[1.05.2026]
Majówkę zaczęłam na bogato, bo nie dość, że nastolatka sprzedała mi jakąś upierdliwą zarazę (drut kolczasty w gardle i wodospad w nosie), to jeszcze tuż przed niemiecką granicą zorientowałam się, że nie wzięłam ze sobą analogowych dokumentów. Tuż przed granicą, to znaczy zatrzymali do wyrywkowej kontroli samochód przed nami, a nasz puścili. Widać Bogini Przypału czuwa nad nieogarami, które planują wszystko poza tym, co niezbędne (żeby nie trzymać Was w niepewności, tym razem okazało się zbędne, pojechałam i wróciłam bez kłopotu). A poza tym było idealnie - anomalia pogodowa zaowocowała gorącym latem i pełnym słonkiem, a wybrany spacer po lipskim zoo okazał się fantastyczny, dopóki w większości zasmarkana wycieczka nie odmówiła kontynuacji mimo affogato, lemoniady i lodów. Tak, ja też nie naciskałam, żeby odwiedzić Gondwanaland, od którego powinniśmy byli zacząć, ale to tylko oznacza, że wrócimy i do Lipska, i do zoo. Było trochę żartów o opcjonalnych zwierzętach, bo się chowały w cieniu (“o, taki malutki słonik”), fantastyczne akwaria i chyba najdroższy i najlepszy na upał kubek z kostkami arbuza. Nastolatka wyszła przez sklepik z pluszowym gołębiem, roboczo i czule zwanym Sraluchem (potem przemianowaliśmy go na Siwego).
Adres: Pfaffendorfer Str. 29, naprzeciwko jest tani parking, toalety są w zoo, ale nie korzystałam (HTM zdecydowanie poluźnia smycz, IYKYK). Przy dwóch wizytach w zoo już się opłaca kupić roczny bilet!
Pojawiło się doniesienie o wprowadzeniu przez Google nowej wersji reCAPTCHA. Nazwa jest piękna Google Cloud Fraud Defense. Od razu wiadomo, jak opakowana została zmiana, w imię której będziemy poświęcać wolność. Walka z nadużyciami, bezpieczeństwo. W artykule jest security, safety, trust i fraud. Oczywiście pojawia się też AI. Trochę miałem do czynienia z rozwiązaniami do detekcji botów, wydaje mi się, że widzę, …
Artykuł Nowa reCAPTCHA pochodzi z serwisu Pomiędzy bitami.
Pełna treść jest dostępna na blogu. Czytaj więcej
Grzebiąc w appce od opaski znalazłem opcję, którą z opisem przytoczę w całości:
Śledzenie danych przechowywanych lokalnieUtwory nagrane po otwarciu są przechowywane tylko lokalnie w aplikacji. Jeśli aplikacja zostanie usunięta, utwory zostaną utracone. Podczas synchronizowania danych do strony trzeciej, ścieżki nie będą również synchronizowane, co może spodowować nieprawidłowe dane synchronizacji.
O fajnie, pomyślałem. Opcja prywatności jakaś. Nie będą mnie śledzić nie wiadomo jakie strony trzecie.
Włączyłem.
Dwie kolejne aktywności zsynchronizowane do Stravy pojawiły się bez mapy. Ale w appce od opaski trasy na mapie są. Zacząłem szukać awarii. Internet wskazał winę powyższej opcji.
I wtedy zrozumiałem opis. Utwory, czyli tracks, czyli tak naprawdę ślady aktywności. Strava jest tu stroną trzecią, więc nie dostaje informacji o lokalizacji. Przez to Strautomator nie może dodać informacji o pogodzie czy flagi kraju. Dokładnie tak, jak to jest opisane w niedokładnym tłumaczeniu.
Wyłączyłem opcję. Kolejna aktywność w Stravie zsynchronizowała się z mapą.
