Kupiłam w zamierzchłych czasach na jakichś targach książki, jak jeszcze się na takie targi chodziło. Zupełnie nie pamiętam, dlaczego; nic o książce czy autorze nie wiedziałam, ale nie żałuję. To krótka, beletryzowana relacja z koncertu U2 w Sarajewie w 1997 roku, co było o tyle znamienne, że Bośnia i Hercegowina jeszcze nie ochłonęła po niedawnej wojnie, a Bono był w łagodzenie konfliktu zaangażowany. To symboliczny koniec niepokoju, po raz pierwszy od lat ruszyły pociągi, żeby dowieźć fanów na koncert i koncert miał stać się miejscem nad podziałami. Autor przeskakuje relacją między różnymi grupami - licealistami, reporterem, zakochaną parą, siostrą, która straciła brata w wyniku bombardowania, studentami, ultra-fana, młodego popa… Jak w pewnym momencie stwierdza, to 8 godzin, kiedy 50 tysięcy ludzi weszło na stadion, zagrały supporty, zagrała gwiazda, każdy coś poczuł, każdy co innego, bisy i koniec. Wszyscy wrócili do swoich żyć. To nie jest historia o wojnie, ale jest historią o wojnie, o której się mało mówi.
#48
Ogrody Kenrokuen, cały dzień możnaby na chillu spędzić.
Muzeum rzemiosła, fajnie pokazane etapy np. farbowania tkanin.
Zamek odbudowany w części i dalej w budowie. Łatwo się palił do tej pory.
Świątynia Oyama. Na lunch okonomiyaki – własnoręcznie smażone.
Potem samurajskie domy i ogrody, lody ze słodkim sosem sojowym.
Warsztaty kulinarne, prowadzący miał fajny zestaw do tłumaczenia symultanicznego. Rzeczy wyszły nam pyszne.
Szybkie zakupy w wielkiej trójce (7-11, Lawson, Family Mart) i onsen na koniec dnia.
Kroków 17k, 12km.
047/100 of #100DaysToOffload
Pociąg do Nagano, tam walizki do schowka i zwiedzamy.
Autobus: jasna obsługa z kartą Suica; kierowca upewnia się, że wiemy gdzie wysiąść.
Muzeum olimpijskie z przejsciem przez targi motoryzacyjne. W samym muzeum biednie, ale akcenty polskie były.
Spacer przez deptak do świątyni Zenkoji i z powrotem na stację.
Konfuzja, bramki nas nie wpuszczają. Rozmowa z obsługą przez translator. Źle kupiliśmy bilety na Shikansena, data pomylona z kolejnym przejazdem. Zwrot biletów, kupno nowych, ostatecznie jedziemy pół godziny później i odpowiednik 32PLN potrącony za zwrot biletów (kosztujących ~880 PLN, więc spoko przelicznik).
Pociąg do Kanezawy.
Tam zadziwiająco głośno. Tłoczniej niż w dotychczasowych miastach i do tego trąbią, a w autobusach nie działają uniwersalne karty prepaidowe IC. Ale można się fizyczną kredytówką odbić na czytniku. Chodniki krzywe, malunki na jezdniach wytarte.
Zobaczyliśmy ładnie podświelony ciąg bram Tori i lightshow w parku zamkowym.
Wyżerka w restauracji z owocami morza.
Kroków 20k, 14,2km.
046/100 of #100DaysToOffload
[Nie wiem czemu uparcie czytam tytuł jako “Instytucjonalistka”, chociaż to zupełnie nie o tym.]
Rzecz się dzieje w alternatywnej rzeczywiści, gdzie Ameryka rozwinęła niesamowicie technologię transportu pionowego, przez co pozycja inspektora wind jest jedną z najbardziej prestiżowych. Świat jednak nie jest na tyle alternatywny, żeby rasizm i seksizm zniknął i Lila Mae Watson, nie dość, że pierwsza kobieta, to do tego czarna, budzi co najmniej zaskoczenie, a poza tym niechęć. Do tego dochodzi fakt, że nie jest empirystką, tylko intuicjonistką - nie ogląda mechanizmu windy, ale zestraja się z nią, żeby poczuć, czy działa prawidłowo. Empiryści pogardzają “tymi drugimi”, mimo że w niezależnych badaniach udowodniono, że skuteczność drugiej grupy z niewiadomych przyczyn jest 10% wyższa. Wtem spada winda, na szczęście pusta, ale nie dość, że podczas inauguracji z burmistrzem, to jeszcze dzień wcześniej właśnie Lila Mae ją kontrolowała i nie znalazła żadnych wad. Dziewczyna staje się ofiarą politycznej rozgrywki w trakcie toczących się właśnie wyborów i musi sama odkryć, co stoi za awarią - spisek, niedoskonałość intuicji czy zwyczajny błąd konstrukcyjny.
