Aż byłem zaskoczony, dopiero jak dostałem czerwonym po oczach to się skupiłem co klikam. A było to tak.
Zmieniałem niedawno kartę kredytową – Alior nie ma procedury na zwiększenie limitu kredytowego. A na zmniejszenie jest! Anyway. Był problem z dodaniem nowej karty do Amazona. Nie kupuję tam, sklepu z gorszą używalnością nie widziałem, ale Prime się przydaje. Bo Expanse, Reacher, The Boys, Gen V, Upload, Mrs & Mr Smith, Invincible, Legend of Vox Machina, Modern Love i dziesiątki innych.
No więc jakoś w wakacje odnawia mi się płatność za Prime. Nb. 49zł / rok to odpowiednia cena za streaming. I dostałem właśnie maila, że jest jakiś problem z płatnością. Ekstra, pewnie ta nowa karta się nie dodała jednak 😠. Do tego mail wysłany tylko w HTML, w Mutt wyglądał jak kupa. Na takie wypadki mam zakurzony webmail do mojej poczty. No więc paczam.
No OK. Not good not terrible.
To klikamy o co dokładnie tam chodzi.
Tak, tak, przecież wiem, że Amazon. W tym momencie powinienem spojrzeć na URL. Powinieniem.
Czy to zrobiłem? Nigdy się nie dowiemy, chociaż możemy się domyślać. Klikam.
Ale że co‽ Dopiero na tym etapie zacząłem się przyglądać, co się dzieje. I dziękuję Pan Gógiel za ocalenie. Dotąd doszedłem na autopilocie. Dalej? Raczej jakbym miał podać dane swojej karty, to bym się przyjrzał gdzie dokładnie je wpisuję. I potwierdzenia z bankowej appki też zawsze czytam. Czerwona alarmowa wisienka na torcie: konto na Amazonie mam na inny adres email, niż ten na który przyszedł atak.
Nie ulega wątpliwości, że dwa razy kliknąłem na podejrzane treści, a nie jestem lajkonikiem bezpieczeństwa IT. Phishing był dobrze trafił – akurat w miesiącu, gdy kończył mi się Prime (szansa 8.3%). Dwa, że wcześniej były problemy z kartą, więc uznałem to za ich kontynuację. Bingo i bingo. I do tego zajmowałem się kilkoma rzeczami na raz (co starałem się oddać w początkowych akapitach). Trafiony zatopiony.
Zjebaliśmy z tym internetem, zacznijmy od początku.
004/100 of #100DaysToOffload
Po ogromnym zmęczeniu materiału ze słuchaniem Dostojewskiego, stwierdziłam, że na odtrutkę wezmę sobie ukochaną książkę amerykańskich dziewcząt, niedawno odświeżoną chwaloną ekranizacją Grety Gerwig z bombową obsadą. Little did I know. Słuchałam i oczy robiły mi się coraz większe, bo absolutnie nie dociera do mnie, jak z tego szkodliwego paszkwilu specjalnej troski można czerpać współcześnie wzruszenie i określać to jako ukochaną książkę feel good, do której się regularnie wraca.
Tytułowe małe kobietki to cztery siostry March - 16-letnia Małgosia (w oryginale Meg, ale słuchałam w wersji polskiej), 15-letnia Ludka, 13-letnia Elżunia i 12-letnia Amelka; mieszkają razem z matką w zubożałym domu, ojca-kapelana nie ma, bo wyjechał służyć krajowi w wojnie secesyjnej. W skrócie - tęsknią za ojcem oraz za dawną zamożnością, z zazdrością patrzą na bogate otoczenie, matka je nieustająco napomina, że inni mają gorzej, bo Marchowie nie dość, że mają siebie, to jeszcze mają możnych protektorów - zgryźliwą ciotkę i sąsiada - którzy je wspomagają w kryzysie. Ojciec chory, matka wyjeżdża, ciężko choruje Elżbieta, ale wszystko się dobrze kończy. I nie czepiałabym się, takie czasy, ale jakim cudem jest to książka określana jako feministyczna, kiedy normalne, żywe dziewczęta są na siłę wtłaczane do zaszczytnej roli żony i matki, ich “rewolucyjne” ciągoty - muzyka, literatura, podróże, chęć zabawy, czy nawet bardzo specyficznie postrzegana “próżność” - są powodem do ciągłego łajania. W prezencie dostają pobożne broszurki, pochwalana zabawa to pielgrzymowanie z pokutnymi workami, chwalebna jest pomoc ubogim, czyli ich celem w życiu ma być poświęcenie i zapomnienie o sobie. Z miłości do matki uprawiają samobiczowanie przy każdej okazji, a już finał, kiedy wraca ojciec i z wysokiego konia chwali ich samoudręczenie, wzbudził mój niesmak. Rozumiem, że to klasyka, rozumiem, że mogła się postarzeć dramatycznie, ale nie rozumiem, czemu dalej jest wyciągana z lamusa.