062/100 of #100DaysToOffload
Joanna usiłuje napisać książkę s-f i w tym celu potrzebuje fizyka, który jej podpowie, jak może złapać promienie kosmiczne w takie małe coś, ale żeby w nim zostały, więc musi mieć dno. W celu znalezienia fizyka, a zaskakująco wielu z nich nie bardzo chce kontynuować rozmowę, kręci się po Warszawie i peryferiach, niespecjalnie zwracając uwagę na otoczenie. W celu napisania książki ignoruje potrzeby znajomych i przestaje organizować brydża, więc znajomi muszą się ogarnąć sami, jak chcą rozrywek. To wszystko buduje wstęp do kilku afer - kradzieży bezcennej (no, wycenialnej, ale drogo i w walucie wymienialnej) kolekcji znaczków, napadów na cinkciarzy, które jednak nie są zgłaszane na milicję, dwóch morderstw, bezczelnego przemytu, który jednak w finale okazuje się być na korzyść Skarbu Państwa. A wszystko kręci się wokół zaabsorbowanej książką autorki.
To typowa historia, gdzie każdy wie coś, ale nie ma szans, żeby zainteresowani ze sobą porozmawiali, bo się nie znają, trzeba katalizatora w postaci Joanny i jej miłości do milicji (wielokrotnie emitowanej, po którymś razie już gimnastykowałam oczy), żeby wszystko ze sobą powiązać. Ale nie będę się czepiała samej intrygi, bo jest ciekawa, nawet jeśli nieco chaotyczna, a żarty czasem powtarzalne, natomiast zaczęły tu wychodzić pewne wady w obserwacji świata autorki. Jest mnóstwo natrząsania się z wyglądu osób nielubianych, których jedyną wadą jest to, że ich Joanna nie lubi. Zwyczaj wydzwaniania do ludzi w środku nocy (nie, nie o 23, ale o 4 rano) jest okropny i absolutnie nic tego nie usprawiedliwia. Wciągnięcie wielbiciela jednej z postaci do nieświadomego udziału w przestępstwie, a potem doprowadzenie do tragicznego końca - no cóż, zdarza się, nie ma co deliberować, bo był głupi. Milicja to grupa cudownie puchatych miśków, co to wczuwają się w duszę przestępcy (chyba że akurat jest pijany, to im trudno), odciski palców pozyskują metodą na szklankę, a do tego wszyscy uwielbiają Chmielewską i pozwalają jej fantazjować do woli. Autorka i lubiani przez nią ludzie są nagradzani, reszta świata brzydka i ich nie szkoda. No nie wiem.
Inne tej autorki, inne z tej serii.
#56/#8
Tytułowa “kwietniowa czarownica” według skandynawskich wierzeń potrafi przejmować ciała innych istot i za ich pośrednictwem wpływać na ich życie (takie pratchettowskie pożyczanie). Taką moc udało się posiąść Desiree, sparaliżowanej kobiecie, przez długi czas uważanej za niepełnosprawną intelektualnie. Została opuszczona tuż po urodzeniu przez matkę, Ellen, jako niemowlę nie rokujące, ale mimo ograniczeń coraz bardziej degenerującego się ciała, jej umysł się rozwijał. Pod koniec życia usiłuje nawiązać kontakt z “przyrodnimi” siostrami - trzema kobietami, które adoptowała i wychowała jej matka, zwana ciocią Ellen, i zmienić ich życie. Pomijając element magiczny, to historia o rodzinie i wychowaniu, gdzie każdy czegoś oczekuje, ale ostatecznie nie dostaje tego, czego chciał. Trzy dziewczęta, odebrane patologicznym matkom (wiadomo, ojców nigdy nie ma), Christina, niepozorna prymuska, zostaje lekarką, ale do końca ma poczucie, że nie jest wystarczająco dobra; druga - Margareta - ładna i mądra, zostaje naukowczynią; Birgitte - śliczna, ale kłopotliwa, wpada w nałóg. I znający całą piątkę - dziewczęta i ich matkę - doktor, który staje się opiekunem Desiree.