Proszę dać mi w nagrodę lizaka (ale nie o smaku klopsików z Ikei), bo rozpoznałam, że to alegoria. Fikcyjny świat kilkusetmetrowych wind jest pretekstem do pokazania konfliktu rasowego (jeden czarny pracownik to rodzynek, dwóch czarnych - wojna), bezwzględnej walki o władzę w klimacie prawie że thrillera, a do tego w tle pojawia się legenda “czarnej skrzynki” - windy idealnej, która może zrewolucjonizować całą branżę. Nie spodziewałam się po dość mocno osadzonym w realności autorze takiej liryki i klimatu jak u Chiny Mievilla (oczywiście znacznie łagodniejszego), ale wyszło bardzo ciekawie.
Inne tego autora.
#47
Hike na górę do zamku Arato, grał w kilku filmach.
Potem rowerki na Chikaraishi Course. Częściowo piękną rowerostradą wzdłuż rzeki Chikuma (Shinano).
Między aktywnościami onsen :) W tym wieczorny prywatny na zewnątrz. Dojście do niego w dostarczonych klapkach. Plot-twist: klapki to japonki.
Dziwnie się patrzy na zapisy tras pokrywające się dokładnie z drogami. Życie w Gdańsku, gdzie od lat GPS jest zakłócany przez ruskich, odzwyczaiło mnie od tej oczywistości.
W końcu dzień bez deszczu.
Kroków 15k, 20,9km.
045/100 of #100DaysToOffload
Teamlab borderless. Fascynujące. Lustrzana sala z kulami robi źle w błędnik.
Świątynia z bramami Tori. Lokalny ramen Kamunabe, zero napisów po angielsku. Google Translate działa bez problemu.
Stara dzielnica z klimatem, cmentarz, park Ueno z wisienkami (słabo, wczoraj było lepiej). Nawet przy festynowych stoiskach z fast-foodem wyznaczone miejsce ustawiania się kolejki.
Świątynia Sensō-ji najbardziej turystyczna jak może być. Tu więcej ludzi.
Shinkansen (220 km/h), potem lokalny pociąg i jesteśmy w Chikuma w ryokanie, tradycyjnym hotelu. Przesuwane drzwi, chodzenie w szlafroku, spanie na podłodze.
Kluski soba i onsen wieczorkiem petarda. Zwłaszcza, że onsen zasilany naturalnymi gorącymi źródłami z minerałami.
Kroków 22,8k, 15.2km.
Deszcz.
044/100 of #100DaysToOffload
Ida jedzie do domku letniego, gdzie wraz z siostrą Marthe, jej mężem Kristoffem i jego 6-letnią córką będzie świętować 65. urodziny matki. Bardzo się cieszy, bo z domkiem ma same miłe wspomnienia, a dodatkowo chce się pochwalić siostrze, że podjęła decyzję umożliwiającą jej potencjalnie zostanie matką, o czym marzy. I świetnie się dogaduje ze szwagrem i jego córką. Tyle że im bliżej innych, tym bardziej wychodzą na jaw zadawnione pretensje, lęki i rozczarowania: Ida, starsza, zawsze czuła się mniej kłopotliwa i bardziej wartościowa niż młodsza siostra, a mimo to cała uwaga rodziny skupiała się i skupia w dalszym ciągu na Marthe. To Marthe boli brzuch, to Marthe jest wreszcie w upragnionej ciąży, to Marthe pomalowała domek na wybrany przez siebie kolor bez konsultacji z Idą, to Marthe zaplanowała imprezę matki, to Marthe matka bardziej kocha. Frustracja narasta i Ida zaczyna odrzucać swoją latami pielęgnowaną łagodność w stosunku do reszty rodziny. Może zwyczajnie nie szanuje matki i wini ją za rozwód przed laty, a swojej siostrze zazdrości nieuzasadnionej atencji otoczenia, męża i ciąży; może jest zwyczajnie rozczarowana samą sobą?
To kompaktowa, ale pełna emocji historia o nieprzepracowanych problemach w rodzinie, o nierównym rozdzieleniu uczuć i odczuwanej niesprawiedliwości. Wali w miękkie, bo oczywiście możemy traktować Idę jako emanację zła, ale z drugiej strony ile w każdej z nas siedzi takich zadr, które kiedyś wreszcie chciałybyśmy wyjąć, żeby się dookoła nich przestało jątrzyć. Klimatycznie pokrewne do prozy Soukupovej, chociaż autorka jest Norweżką; jak widać, gęsto skłębiona rodzina nie zależy od geografii.
