pełen wymiar i może być zupełnie wygodna i że touchpad może być nie tylko używalny, ale nawet wygodny. Co prawda mysz jest wygodniejsza i pewnie na biurku podłączę, ale przy dobrym touchpadzie mogę ją sobie darować przy korzystaniu mobilnym.

Sprawa druga to to, co było podkreślane od początku przez wiele osób – jeden dzień to stanowczo za mało na test. Zwyczajnie mało czasu, żeby dokładnie przeklikać wszystko i poużywać, jeśli pojawią się problemy, żeby je rozwiązać itd. Do tego dochodzi kwestia konieczności poświęcenia jednorazowo sporej ilości czasu, wypadających niespodziewanych rzeczy niezwiązanych z testem itp. Jakby do tego dodać czas na synchronizację danych (żeby móc używać komputera w takich samych warunkach, jak dotychczasowy), to robi się dramat.

Kolejna sprawa – zakres grzebania w sprzęcie i odpowiedzialności. Jak pisałem w komentarzu pod wpisem konkursowym, istnieje coś takiego jak ubezpieczenie od zepsucia sprzętu, poczynając od jego zrzucenia, zalania, aż po naprawę po np. nieudanej aktualizacji BIOSu (to ostatnie kumpel niedawno sprawdzał w praktyce). Zdecydowanie warto wydać parę zł i skorzystać, dając testującym więcej komfortu. Tak samo zmiana systemu operacyjnego w urządzeniu – to tylko komputer, komputery pracują pod różnymi OS. W przypadku tak krótkiego testu co prawda zmiana OS średnio ma sens, ale przy dłuższym teście na pewno warto zezwolić na taką zmianę, a grzebanie w partycjach to wręcz konieczność.

Kolejna kwestia, czyli bezpieczeństwo. Czyli główny powód, dla którego zrezygnowałem z testu smartphone’a. Miałem opory przed podaniem haseł do serwisów na „niepewnym” (czytaj: nie moim) systemie, który na dodatek za moment ode mnie wyjeżdża nie wiadomo dokąd (a weź tu wyczyść dokładnie Windowsa…). Ostatecznie jedynym hasłem, które podałem było to do wifi. Zakładanie testowych kont jest pracochłonne i nadal nie korzystamy z systemu identycznie, jak normalnie. A jeszcze jakbym miał swoje dane skopiować na taki system? W żadnym razie. Możliwość postawienia swojego systemu, wyczyszczenia (wyzerowania) partycji to minimum. Jak rozwiązać sprawę przywrócenia oryginalnego systemu? Prosto: pendrive przywracający domyślny system i bootowanie z USB załatwią sprawę, niezależnie co się stanie z oryginalnym systemem na dysku. Proste, wygodne, bezpieczne i działa.

Organizacyjnie: trochę do życzenia pozostawiała komunikacja dotycząca konkursu. Papiery, które miały przyjechać przed przekazaniem sprzętu, a nie przyjechały (z tego co czytam, nie tylko ja nie dostałem umowy wypożyczenia przed otrzymaniem sprzętu), trochę zamieszania z terminami. Fajnie by było, jakby w przypadku przybycia kuriera ze sprzętem, a bez umowy można się dodzwonić do kogoś i wyjaśnić (no ale ostatecznie nie mój problem, że dostaję komputer bez umowy, prawda?). Fajnie też, żeby kurier przywożąc „upominki na otarcie łez” (dziękuję, zgrabny pendrive o słusznym rozmiarze, przyda się pod linuksowe live’y) i papiery do podpisania (umowa wypożyczenia po oddaniu sprzętu? po co?) zapowiedział wcześniej, co wiezie. Albo ktoś, kto wysyła, żeby zapowiedział. Bo osoba zdatna do odbioru przesyłki może być dostępna, ale nie musi być jednocześnie osobą mogącą podpisać umowę.

Pewnie jakby konkursy tego typu się powtarzały, to się warunki dotrą i będzie lepiej. Na co – w nadchodzącym roku – liczę. 😉