To wciągająca historia o tym, jak przypadek decyduje o czyimś życiu. Jedną matkę oczekiwanie społeczne zmusza do oddania dziecka, druga decyduje się na to sama, bo nie chce kłopotu. Jedna córka ucieka od biologicznej matki, druga o niej marzy. Zmiany obyczajowe - rzecz się dzieje od lat 50. do 90. XX wieku, sieroctwo, adopcja, wychowanie kontra natura, oczekiwania społeczne, poczucie misji i egoizm, dużo wątków; dla mnie historia zyskałaby bez elementu magicznego, jest tu wystarczająco materiału, żeby ulepić fabułę.
#55
Cieszyłem się na wieść, że będą kaucje na butelki plastikowe i puszki. I automaty do oddawania. Wieki temu widziałem ten system za granicą. Po prostu wrzucało się np. butelki plastikowe, ale grubsze, wielorazowe, dostawało kwitek i można było albo zapłacić za zakupy, albo wypłacić pieniądze w kasie. Zero pytań, zero problemów, zero narzutu. Nawet nie trzeba było iść specjalnie …
Artykuł Kaucje pochodzi z serwisu Pomiędzy bitami.
Nie pisałam, bo byłam na majowych przygodach, o czym niebawem.
Poznań, początek lat 2000. Trójka młodzików umawia się na akcję z niejakim Dżokerem (Linda), mają dyskretnie porwać pewnego biznesmena, który kilka lat temu Dżokera wyrzucił z pracy; okup i zemsta, dwa w jednym. Oczywiście poszkodowany mógłby sam, ale boi się rozpoznania, stąd potrzebne nieopatrzone twarze. Problem w tym, że poza anonimowymi twarzami Fifi, Bonus i Kozioł mają dość nikłe doświadczenie w kwestii działalności przestępczej, ale bardzo bogate w teorii za sprawą uwielbienia dla filmów Tarantino. Wszystko idzie źle, tym gorzej, że Fifi ma uczulenie na koty, Kozioł nie jest najostrzejszym nożem w szufladzie, a Bonus jest karykaturalnie przesądny, więc to, że rzecz się dzieje w piątek 13-tego, nie pomaga.
Nie widziałam wcześniej tego filmu i żałuję, bo jest dla mnie o wiele zabawniejszy niż kultowe “Chłopaki nie płaczą”, a dodatkowo ze względu na achronologiczną strukturę (i liczne przypały) przypomniał mi mój ukochany “Przekręt” (nie pisałam nigdy o tym?!). Jak wspomniałam, akcja dzieje się w Poznaniu i pod Poznaniem, mój lokalny patriotyzm się wzbudził. Może i geografia szwankuje (raz ekipa jedzie Hetmańską w stronę ronda Starołęka, za chwilę są przy Rolnej, a drugą chwilę potem w nieistniejącym już Tesco na Piątkowie), może i Agnieszka Maciąg nie jest najlepszą aktorką, ale ten entuzjazm i dialogi nadrabiają wszystko. Dyskusja, kto ma lepsze cycki - Rosie Perez czy Melanie Griffith - zepsuła mnie bezpowrotnie.
Pełna treść jest dostępna na blogu. Czytaj więcej
Niedawno zakupiłem opaskę fitnes, jednym z powodów była chęć analizy tętna w czasie jazdy na rowerze. Żyjemy w hiperpołączonym świecie, więc appka od opaski po zakończonej jeździe wrzuca wyniki do Stravy i niby jest OK.
Jednakże, jednocześnie wyniki wrzuca też appka od roweru. Strava nie potrafi łączyć różnych zapisów tego samego wydarzenia. Więc przez pewien czas uczestniczyłem w jazdach grupowych: Tomasz Torcz jeździł z Tomaszem Torczem. Jeden miał tętno, drugi kadencję. Dodatkowo rower rejestrował tylko trasę w czasie jazdy, a appka od opaski również pójście w krzaki na siku albo zwiedzanie przydrożnego muzeum.
Do niedawna! Po ostatniej aktualizacji, appka od roweru potrafi połączyć się z czujnikiem tętna i przekazać te dane do Stravy. Wszystko ładnie w jednym miejscu.