#46
Śniadanko ma targu, świeże rzeczy w tempurze mniam mnia.
Świątynia między wieżowcami, park z wiśniami (chyba wstrzeliliśmy się na kwitnienie), sklepy w Parco, Shibuya crossing z kilku punktów widokowych i ramen na kolację.
Bilet 48h na metro świetna rzecz, jak już się udało go kupić. Zbiorkom wygląda na ogarnialny. Numerowane stacje mega ułatwiają orientację bez konieczności zapamiętywania nazw. Wszystko opisane po angielsku, czytelne symbole, wyznaczanie miejsc na ustawianie się kolejek.
Od południa deszcz. Ogólnie bez spodziewanych tłumów, ruch na ulicach spokojny i cichy (elektryki i hybrydy). Ludzie nienahalni. Miło!
Kroków 25,2k, 17,5km.
043/100 of #100DaysToOffload
Czytelników zaniepokojonych nagłą zmianą zainteresowań muszę uspokoić. Nie, nie zacząłem interesować się piłką nożną. Nie chodzi o moje zainteresowania, a o tłumaczenie z języka hiszpańskiego. Hay ahora futbol[1] można przetłumaczyć właśnie w taki sposób. No ale o co chodzi? Dziś dowiedziałem się o istnieniu strony, która pokazuje odpowiedź na tytułowe pytanie. Można by pomyśleć, że nieźli fanatycy piłki nożnej w tej Hiszpanii. Być może, ale …
Czytaj dalej „Czy teraz futbol?”
Artykuł Czy teraz futbol? pochodzi z serwisu Pomiędzy bitami.
Na lotnisko wygodny dojazd autobusem 120. Byliśmy wcześniej, usiedliśmy pod bramką i chwilę potem przyszła informacja o odwołaniu lotu do Amsterdamu. Niezły początek. Powrót do hali odpraw, próba znalezienia nowego połączenia. „Państwo odprawiali się na lot o 14:25, odwołany jest ten o 11:55”. Uff? Drugie przejście przez security.
Śmiesznie z tymi samolotami. Dzień wcześniej mijaliśmy na autostradzie zaparkowaną awionetkę.
Popołudniowe lotnisko Amsterdam Schiphol duże i ciche, ale myszy biegają.
W czasie lotu do Seulu obejrzałem ”Mickey 17” i poszedłem spać.
Pneumatyczne drzwi pociągu w Tokyo wzdychały, jakby same miały za sobą ponad dobę w podróży.
042/100 of #100DaysToOffload
Jak się poniewczasie zorientowałam, ten tomik poprzedza czytane wcześniej "Komu dziecko, komu?"; jak już musicie, to zacznijcie od tego. Autorka wprowadza tu rodzinę Hanki, która mieszka z dwiema dorosłymi córkami - artystką Basią i polonistką Moniką; trzecia, Jagna, wyszła za mąż i mieszka z mężem i 4-letnim upiornym Maciusiem; do tego dochodzi sklerotyczna i przygłucha babcia, stanowiąca w tej grotesce element komiczny. Każda z pań ma swoje problemy - Hankę zostawia wprawdzie pogardzany, ale wieloletni kochanek, do tego dla młodszej, więc mimo że jeszcze nie jest taka stara, irytują ją młodzi. Jagna nie może się dogadać z mężem, bo ten bardziej niż żony potrzebuje mamusi, a dodatkowo oboje nie są wielkimi fanami bycia rodzicami. Monika dowiaduje się, że jej śliczny i grzeczny narzeczony jest taki kulturalny, bo woli panów. Na szczęście poznaje równie przystojnego, choć nieco nieokrzesanego piłkarza. Barbara, po próbie odbicia Monice chłopaka, poznaje swojego kuzyna z Ameryki i znęcona wizją dolarów wyjeżdża z nim za granicę.
Jaka to jest przykra książka, jak wszyscy w niej się serdecznie nie cierpią. I tak, wiem, to w założeniu taki humor, ale absolutnie do mnie trafia. Wszyscy wszystkich zdradzają, głównym sposobem komunikacji jest złośliwość i szydera, zwłaszcza jeśli drugiej osobie zbywa na błyskotliwości[1]. Pełno szowinizmu (“ Inny człowiek! — zachwycał się pan domu. — O ile, oczywiście, kobieta może uchodzić za człowieka, he-he-he!”), wyższości i pogardy dla innych, do tego dochodzą żarciki z gwałtu, zatrzymajcie tę karuzelę śmiechu. Możliwe, że autorka się świetnie bawiła, ale ja już zdecydowanie mniej.