#59/#13
Po raz kolejny startuje w Gdańsku akcja zachęcająca do odstawienia samochodu na codziennych przejazdach. Poza oczywistymi zaletami, w zeszłej edycji mieszkańcy mojej dzielnicy nakręcili najlepszy wynik wśród dużych dzielnic Gdańska. Nagrodą było 30 stojaków rowerowych, których lokalizację wybrałem na początku roku, a montaż powinien właśnie się kończyć.
Sam na codzień jeżdżę hulajnogą, ostatnio też rowerem elektrycznym. Przyznaję, że gdyby nie infrastruktura w postaci dróg dla rowerów, raczej bym tego nie robił. Ale to już temat na osobną notkę.
W Kręć Kilometry dla Gdańska zbiera się punkty. Akcja trwa trzy miesiące, punkty zebrane w październiku liczą się podwójnie, a w listopadzie potrójnie. To aby wynagrodzić osoby dalej jeżdzące jednośladami w gorszej pogodzie.
003/100 of #100DaysToOffload
Sztuczna inteligencja, skrótowo zwana AI wciska się ostatnio wszędzie, czy sens jest, czy go nie ma. Tak naprawdę zaczęliśmy ostatnio określać tym mianem głównie LLMy, ale nie zawsze tak było. Ktoś pamięta takie rzeczy jak algorytmy genetyczne? Niemniej, obecnie jeśli ktoś mówi o AI, to najprawdopodobniej chodzi mu o LLM. W każdym razie, jak bumerang w wypowiedziach powraca temat …
Czytaj dalej „LLMy nie kłamią”
Artykuł LLMy nie kłamią pochodzi z serwisu Pomiędzy bitami.
Zaczyna się zabawnie - Cassie (Kaley Cuoco), rozrywkowa stewardesa, taka wiecznie gotowa na balety party girl, leci do Bangkoku. Flirtuje z pasażerem pierwszej klasy, zamożnym i nie męczącym oka Alexem Sokolovem[1], a na miejscu idzie z nim ukradkiem - bo jednak trochę wstyd przed współpracownikami - na randkę, jest cudownie, nocny market, luksusowy hotel, pocałunki, zabawy w łóżku, wtem budzi się obok zakrwawionych zwłok. I już zabawnie nie jest, bo okazuje się, że film się jej urwał, niewiele pamięta, a automatycznie stanie się podejrzaną. Udaje jej się uciec, ale CIA jest za nią o krok, a przeżyty szok mimo regularnie aplikowanego alkoholu sprawia, że w jej głowie pojawia się całkiem realnie denat i żąda przeprowadzenia śledztwa. Drugi sezon związany jest ze sprawą kradzieży poufnych państwowych dokumentów i szpiegostwem, tu również Cassie jest świadkiem morderstwa, a potem - mimo schiz w głowie - musi z pomocą przyjaciół odkryć, kim jest jej zabójczy sobowtór.
Klimatycznie, mimo że amerykańskie i miejscami lekko komediowe, przypomina mi “Informację zwrotną”, bo to serial o alkoholizmie, traumie z dzieciństwa i kompensacji problemów nałogiem. Są sceny mocne, a większość decyzji bohaterki jest trudna dla widza, bo nie da się Cassie potrząsnąć, kazać jej odstawić alko i jednak zacząć podejmować rozsądniejsze decyzje. Fajny drugi plan - doskonała demoniczna Miranda (Michelle Gomez <3), nieco szemrana przyjaciółka-prawniczka i brat, który pamięta przeszłość nieco inaczej niż Cassie.
[1] Wiem, to serial sprzed 5 lat, ale aktualnie mnie otrząsa, bo Sokolov to taki typowy noworuski, wypchany niedźwiadek w apartamencie, złoto ale skromnie, mętne interesy.