Ale nie od razu. Otóż poza podłączeniem opaski, trzeba jeszcze odklikać Profil → Konto → Śledzenie aktywności → Przechowywanie i udostępnianie danych o tętnie. Dziękujemy pan Robert Bosch za utrudnienie.
061/100 of #100DaysToOffload
Wooha. To był niezły wyjazd.
Nie byliśmy przekonani do Japonii. Jawiła się jako kraj niedostępny, niekomunikatywny, w którym turyści jak nie mają zdjęcia toalety, to się nie dowiedzą gdzie sikać.
Jest zupełnie inaczej. Wszystko jest opisane, również po angielsku. Na przystankach, stacjach nie brakuje wyjaśnień. W najgorszym przypadku wystarczy spojrzeć, jak podróżują localsi (czy odbijają się kartą na wejściu i wyjściu, czy tylko raz, itp.). To zrobiło na mnie największe wrażenie.
Znajomość angielskiego nie jest najwyższa, za to wszyscy sprawnie posługują się automatycznymi translatorami. I nie narzucają się (plus dla nich), ale zagadnięci odpowiedzą.
Jest ślicznie, jest czysto, chociaż na ulicach prawie nie śmietników. Wszyscy grzecznie odnoszą papierki do domów. Jest też pysznie. Ramen, owoce morza, lokalna smażenina, tempura. O tym można pisać i pisać.
Za to przeświadczenie o nowoczesności Japonii to jakaś nostalgia. Miasta wyglądają na rozwinięte, ale w ubiegłym wieku. Architektura zatrzymała się w okolicach lat '80–'90, a na Okinawie nawet '70. Nie wszędzie można płacić kartą, za to mają mnóstwo automatów… przyjmujących banknoty i liczących monety. Pewnie jeszcze faksów używają.
Mityczne tłumy ludzi są w pewnych miejscach, ale większość czasu było spokojnie.
Wygląda na to, że jeszcze tam wrócimy.
060/100 of #100DaysToOffload
Zgrzyt z kierowcą Ubera, zobaczył walizki i odjechał porzucając kurs.
Bongeunsa Temple buddyjska, duża i zadbana. Pan grał na bębnie i na smoku, ale w gong już nie walnął.
Lotte Tower, punkt widokowy na pół kilometra wysokości, ale nic absolutnie nie widać (pogoda :().
Na stacji Seoul Station wszystkie schowki na bagaż zajęte, jedyna czynna przechowalnia ma ceny 4x.
Żarełko zupa a'la hot pot. Sami ugotowaliśmy, super świeżo, chrupiące warzywa.
Pałac Changgyeonggung, bardzo fajny, jak ktoś jest w stroju narodowym to wejście free.
Kroków 28,9k, 22,6km. Spaceru po Schiphol już nie liczę, chociaż w czasie podróży w tamtą stronę trafił na Stravę.
W samolocie obejrzałem "Predator: Badlands" i "Black Widow".
Wschód słońca w Amsterdamie. Lotniska są śmieszne, mieszają się ludzie w różnych strefach czasowych (lokalnie jest 5 rano, dla mnie 12 w południe).
059/100 of #100DaysToOffload
Pamiętacie ”Kolej podziemną”? Ta książka nawiązuje do historii opisanych przez Whiteheada, ale rzeczy dzieją się współcześnie, w alternatywnych Stanach Zjednoczonych, w których jednak nastąpiła secesja i 4 południowe stany utrzymały przywilej niewolnictwa. Czarni są wolni w pozostałych stanach, ale ta wolność może być im odebrana - zdarza się, że wolni są porywani do pracy na Południu, podobnie jak uciekinierzy są - z użyciem nowoczesnej technologii - wyłuskiwani z ogólnej populacji i surowo karani. W teorii są przepisy dotyczące humanitarnego traktowania niewolników, w teorii produkty wytworzone w strefie bezpłatnej pracy powinny być oznaczane, dzięki czemu mogą być bojkotowane, ale jak wiadomo z naszej historii, bardzo łatwo to wszystko obejść. Narratorem jest “Victor”, były niewolnik, który - niekoniecznie z własnej woli - jest łowcą uciekinierów. Teraz ma znaleźć w wolnym Indianapolis pewnego specyficznego uchodźcę, który jest ukrywany przez tajną organizację pomocową, tytułowe Podziemne Linie Lotnicze.