Się je: indyka w galarecie, pierożki z wiśniami, cytryny, jałowcową kiełbasę, chleb, schabowe popijane piwem, pomidory z solą, czekoladki Wedla, owoce, bułkę z szynką, parówki z kwaśnym mlekiem, kaszankę z ogórkiem; kakao, bułki z masłem, salami, pomarańcze (na śniadanie we Włoszech); mleczną kawę, jajka, bułki, banany i mandarynki (śniadanie w Egipcie); amerykańską sałatkę - małe raczki, kawałki ananasa z puszki, pokrajane w plasterki banany, zieloną sałatę, groszek i kawałki szynki; befsztyk tatarski, i śledzika w śmietanie, śliwki w occie i sałatkę z sosem majonezowym, i rybę w galarecie, karpia po żydowsku, kiszone ogórki i sałatkę z mrożonych pomidorów, zimne mięsa (na weselu).
Się pije: francuski koniak, kawę ze szczyptą czekolady, wanilii i sproszkowanej gałki muszkatołowej, prawdziwą whisky z wodą sodową „White Horse“ (sic!), dobre wino, herbatę z termosu, cytrynówkę, czystą, jarzębiak, eksportową, herbatę z cytryną, wino jugosłowiańskie, słodką wiśniówkę.
Się pali: amerykańskie Chesterfieldy i polskie Giewonty.
[1] Miss Czegośtam, tak piękna, jak głupia:
- To futro z etoli... - odparła Danusia, ale widząc ironiczny uśmieszek wuja i obu młodzieńców, zarumieniła się lekko i zmieszana dodała. - Nie wiem zresztą dokładnie, jak się nazywają. - No, nareszcie jakieś ludzkie słowo z pani ust. Czy maleńka pozwoli, żebym się stał jej cicisbeo? - Tylko proszę: niech pan się nie wyraża! Nie znoszę tego. - Oh! - zaśmiał się radośnie. - Ta cudna ignorancja! Ten uroczy brak erudycji! Widzisz, maleńka, cicisbeo znaczy po włosku tyle co opiekun, przewodnik...Inne tej autorki, inne z tej serii.
#45
Gdy robię zakupy online, to raczej nie przywiązuję wagi do opakowania. Po pierwsze, nie ono jest najważniejsze – interesuje mnie kupiony towar, czyli zawartość. Po drugie, niespecjalnie mam na nie wpływ. To od sprzedawcy zależy, jak zapakuje towar. Ostatnio jednak robiłem trochę zakupów, które skłoniły mnie do pewnej obserwacji. Jeśli chodzi o opakowania i ochronę towaru, to naprawdę słabe doświadczenie …
Artykuł Opakowania pochodzi z serwisu Pomiędzy bitami.
[30.05.2024 - 5.05.2025]
To nie jest tak, że im człowiek starszy, tym mniej snu potrzebuje. Wręcz przeciwnie, potrzebuje tego snu więcej, ale zwyczajnie nie może spać. Z przynajmniej ja. Doskonale zasypiam, ale mimo wsparcia farmakologicznego budzę się w nocy, zasypiam, ale jak już przyjdzie ranek, to bez względu na to, jak wcześnie jest, mój mózg oświadcza, że wstał i tyle spania. Dlatego nauczyłam się korzystać z poranków: czasem czytam, czasem klikam w gry i doomscrolluję (staram się nie, ale wiecie, jak jest), czasem - tak jak dziś - przygotowuję zdjęcia i piszę. Ale moim ulubionym sposobem na nierobocze poranki jest wyjść z domu GDZIEŚ. Czasem kręcę się po fyrtlu, czasem wsiadam w samochód i gdzieś jadę. Ależ oczywiście, że robię sobie listy miejsc, gdzie bym chciała, po czym je gubię albo o nich nie pamiętam i o 7:53 w sobotę, często zawinięta w kocyk, myślę, że może jednak zostanę. Ale nie. Nie żałuję żadnej okazji, kiedy wyszłam z domu bladym lub mniej bladym świtem. Świat o poranku jest tylko dla mnie, często prawie pusty - jak na przykład w wielkanocny poniedziałek, często jasny i czysty po nocy, mało aut, mało hałasu, światło i miasto. Dziś szczególnie jestem zadowolona ze zdjęć, które poniżej i w galerii, moje miasto jest piękne. Z nowości - Kładki Berdychowskie i okolice mojej Alma Mater, trochę murali i tradycyjnie już - centrum, Wilda i Łazarz.
