1980, masakra w Gwangju. Studenci i uczniowie rozpoczynają protesty przeciwko zamknięciu uniwersytetu, uważając, że władza się wycofa. Okupują budynki, uzbrojeni w jakieś mizerne resztki broni, bardziej na pokaz niż żeby odeprzeć ewentualny atak. Ale rząd się nie waha - wysyła wojsko, które bez wahania zabija większość protestujących i przypadkowych przechodniów, a ocaleńców torturuje, żeby wtem wypuścić na mocy amnestii, złamanych i zniszczonych. Ofiary są zrzucane na stosy, czasem pojawiają się bliscy, żeby rozpoznać swoich, czasem zmarli po prostu są zakopywani bez śladu. Różni narratorzy, w większości beznamiętnie opowiadają o czymś, czego nawet po latach nie są w stanie zrozumieć. Czemu ich rodacy bez wahania zaczęli strzelać, czemu nagle traktowali ich jak wrogów, skąd okrucieństwo, skąd zajadłość. I jak można, jeśli w ogóle, wrócić do normalnego życia po tym, jak przeżyło się koszmar albo z poczuciem winy, że nie udało się uratować dziecka.
Ostatnia z narratorek, może sama autorka, opowiada o odkryciu albumu ze zdjęciami z masakry, które jej ojciec przywiózł z ich dawnego domu w Gwangju, domu, gdzie podobno mieszkał zamordowany Tong-ho. Opisuje, że ślad po zbrodni zostaje, bez względu na to, czy odpowiedzialni za nią zostali rozliczeni, czy nie. To przerażająca historia, niestety nieunikalna, patrząc nawet na historię Polski (“To partia strzela do robotników”) czy byłej Jugosławii. Niekoniecznie dobra lektura na wakacje, ale ważna.
Inne tej autorki.
#109