To dystopia w stylu ”Mirażu” Ruffa, świat niby znany, z istniejącą techniką, ale zaburzony. Przepięknie pokazane jest zakłamanie polityczne, gdzie w teorii nikt nie kupuje towarów pochodzących ze stanów niewolniczych, ale ochoczo przymyka oko, kiedy towar przejdzie przez spółkę-pośrednika, który przeszyje metki. Podobnie jest z organizacjami pomocowymi - w dalszym ciągu działa symbol “Zabić drozda”, uratować Czarnych może tylko biały dobroczyńca, nikt nie zostawi całości organizacji w tak niepewnych rękach. Do tego dochodzi dramat narratora, który zlicza w głowie wszystkie sytuacje, kiedy doprowadził do aresztowania zbiega, ale nie dlatego, żeby się napawać sukcesem, tylko każda sytuacja to kolejna zbrodnia na swoich braciach (nie darmo nosił służbowe imię Brother), bo do współpracy jest zmuszony. Podobnie jak wielu innych Czarnych, podobnie jak wszyscy, którzy oficjalnie się od niewolniczych stanów odcinają.
#54
Zaczynamy od Pałacu i zmiany warty. Potem dzielnica z tradycyjnymi domkami, jedna na zachód, druga Bukchon Hanok. Tutaj ludzie nie w kimonach, ale w tradycyjnych strojach Hanbok. Ładne tło robią w historycznej zabudowie.
Pada, wiec dużo kawiarni po drodze odwiedzamy.
Muzeum Sztuki współczesnej meh, Kimchi Museum OK.
City Hall z super interaktywną makietą. Jak kiedyś trafię do tej gdańskiej za 3 mln PLN, to porównam. Obawiam się rozczarowania makietą u nas.
Kanał z deptakiem w centrum Cheonggyecheon – przywoływany przez aktywistów miejskich jako przykład zastąpienia wielopasmowej drogi w centrum. Owszem, ale po 50m na boki od tego kanału są dwie 4-5 pasmówki.
Market, kilogramy (dosłownie) zakupów drogeryjnych. Tax free, baby!
Żarełko w knajpie z 4 daniami (w tym jedno sezonowe, którego brakowało) ale z gwiazdką Michelin.
Kroków 25,9k, 19,6km
058/100 of #100DaysToOffload
Okinawa World z jaskinią, przez którą wchodzi się do skansenu. Bardzo zagospodarowana, duże stalaktytów wycięte :(. Tak jak wczorajsza jest ciepła, ok. 20°C.
Makishi Market w Naha, bez szaleństw.
Lot do Seulu.
Bilet na pociąg do Seul Station 1020 wontonów, czyli jakieś dwa i pół PLN.
Od razu widać, że Koreańczycy to inni ludzie, bardziej zróżnicowani, w wyglądzie i ubiorze, bardziej wyluzowani, gadaja w metrze przez telefon.
Kroków 11,9k, 7,3km.
057/100 of #100DaysToOffload
W poprzednim wpisie było o tym, jak pojechałem na Sesję Linuksową i co mi się podobało. W tym będzie o powrocie, konkursach i trochę ponarzekam. Zacznę od narzekania. Strona Sesji Linuksowej to dziwny twór, z którym miałem problemy. Zaczęło się od tego, że jedna z przeglądarek (Firefox Focus) w ogóle nie pokazywała agendy. Druga pokazała, więc wzruszyłem ramionami. I tak …
Czytaj dalej „Sesja Linuksowa cz. 2”
Artykuł Sesja Linuksowa cz. 2 pochodzi z serwisu Pomiędzy bitami.