GALERIA ZDJĘĆ i więcej kawałków Poznania: listopad 2020 (1), listopad 2020 (2), listopad 2020 (3), grudzień 2020 (4), luty 2021 (5), maj 2021 (6), maj 2021 (7), październik 2021 (8) luty 2022 (9), marzec 2022 (10), październik 2022 (11), styczeń 2023 (12), kwiecień 2023 (13), styczeń 2024 (14), grudzień 2024 (15), grudzień 2024 (16), marzec 2025 (17), luty 2026 (18).
To zaskakująca książka, bo nie jest typowym kryminałem, tylko gawędami, jakie ciężko chorująca redaktorka Barbara uprawia z mecenasem Zamorskim, bohaterem jej kilku innych książek. Wspomina pobyt w szpitalu, depresję, wreszcie rekonwalescencję w ukochanej Brzozowej (Podkowie Leśnej). Jest słuchaczką elokwentnego mecenasa, który dzieli się historiami z przeszłości, niektóre z nich są osobiste, w innych występował jako widz, a głównym motywem jest kwestia ukarania winnego, zwłaszcza w sytuacji, kiedy prawo zawodzi. Czy powinno się karać mordercę osoby, która niszczyła go przez kilkadziesiąt lat, zostawiając wrak człowieka? Czy karma istnieje? Do czego może doprowadzić zazdrość i zawiść? I na końcu finał, który jest zasugerowany tytułem: czy mecenas Zamorski jest postacią realną?
Się je: konfitury truskawkowe, lody, czekoladę z pączkiem (?), domowe ciasto; kanapki, sałatki, galaretki, bulion z francuskimi pasztecikami, indyka z najlepszym nadzieniem, owocową surówkę, torty z kremem jak puch (na weselu); czereśnie, bułeczki z masłem, tort mocca albo fedora, kartoflankę z zacierkami, słone patyczki do pogryzania (sic!), bigos, żółty ser i kiszone ogórki (pod wódkę).
Się pije: mocną herbatę, włoski biały wermut “Cora”, kawę z różanym likierem, whisky (chociaż to świństwo).
Się czyta: Agathę Christie, “Zapałkę na zakręcie” Siesickiej.
Się ogląda: “Czterdziestolatka”, serial o “angielskiej kapitalistycznej rodzinie Forsythe’ów”.
Się słucha: “Matysiaków” w radio.
Się przerabia: musztardówki na znicze w okresie Zaduszek.
E-book kupiłam w legalnej księgarni, ale to ewidentnie samoróbka, pełna literówek i błędów formatowania. Szkoda.
Inne tej autorki.
#44
Jest coś w tym, że filmy w kinie cieszą bardziej. Z radością powitałam w kinach obecność rzeczy dawno zapomnianych, czaję się na “Kill Billa” i “Dogmę”, a tymczasem w wielkanocny poniedziałek zabrałam do kina nastolatkę na “Żywot Briana”. To był jej pierwszy kontakt z Monty Pythonem i chyba, pomijając okazjonalne elementy pokoleniowej żenady, całkiem udany.
Nie będę streszczać fabuły, kto widział, ten wie, kto nie widział, cóż, idźcie obejrzeć, nie musi być w kinie. Za podsumowanie może być rozmowa dwóch pań 60+ w toalecie po seansie, zakończona wnioskiem, że “nie było aż takie kontrowersyjne”. Dla mnie, osoby z prozopagnozją, najgorszym elementem było wieczne napięcie, czy te same osoby grające inne postaci, to jakieś drugie dno, czy jednak tylko kwestia budżetowa. Poza tym obśmiałam się jak norka, nie pamiętałam niektórych wątków (gillamowski statek kosmiczny!), ale pozostałe były zaskakująco aktualne. Dalej trudno wybrać, czy się idzie za tykwą, czy za sandałem i do jakiego stronnictwa Judejczyków warto należeć; ta wersja mitu jest tak samo dobra, jak inne. A do tego śmieszniejsza.
Kontynuując tradycję zamieszczania instrukcji, z okazji tego, że musiałem wymienić baterię i jak zwykle nie pamiętałem jak ustawić czas, tym razem instrukcja do HTC-1. Co to w ogóle jest HTC-1? Jest to tani zegarek LCD przeznaczony do użytku wewnętrznego, z funkcją pomiaru wilgotności i temperatury. Zasilany jest jedną baterią AAA[1], na której działa długo. Nie posiada żadnej łączności zdalnej, czyli nie …
Czytaj dalej „HTC-1 skócona instrukcja”
Artykuł HTC-1 skócona instrukcja pochodzi z serwisu Pomiędzy bitami.